List do Jezusa – Bł. Jolanta (39)

with Jeden komentarz

Panie Jezu,                                                                                                                                                  Stróża, 1.08.2018

Dzisiaj pożegnaliśmy naszą koleżankę z pracy, która zginęła tragicznie w wypadku samochodowym. Jola, bo tak miała na imię, była nauczycielką – wcześniej uczyła religii, a ostatnie kilka lat pracowała w bibliotece szkolnej. Była też wzorową żoną Zbyszka i matką trzech córek: Reginy, Wiktorii i Zosi, a całkiem niedawno została też babcią małego Józia. Stworzyła dom pełen ciepła, miłości i dobra, a co najważniejsze pełen Boga. Podobnie w miejscu pracy –  umiała rozsiewać wokół siebie dobro i uśmiech, służyła pomocą w każdej sytuacji. I nie chodzi mi tylko o dobro w stosunku do przyjaciół z pracy, ale w stosunku do każdego ucznia. Pisałam już kiedyś, że swoim postępowaniem, dobrym słowem możemy pokierować życiem kogoś innego, a szczególnie dzieci. Już sama liczba jej przyjaciół i uczniów, którzy dzisiaj przyszli ją pożegnać i odprowadzić na miejsce spoczynku, liczba wylanych łez pokazuje, że rozsiewane dobro owocuje i jest doceniane przez innych. Dostałam niedawno obrazek z podpisem: „Najlepszym prezentem, jaki można dać przyjacielowi, jest modlitwa za niego”. Taki prezent właśnie dostałam od Joli, gdy zdiagnozowano u mnie raka. Zorganizowała wręcz modlitewny szturm do Nieba. Przesłała mi przez mojego męża obrazek z wizerunkiem Św. Charbela i modlitwą do niego, olej Charbela oraz relikwie Św. Rawki – ktoś z Jej rodziny przywiózł je z pielgrzymki do Libanu. Na obrazku Jola napisała, że „codziennie o 21 modlimy się o łaskę uzdrowienia Eli.” Napisała modlimy się – w liczbie mnogiej, bo wiem, że do tej modlitwy dołączyło się za jej namową wielu życzliwych mi ludzi. W trakcie jednej z rozmów telefonicznych, gdy nie chodziłam do pracy i zaczęłam pisać już listy, zapewniłam ją, że kiedyś napiszę list o Jej patronce. Powiedziała, że nie ma jeszcze świętej o tym imieniu wyniesionej na ołtarze przez Kościół, więc jej patronką jest błogosławiona Jolanta. Razem doszłyśmy do wniosku, że na pewno nie jedna Jolanta została już świętą, tylko o tym nie wiemy, a poza tym każdy z nas może zostać świętym. Nie sądziłam, że w takich okolicznościach napiszę ten list, ale dziękując Ci Jolu za wszystko, ale przede wszystkim za modlitwę za mnie, piszę od razu, prosząc tym razem innych, zwłaszcza czytelników tego listu, by modlili się za Ciebie, abyś szybko mogła cieszyć się Niebem. Niech słowa pieśni, które zawsze mnie bardzo wzruszają na uroczystościach pogrzebowych rozbrzmiewają na ustach i w  sercach wszystkich czytających ten list, nie tylko tych, którzy Cię znali. Pozostaniesz Jolu na zawsze w naszej pamięci:

 „Niech Aniołowie zawiodą cię do raju,
A gdy tam przybędziesz, niech przyjmą cię męczennicy
I wprowadzą cię do krainy życia wiecznego.
Chóry Anielskie niechaj cię podejmą
I z Chrystusem zmartwychwstałym miej radość wieczną.”

 

