List do Jezusa – Św. Juda Tadeusz (35)

with Brak komentarzy

 

 

Panie Jezu,                                                                                                                                        Stróża, 5.04.2018r

Muszę się zmobilizować do napisania tego listu, bo czas tak szybko  mija, a czytelnicy czekają i są ciekawi o kim teraz napiszę. W zeszłym tygodniu były Święta Wielkanocne i było trochę wolnego, ale jak zwykle, szybko minęły. W tym roku również udało mi się uczestniczyć w nabożeństwach Wielkiego Tygodnia. Święta spędziłam tym razem  w rodzinnym gronie w domu. Przewinęło się przez nasz dom trochę gości i jak zwykle było bardzo radośnie i wesoło. Są to w końcu bardzo radosne święta. Święta Teresa z Kalkuty tak o nich mówiła:

Pamiętajmy, że męka Chrystusa kończy się zawsze radością zmartwychwstania. Toteż kiedy czujesz we własnym sercu cierpienie Chrystusa, pamiętaj, że nadejść musi zmartwychwstanie, musi zajaśnieć radość Wielkanocy. Nie pozwól, aby smutek tak tobą zawładnął, że zapomnisz o radości zmartwychwstania Chrystusa. Niechaj towarzyszy ci radość zmartwychwstania Chrystusa, niechaj przepełni twoją duszę. Dobry Bóg sam ofiarował nam siebie po to, by radość mogła zagościć w głębi naszych dusz. Radość zwiastował anioł w Betlejem. Jezus w swoim ziemskim życiu pragnął się dzielić radością z apostołami: „Aby radość moja w was była” (J 15,11). Słowo „radość” było zawołaniem pierwszych chrześcijan. Jakże często święty Paweł powtarzał: „Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się!” (Flp 4,4). W podzięce za wielką łaskę chrztu kapłan mówi do nowo ochrzczonego: „Obyś służył Kościołowi z radością”. Radość w służbie Bogu i duszom nie jest kwestią temperamentu. Radość jest zawsze trudna. Tym bardziej więc powinniśmy się starać ją osiągnąć i sprawić, by rosła w naszych sercach. Wielkanoc jest jednym ze świąt szczególnie obchodzonych przez nasze Zgromadzenie. Jest świętem radości – radości Boga. Nie pozwólmy, by cokolwiek zakłóciło nam spokój i tak bardzo przepełniło nas smutkiem czy zniechęceniem, że musielibyśmy zatracić radość zmartwychwstania. Niechaj radość naszego zmartwychwstałego Pana obdarzy was siłą do pracy, niechaj będzie drogą prowadzącą do Ojca, światłem służącym za drogowskaz i chlebem życia.”

Nie wysłałam w tym roku wcześniej życzeń wielkanocnych do Was drodzy czytelnicy, więc dołączam się do tych pięknych życzeń wypowiedzianych przez Świętą Teresę z Kalkuty. Z każdym dniem przybywa czytelników, którzy odwiedzają moją stronę internetową z listami. Moja trzynastoletnia córka Małgosia rysuje mi wizerunki wybranych Świętych, których opisałam do tej pory. Na razie rysuje w weekendy i systematycznie umieszczamy je w listach (www.barwyzycia.pl). Mnie osobiście bardzo się podobają, będą miłą pamiątką, a poza tym Święci przedstawieni będą nieco inaczej, bo oczami dziecka.

Pomysł, którego świętego opisać tym razem podsunęła mi ciocia, kiedy wspomniała, że w trudnych chwilach zawsze z rodziną modliła się do Św. Judy Tadeusza. Przesłała mi nawet kilka modlitw do niego, a jedną z nich zamieszczę w dzisiejszym liście, gdy opiszę jego postać.