Bł. Jolanta (znana też jako Jolenta ) urodziła się w 1244 r. w Ostrzyhomiu jako ósme z rzędu dziecko węgierskiego króla Beli IV i Marii z cesarskiego rodu Laskarisów. Z jej najbliższej rodziny aż 4 osoby dostąpiły chwały ołtarzy: obie jej siostry – Św. Kinga i Św. Małgorzata Węgierska, ciotka – Św. Elżbieta i stryjenka – bł. Salomea. Ówczesnym zwyczajem jako kilkuletnia dziewczynka Jolanta przybyła do Krakowa na dwór swej siostry –  Św. Kingi, żony Bolesława Wstydliwego – i tu się wychowywała. Król Bela IV miał bowiem w planie wydać ją za kogoś z książąt piastowskich. Na zjeździe biskupów polskich i książąt piastowskich, mającym miejsce w maju 1254 roku w Krakowie z okazji kanonizacji Św. Stanisława, biskupa i męczennika, pojawiła się matrymonialno – polityczna propozycja wydania Jolanty, pozostającej pod opieką możnych krakowskich, za księcia gnieźnieńsko-kaliskiego, starszego od niej o około dwadzieścia lat –  Bolesława. Prawdopodobnie pomysłodawczynią projektowanego małżeństwa była Kinga, która zapewne nie miała poważniejszych problemów w wyjednaniu zgody na ślub u swoich rodziców, którym coraz wyraźniej zależało na zacieśnieniu aliansu węgiersko-polskiego. Związek ten miał duże znaczenie dla samej Polski, bowiem każdy sojusz zwalczających się zazwyczaj Piastów przybliżał kraj do pokoju, a w przyszłości być może i do ponownego zjednoczenia. Uroczysty ślub odbył się jednak dopiero dwa lata później w 1256 roku, za specjalną dyspensą papieską, gdy Jolanta miała lat 14. Ślubu udzielił biskup krakowski Prandota.  Młoda księżna zamieszkała z mężem w Kaliszu dopiero w dwa lata później. W międzyczasie, w roku 1257, zmarł brat Bolesława –   Przemysł I, a tym samym władca gnieźnieńsko-kaliski przejął po starszym bracie księstwo poznańskie, jednocząc na nowo całą Wielkopolskę, kolebkę polskiej państwowości. Małżeństwo to okazało się bardzo udane. Bolesław był cnotliwym, mężnym i bardzo bogobojnym rycerzem, którego potomność nazwała słusznie Pobożnym. Pod względem religijnym i duchowym rozumiał się świetnie ze swoją żoną, z którą miał trzy córki: Elżbietę – została wydana za księcia legnickiego Henryka Grubego: Jadwigę –  wyszła za mąż za księcia kujawskiego Władysława Łokietka, późniejszego króla zjednoczonej Polski i  najmłodszą Annę, która  wstąpiła do zakonu klarysek w Gnieźnie. Jolanta wiele uwagi poświęcała wychowaniu dzieci, których w sumie miała pod opieką ośmioro, ponieważ para książęca z otwartym sercem przyjęła pięcioro sierot po zmarłym księciu Przemyśle, również wspaniałym i niezwykle pobożnym człowieku. Jednym z nich był Przemysł II, pierwszy koronowany król Polski po wstępnej próbie restytucji królestwa w 1295 roku. Jolanta była wzorową żoną i matką. Swoją postawą wywierała wielki wpływ na otoczenie. W życie domowe wprowadziła klimat ładu, spokoju, szczerej pobożności i miłości. Wpływ księżnej udzielił się mężowi.   Książę okazał się nie tylko doskonałym organizatorem i administratorem książęcych dzielnic kaliskiej i wielkopolskiej, ale również dobrym opiekunem Kościoła. Sprowadził franciszkanów do Kalisza, Gniezna, Obornik, Pyzdr i Śremu; uposażył w trzy wsie klaryski w Zawichoście, gdzie ksienią była wówczas bł. Salomea; powiększył także uposażenie cystersek w Ołoboku i benedyktynów w Mogilnie. Czynił to nie bez udziału żony. Jolanta chętnie opiekowała się także biednymi i chorymi. Po śmierci swojego męża w kwietniu 1279 r. i szwagra – męża Św. Kingi – Bolesława Wstydliwego, zwolniona już od obowiązków rodzinnych, postanowiła oddać się wyłącznie zbawieniu własnej duszy. Wraz z siostrą Kingą wstąpiła do klasztoru klarysek w Starym Sączu. Po śmierci Kingi przeniosła się w 1284 r. do klarysek w Gnieźnie.

Z powodu braku źródeł niewiele wiemy o życiu i działalności Jolanty, a tym bardziej o cechach jej duchowości. Nietrudno jednak ustalić, iż obracała się w kręgu ideałów franciszkańskich, takich jak pobożność, dobroć, miłość, pokora, ubóstwo, posłuszeństwo, miłosierdzie i duch pokuty. W jednym z późniejszych życiorysów księżnej, zachowanym w „Księgach Wszystkich Spraw Konwentu Gnieźnieńskiego Zakonu Św. Klary”, można przeczytać takie słowa o ostatnim okresie życia Jolanty:

„Wzgardziwszy zaś ułudami świata, poświęciła cały czas swego życia po nabożnej i świętej śmierci swego męża, trwając w tymże klasztorze gnieźnieńskim na postach, modłach i ćwiczeniach zakonnych, w czuwaniu oraz oddając się nabożnym czynom wobec potrzebujących, ubogich, kalek, którym zwykła była usługiwać bardzo często z najwyższą pokorą, i zasłużyła na poznanie wielu tajemnic niebieskich, widzeń cudownych Męki Pana naszego Jezusa Chrystusa, do której żywiła podziwu godne uczucia. Pewnego bowiem razu, na krótko przed swą śmiercią, rozważając nabożnie okrutną Mękę Chrystusową, Pan nasz Jezus Chrystus z Najświętszą Dziewicą matką Jego i Św. Salomeą objawił się jej w wielkiej światłości obnażony, wychłostany, obficie krwią zbroczony, pocieszając ją i obiecując w nagrodę życie wieczne za wzgardzenie światem i Jego umiłowanie. Wskutek tego widzenia pocieszona na duszy, pragnąc gorąco umrzeć, przepowiedziała siostrom swoją śmierć, umacniając je w wypełnieniu ślubów zakonnych i przepowiadając na przyszłość, że uzyskają nagrody za prace i dobra, które otrzymają od Oblubieńca Jezusa, i umocniona przez życiodajne Sakramenta, oddała duszę swoją w ręce Stworzyciela i spokojnie zasnęła w Panu”.

Zmarła  w opinii świętości  17 czerwca 1298 roku. Jej grób zasłynął wkrótce łaskami i cudami i stał się miejscem pielgrzymek. Beatyfikacji dokonał  w 1827 r. papież Leon XII.  Na skutek trudności, jakie stawiał ówczesny rząd pruski, uroczystości beatyfikacyjne mogły się odbyć w Wielkopolsce dopiero w roku 1834. Relikwie bł. Jolanty do dziś znajdują się w kościele franciszkanów w Gnieźnie. Jolanta jest patronką archidiecezji gnieźnieńskiej i miasta Kalisza. Jest też patronką matek i rodzin, a jej pomocy wzywają szczególnie kobiety przy trudnych porodach i chorobach poporodowych. W ikonografii bł. Jolanta przedstawiana jest zazwyczaj w habicie klaryski, czasami klęczy obok swojej siostry, świętej Kingi.  Wspomnienie liturgiczne błogosławionej Jolanty  obchodzone jest 15 czerwca.

 Jolanta jest to imię pochodzenia greckiego, od słów ion (fiołek) i anthos (kwiat). Oznacza: skromna i delikatna.

Powrócę dzisiaj do znanej już czytelnikom moich listów książeczki: „Mój psycholog nazywa się Jezus”, tym razem do rozdziału: „Śmierć”.

 I opowiedział im przypowieść: «Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów.  I rzekł: Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra.  I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj!  Lecz Bóg rzekł do niego: „Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował?” Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem».”(Łk.12,16-21)

Autor Carlo Nesti przekonuje nas, że jedyną rzeczą, która nadaje sens życiu, jest jego odwrotność, to znaczy śmierć. Jeżeli dla nas śmierć jest punktem końcowym, wszystko w życiu staje się decyzyjne. Ale jeżeli śmierć jest dla nas punktem wyjścia, wszystko w życiu staje się przechodnie. Jeżeli będziemy przekonani, że po śmierci cielesnej nic nie istnieje, będziemy chcieli podczas ziemskiego życia uzyskać jak najwięcej przyjemności różnego typu. Jeżeli natomiast wierzymy, że po śmierci ciała istnieje szczęście wieczne duszy, każde zdarzenie ziemskie stanie się relatywne. W tym miejscu musimy pamiętać, że wiara w zmartwychwstanie jest podstawową normą dla każdego chrześcijanina. Jeżeli Jezus mógł zmartwychwstać, to my też możemy. Co dokładnie znaczy „zmartwychwstać”? – nie zaszkodzi nam, jeszcze raz sobie to uświadomić. W konsekwencji grzechu pierworodnego, zdrady zaufania, którego Bóg nam udzielił, człowiek musi przyjąć śmierć cielesną. Gdybyśmy nie zgrzeszyli, bylibyśmy od tego uwolnieni. Jezus przyjmując śmierć na krzyżu, zmienił w sposób radykalny scenariusz. Swoją śmiercią zwyciężył śmierć – i tak, gdy nasze serce przestaje bić, kontynuujemy życie, ale przemienione. Początkowo dusza, część nas samych, która nigdy nie ulega zniszczeniu, zostaje oddzielona od ciała, ale z końcem świata, w dniu ostatecznym, odnajdzie ciało. Po zmartwychwstaniu powstanie „ciało przemienione”, które nie ulegnie zniszczeniu. Kogo dotyczy „zmartwychwstanie”?  – wszystkich ludzi, którzy umarli, bez wyjątku, ale z różnym przeznaczeniem: zmartwychwstanie i życie, dla tego, który czynił dobrze, zmartwychwstanie i kara dla tego, który czynił źle. To jest podział, który nastąpi ze strony Boga w dniu sądu. Tak więc śmierć jest końcem wymiaru ziemskiego. Nasze życie jest mierzone czasem i w czasie zmieniamy się, starzejemy. Nie ma stałej reguły, ponieważ nie ma określonej długości egzystencji, nikt nie wie, czy będzie krótka, średnia czy długa, ponieważ przyszłość pozostaje nieznana. Nie możemy tracić czasu, nie możemy planować, na przykład, najpierw życie daleko od wiary, a później, kiedy będzie wygodnie blisko Boga. Tak naprawdę nie wiemy, ile czasu mamy do dyspozycji, aby wzrastać. Jako przeciętnym śmiertelnikom może nam się wydawać logiczny wysiłek, by gromadzić bogactwa, żeby później cieszyć się nimi na emeryturze. A jednak, jako chrześcijanie nie możemy tak postępować, ponieważ w każdym momencie, nie wiedząc kiedy, możemy umrzeć i musimy być gotowi duchowo, a nie materialnie. W każdej myśli, w każdym działaniu musimy zachowywać się tak, jakbyśmy mieli umrzeć jeszcze dzisiaj. Znaczy to, że w każdej chwili mamy „być gotowi”. W ten sposób życie staje się synonimem oczekiwania, ale nie smutnym i zgorzkniałym, ponieważ nigdy nie należy zapominać o tym, co jest na końcu drogi: odkupienie w raju.