Św. Juda  – o jego życiu  nie wiemy prawie nic. Miał przydomek Tadeusz, czyli „odważny”. Nie wiemy, dlaczego Ewangeliści tak go nazywają. Był bratem Św. Jakuba Młodszego – Apostoła, dlatego bywa nazywany również Judą Jakubowym. Nie wiemy, dlaczego Orygenes, a za nim inni pisarze kościelni nazywają Judę Tadeusza także przydomkiem Lebbeusz. Mogłoby to mieć jakiś związek z sercem (hebrajski wyraz leb znaczy tyle, co serce) albo wywodzić się od pewnego wzgórza w Galilei, które miało nazwę Lebba. Był jednym z krewnych Jezusa. Prawdopodobnie jego matką była Maria Kleofasowa, o której wspominają Ewangelie. Imię Judy umieszczone na dalszym miejscu w katalogu Apostołów sugeruje jego późniejsze wejście do grona uczniów. To on przy Ostatniej Wieczerzy zapytał Jezusa: „Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?” Zasadne jest zatem przypuszczenie, że Św. Juda, przystępując do grona Apostołów, kierował się na początku perspektywą zrobienia przy Chrystusie kariery. Juda jest autorem jednego z listów Nowego Testamentu. Sam w nim nazywa siebie bratem Jakuba (Jud 1). Z listu wynika, że prawdopodobnie był człowiekiem wykształconym. List ten napisał przed rokiem 67, gdyż zapożycza od niego pewne fragmenty i słowa nawet Św. Piotr. Po Zesłaniu Ducha Świętego Juda głosił Ewangelię w Palestynie, Syrii, Egipcie i Mezopotamii; niektóre z wędrówek misyjnych odbył razem ze Św. Szymonem. Część tradycji podaje, że razem ponieśli śmierć męczeńską. Inne mówią, że Szymon został zabity w Jerozolimie, a Juda Tadeusz prawdopodobnie w Libanie lub w Persji. Hegezyp, który żył w wieku II pisał, że Juda był żonaty, kiedy wstąpił do grona Apostołów. Dlatego podejrzliwy na punkcie władzy cesarz Domicjan kazał wezwać do Rzymu wnuków Św. Judy w obawie, aby oni – jako „krewni” Jezusa – nie chcieli kiedyś sięgnąć także po jego cesarską władzę. Kiedy jednak ujrzał ich i przekonał się, że są to ludzie prości, odesłał ich do domu. Kult Św. Judy Tadeusza jest szczególnie żywy od XVIII w. w Austrii i w Polsce. Bardzo popularne jest w tych krajach nabożeństwo do Św. Judy jako patrona od spraw beznadziejnych. Z tego powodu w wielu kościołach odbywają się specjalne nabożeństwa ku jego czci, połączone z odczytaniem próśb i podziękowań. Czczone są także jego obrazy. Jest patronem diecezji siedleckiej i Magdeburga. Jest także patronem szpitali i personelu medycznego. W ikonografii Św. Juda Tadeusz przedstawiany jest w długiej, czerwonej szacie lub w brązowo-czarnym płaszczu. Trzyma ikonę z wizerunkiem Jezusa – według podania jako krewny Jezusa miał być do Niego bardzo podobny. Jego atrybutami są: barka rybacka, kamienie, krzyż, księga, laska, maczuga, miecz, pałki, którymi został zabity, topór.

 Juda to imię pochodzenia hebrajskiego, wywodzi się od słowa  jehudah oznaczającego „chwała Jahwe”. Ponadto, często jest używane zamiennie z imieniem Judasz. Natomiast w Piśmie Świętym niejednokrotnie bywa zapisywane jako Ioudas. W naszym kraju jest niezwykle rzadko nadawane, bowiem jednoznacznie kojarzone jest z Judaszem, zdrajcą Jezusa.

Tadeusz to imię pochodzenia aramejskiego i oznacza mężczyznę sprytnego, odważnego.

Przedstawiam poniżej modlitwę do Św. Judy Tadeusza, zwaną modlitwą w ciężkim strapieniu, bo jak już napisałam jest on patronem od spraw beznadziejnych. Może ktoś z czytających jest obecnie w takiej sytuacji i zwróci się do Świętego o pomoc. Święty Judo Tadeuszu wypraszaj u Boga potrzebne łaski dla czytających ten list, a szczególnie dla wszystkich Tadeuszów. Ja mam szwagra Tadeusza – jest mężem mojej najstarszej siostry Majki. Mają dwie wspaniałe, dorosłe już córki: Magdalenę i Martynę.  Madzia jest obecnie w Nowej Zelandii, a Martynka z mężem  mieszkają i pracują w Pruszkowie koło Warszawy. Miej Panie Jezu w opiece  całą ich rodzinę.