 

Bardzo podobały mi się zawsze słowa z wiersza ks. Jana Twardowskiego: Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą, zostaną po nich buty i telefon głuchy”. Nieoczekiwana śmierć kogoś bliskiego i tym razem każe nam zatrzymać się i zastanowić nad przemijaniem życia ludzkiego, nad jego kruchością. Zastanówmy się nad własnym życiem, czy my swoim postępowaniem okazujemy bliskim nam ludziom, jak bardzo ich kochamy. Okazujmy sobie czułość, aby nie żałować, że tyle słów nie zostało wypowiedzianych.

Na zakończenie zamieszczę wiersz, napisany przez  śmiertelnie chorą na raka  nastolatkę. Myślę, że przeczytacie go wielokrotnie i właściwie odczytacie wskazówki dla siebie.

                                                                               „MUZYKA”

 Czy kiedykolwiek widziałeś dzieci bawiące się w kółko graniaste, albo słyszałeś szum deszczu spadającego  na ziemię?

Czy śledziłeś nieregularny trzepot skrzydeł motyla, czy obserwowałeś słońce o brzasku dnia?

 

Lepiej zrobisz, jeśli zwolnisz.

Nie tańcz tak szybko. Czas jest krótki.

Muzyka nie będzie grała wiecznie.

 

Każdy dzień przelatuje Ci jak błyskawica?

Kiedy pytasz: „Co słychać?”, czy słuchasz odpowiedzi?

Czy po skończonym dniu kładziesz się do łóżka z setkami kolejnych spraw, które zaprzątają Ci głowę?

 

Lepiej zrobisz, jeśli zwolnisz.

Nie tańcz tak szybko. Czas jest krótki.

Muzyka nie będzie grała wiecznie.

 

Czy powiedziałeś kiedykolwiek swojemu dziecku: „Zrobimy to jutro, nie teraz”, nie zauważając
w pośpiechu, że jest mu przykro?

Czy straciłeś kontakt z przyjacielem, bo nigdy nie miałeś czasu zadzwonić do niego i powiedzieć: „Cześć”?

 

Lepiej zrobisz, jeśli zwolnisz.

Nie tańcz tak szybko. Czas jest krótki.

Muzyka nie będzie grała wiecznie.

 

Kiedy tak gnasz, aby gdzieś dotrzeć, tracisz połowę przyjemności z tego, że tam idziesz.

Kiedy się niepokoisz i gonisz cały dzień, to jakbyś wyrzucił prezent…, którego nigdy nie otworzyłeś.

 

Życie to nie wyścig. Idź przez nie powoli.

Posłuchaj muzyki.

                                                                                                      Ela

 

Jedna odpowiedz

  1. D
    | Odpowiedz

    Myślę, że nasza Jola już za nami oręduje w niebie.

Zostaw Komentarz