 „O święty Judo Tadeuszu, krewny Chrystusa Pana, wielki Apostole i Męczenniku, sławny cnotami i cudami, Ty jesteś potężnym Orędownikiem w przykrych położeniach i sprawach rozpaczliwych. Przychodzę do Ciebie z pokorą i ufnością i z głębi duszy wzywam Twojej przed Bogiem pomocy. O święty mój Patronie, któremu Bóg dał przywilej ratowania w wypadkach, gdzie już nie ma nadziei pomocy, spojrzyj na mnie łaskawie. Oto życie moje pełne cierpień i boleści; dzień za dniem upływa w ucisku, a serce moje wezbrało goryczą. Drogi mojego życia gęstym pokryły się cierpieniem i ledwie dzień mija bez troski i łez. Umysł mój otoczony ciemnością; niepokój, zniechęcenie i rozpacz nawet wdzierają się do duszy tak, iż niemal zapominam o Boskiej Opatrzności. O święty mój Orędowniku, ty mnie nie możesz opuścić w tym moim smutnym położeniu. Nie odejdę od stóp Twoich, dopóki mnie nie wysłuchasz. Pospiesz ku ratunkowi mojemu, a wdzięczność moją okazywać Ci będę przez całe życie, szerząc cześć Twoją. Amen.”

 Na zakończenie – nawiązując do sytuacji beznadziejnych – zacytuję jeszcze jeden rozdział z książki Reginy Brett pt: „Bóg nigdy nie mruga”:

Lekcja 10 – „Bóg nigdy nie daje nam więcej, niż potrafimy udźwignąć”

 „ W książce „Oddech, oczy, pamięć” jest pewien piękny fragment, który sprawia, że zaczynamy inaczej patrzeć na to, co musimy znosić w życiu, na problemy, których chcielibyśmy się pozbyć, i na wszystko, czego zazdrościmy innym.

Autorka Edwidge Danticat opisuje grupę ludzi w Gwinei, którzy dźwigają niebo na głowach. W swojej lirycznej powieści o tragedii i traumie, z którą musi się zmierzyć rodzina kobiet, opowiada historię ludzi na tyle silnych, że są w stanie znieść wszystko. Stwórca zaprojektował ich tak, żeby potrafili udźwignąć więcej niż inni. Nie wiedzą, że zostali do tego powołani. Ale jeśli spotyka Cię w życiu wiele trudności, to znaczy, ze jesteś stworzony do tego, żeby im podołać.

Niektórzy z nas muszą znosić więcej niż inni. Mój wujek Paul został powołany, żeby dźwigać na swoich barkach część nieba.On i ciocia Veronica byli moimi rodzicami chrzestnymi. Mieli już pięcioro dzieci, gdy na świat przyszło najmłodsze. Kiedy usłyszeliśmy o dziecku, zaczęliśmy płakać. Dobra wiadomość była taka, że urodził się im chłopiec. Zła, że coś było z nim nie w porządku.

Brett Francis Kelly przyszedł na świat w 1972 roku, kiedy ludzie używali jeszcze takich słów jak „mongoł” i „opóźniony w rozwoju”. W tamtych czasach mówiło się w rodzinie o tym szeptem i przez łzy, a lekarze sugerowali, żeby oddać dziecko do domu opieki. Brett nie był idealnie zdrowym dzieckiem, o które modli się każdy rodzic. Miał po dziesięć palców u rąk i nóg, ale to nie wszystko. Mój kuzyn przyszedł na świat z dodatkowym, dwudziestym pierwszym chromosomem. Miał zespół Downa. W tamtych czasach dzieci z zespołem Downa nie uważano za wyjątkowe. Uważano je za katastrofę. Ale ciocia i wujek kochali Bretta tak samo jak pozostałą piątkę. Potem ciocia zachorowała na raka. Umarła, kiedy Brett miał dopiero trzy lata. Jej mąż  został wdowcem z szóstką dzieci. Jak wujek Paul miał sobie poradzić z wychowywaniem sześciorga  dzieci? Najstarsze skończyło dopiero czternaście lat.

Ale to nie koniec nieszczęść. Wujek stracił pracę. Opuścił zbyt wiele dni, troszcząc się o chorą żonę. Wtedy nie było jeszcze prawa, które by go chroniło. Co się stało z jego rodziną? Mój wujek dbał o to, żeby wszyscy trzymali się razem. Uczynił Bretta centrum ich wszechświata. Ten uszkodzony element układanki w jakiś sposób dopełnił całości.

Wujek Paul nigdy nie narzekał, że musi samotnie wychowywać sześcioro dzieci. Zdobył licencję pośrednika nieruchomości, żeby móc pracować w domu. Prał i sprzątał, kiedy dzieci leżały już w łóżkach. Nigdy powtórnie się nie ożenił. Zawsze powtarzał:

– Wziąłem ślub na całe życie.

Swoim partnerem życiowym uczynił Bretta. Ci dwaj byli nierozłączni. Brett nie cenzurował swoich wypowiedzi. Co w sercu, to na języku. Nie potrafił kłamać.(…) Odciskał swoje piętno wszędzie, gdzie się pojawiał. Na ślubie mojej kuzynki Bridges udawał barmana. Na ślubie mojego brata Jima tak wirował po parkiecie, że prawie zgubił spodnie. Na pogrzebie mojego wujka Johna oblał się wodą i zdjął spodnie, więc musiał siedzieć owinięty w koc. Nigdy nie dorósł.

To było w Brecie cudowne. Na zawsze pozostał dzieckiem. Oraz najlepszym kumplem swojego taty. Minęło kilkadziesiąt lat. Każde z dzieci po kolei pełniło rolę matki, a potem wyjeżdżało na studia, przekazując to zadanie następnemu bratu lub siostrze. Kiedy wujek skończył osiemdziesiąt lat, zastanawialiśmy się, kto zaopiekuje się bratem w przyszłości. Problem nie polegał na tym, że Brett był niechcianym przez nikogo ciężarem. Wręcz przeciwnie, każde z jego rodzeństwa chciało wziąć go do siebie.

Niedługo po osiemdziesiątych urodzinach wujka otrzymaliśmy złą wiadomość. W przeddzień ślubu siostry Bretta rodzina zebrała się na próbny obiad. Spędzili razem cały dzień: wszystkie siostry i bracia, ich mężowie, żony i dzieci oraz wujek Paul. W pewnym momencie, zupełnie znienacka, Brett powiedział:

– Nie martwcie się, jest tu mama. Wszystko będzie dobrze.

Po kolacji Brett zemdlał. Miał zator płuc. Nie udało się go ocucić.

Dom pogrzebowy wprost tonął w zdjęciach. Brett w garniturze pierwszokomunijnym. Brett w czapce i todze. Brett w stroju do koszykówki. Brett ze swoimi medalami z olimpiady specjalnej. Mój wujek zadbał o to, żeby Brett wiódł ciekawe życie. Podczas mszy pogrzebowej ksiądz poprosił, żebyśmy się zastanowili, jak wykorzystujemy powierzone nam dary.

– Brett otrzymał swoje w sposób naturalny – mówił w swoim kazaniu ksiądz.- Wraz z dodatkowym chromosomem. Potrzebujemy ludzi takich jak Brett. Brett nie był upośledzony. On nam pokazał, czego oczekuje od nas Bóg: żebyśmy radowali się każdym oddechem.

Potrzebujemy też ludzi takich jak wujek Paul. To on trzymał na swoich barkach świat, żeby Brett mógł na nim dokazywać, ciesząc się wszystkim tak, jak tylko on potrafił. W świecie Bretta zając wielkanocny i Święty Mikołaj istnieli naprawdę, urodziny trwały siedem dni i nie było czegoś takiego jak rasa, tylko ludzie z mocniejszą opalenizną.

 Wujek uśmiechał się, gdy jego syn Paul, wygłaszał mowę o bracie:

 – Ludzie zawsze nam mówili, że Bretta spotkało ogromne szczęście, że nas ma. Ale było na odwrót. To nas spotkało ogromne szczęście, że mieliśmy Bretta. Rodzina była ze sobą tak zżyta dzięki wujowi Paulowi, który dźwigał na własnych barkach niebo nad nimi.

Wujek zadzwonił kiedyś do mnie niespodziewanie tylko po to, żeby mi powiedzieć, jaki  jest ze mnie dumny. Zachowałam tę wiadomość i odtwarzam ją czasem, żeby usłyszeć jego głos, drżący od Parkinsona i ze starości, jednak pełen serdecznej wdzięczności. Wujek Paul nigdy nie narzekał na los, który przypadł mu w udziale.

Z pewnością podpisałby się pod zdaniem, że Bóg nigdy nie daje nam więcej, niż potrafimy udźwignąć. Niektórzy z nas potrafią znieść więcej, inni mniej. Nawet jeśli dostaniemy do dźwigania część nieba, nie będzie to ciężar. Będzie to dar.”

                                                                                                                                                           Ela

Zostaw Komentarz