Panie Jezu, Stróża, 19.08.2017r.
Pomału kończą się wakacje. Po rocznej przerwie wracam do pracy. Mam nadzieję, że szybko się wdrożę. Najważniejsze, że mam gdzie wracać, że moje miejsce pracy czeka na mnie. Ciekawe, czy uczniowie chociaż trochę się za mną stęsknili. Myślę, że część z nich na pewno. Dowiem się wkrótce, bo dzieci w szkole podstawowej są w większości szczere (czasem do bólu). Przez ten rok nabrałam trochę dystansu do pracy, na pewno stałam się bardziej cierpliwa, a ta cecha w szkole jest naprawdę potrzebna. Cieszę się, że znów spotkam się w pracy z moimi koleżankami i kolegami, bo jeśli chodzi o atmosferę w pracy, to jest ona bardzo przyjazna. Widać, że dawno nie byłam w pracy i rzadziej musiałam zapisywać datę, bo w dwóch ostatnich listach zamiast ósemki przy dacie sierpniowej wpisałam siódemkę (a lipiec już niestety minął bezpowrotnie). Poprawiłam u siebie i może wyślę jeszcze raz te listy do stałych czytelników, bo na przykład wspomnienie Św. Maksymiliana Kolbego jest 14 sierpnia (i w tym liście siódemka na pewno nie jest na miejscu). Gdy zaczyna się rok szkolny, zawsze mi trochę żal, ale głównie dlatego, że kończy się lato i ciepła pora roku, a w perspektywie są długie chłodniejsze miesiące. Gdy chodziłam do szkoły, to myślałam, że tylko uczniom nie chce się wracać we wrześniu, a nauczyciele nie mogą się go doczekać. Od dwudziestu lat (bo tyle pracuję w szkole) mam już nieco inne zdanie na ten temat. W tym tygodniu, 17 sierpnia w Kościele wspominamy Św. Jacka, zapraszam więc na chwilę do średniowiecznej Polski i Europy, przenieśmy się myślami ponad osiemset lat wstecz i przyjrzyjmy się życiu jednemu z pierwszych Świętych Polaków.
Święty Jacek Odrowąż urodził się w Kamieniu Śląskim, w ziemi opolskiej, na krótko przed 1200 rokiem. Był synem szlacheckiego, możnego rodu Odrowążów, krewnym biskupa krakowskiego Iwona Odrowąża i jego następcy, Jana Prandoty, również Odrowąża. Pierwsze nauki pobierał zapewne w Krakowie w szkole katedralnej. Jacek zamieszkał wtedy u stryja Iwona. Po ukończeniu szkoły katedralnej otrzymał święcenia kapłańskie. W 1219 r. był już kanonikiem krakowskim. Jest rzeczą prawdopodobną, że Iwo wysłał przedtem Jacka na studia teologiczne i prawa kanonicznego do Paryża i Bolonii. W 1215 r. biskup Iwo – przebywając jako kanclerz księcia Leszka Białego na Soborze Laterańskim – poznał Św. Dominika Guzmana. Był on hiszpańskim kaznodzieją, który założył zakon, zwany Zakonem Dominikańskim we Francji w 1216 roku w celu przeciwdziałania ruchowi albigensów, a później innym herezjom. Dominikanie stanowili pierwszą formację zakonną, która stawiała sobie za cel apostolat „słowem i przykładem”. Prowadzili intensywną akcję kaznodziejsko-duszpasterską, zarówno wśród mieszkańców miast jak i wsi. Podstawą ich egzystencji miała być wyłącznie ludzka ofiarność i zasady ewangelicznego, zbiorowego ubóstwa, zaś podstawą działania – solidne studia teologiczne. Pozwolę sobie tutaj na pewną dygresję i dokładniej opiszę historię powstania tego zakonu. Na początku XIII wieku, Kościół miał w Europie silną pozycję i mógł wywierać duży wpływ na władzę świecką. Okazało się jednak, że w pełnieniu swojej misji jest on słaby i wymaga radykalnej odnowy. Jednym z jej elementów była duchowa rewolucja, jaką przyniosło powstanie zakonów żebraczych, w tym dominikanów. Pieszo, w sandałach, z Pismem Świętym w ręce ubodzy kaznodzieje przemierzali świat, rozmawiając nieustannie z Bogiem i o Bogu, czyli modląc się i głosząc Ewangelię. Zakon ten błyskawicznie rozprzestrzenił się po świecie, co wskazuje jak trafna była ta odpowiedź na potrzeby czasu. Założycielem był Św. Dominik Guzman . Przez blisko dziesięć lat był on kanonikiem kapituły katedralnej w Osmie, w Hiszpanii. Biskup tej diecezji, Diego z polecenia króla wyruszył do Danii w celu prowadzenia układów o małżeństwo syna królewskiego. Dominik został wybrany na towarzysza tej wyprawy. W drodze napotkali oni heretyckie grupy albigensów działające w południowej Francji. Dominik przez całą noc dyskutował z właścicielem gospody, który był członkiem sekty, próbując ukazać mu błędy tej drogi. Wtedy też poczęła w nim kiełkować idea wędrownego teologa-kaznodziei. Po zakończeniu misji królewskiej oraz wizycie u papieża obaj, Dominik i biskup, powrócili na tereny opanowane przez herezję. W drodze napotkali niepocieszonych legatów papieskich, którzy z całym orszakiem wracali po nieudanej próbie nawracania albigensów. Wysłuchawszy narzekań legatów mieli im poradzić: „Trzeba ogniem odpowiedzieć na ogień. Przywódcy heretyków żyją surowym życiem, praktykują długie posty, podróżują pieszo i głoszą słowo Boże z prostotą Apostołów”. Tak też uczynili, a biskup Diego i Dominik przyłączyli się do nich. Wkrótce przekonali się o skuteczności takiego działania (może w tym miejscu króciutko dodam, ze nazwa albigensi wzięła się od nazwy miasteczka Albi w południowej Francji. Poza odrzucaniem świata materialnego, odrzucali hierarchię Kościoła i uważali, że Jezus Chrystus nie był człowiekiem, a jedynie duchem). Oprócz ruchów heretyckich przyczyną powstania dominikanów była potrzeba nowego duszpasterstwa, którą wywołały przemiany społeczne. Między innymi chodziło o gwałtowny rozwój miast, gdzie wielkie skupiska ludzkie często były pozbawione opieki duchowej. Intensywnie rozwijał się handel, a z nim migracje ludności i konfrontacja ze światem niechrześcijańskim, głównie z islamem. Do tego koniecznie trzeba dodać wewnętrzne trudności Kościoła. W grudniu 1216 roku zakon oparty na regule Św. Augustyna został zatwierdzony przez papieża Honoriusza III. Papież nawet miał stwierdzić, że we śnie widział walący się gmach Kościoła, który jednak zachował się, dzięki oparciu na dwóch filarach, którymi były zakon franciszkanów (założony w 1215 r.) i właśnie dominikanie. Mając zaledwie kilkunastu braci Święty niemal natychmiast rozesłał ich do różnych części Europy, aby zakładali nowe konwenty. Wracając do biskupa Iwona Odrowąża, prawdopodobnie po raz drugi zetknął się on ze Św. Dominikiem w Rzymie, kiedy w roku 1216 stał na czele delegacji polskiej, która miała złożyć hołd nowemu papieżowi Grzegorzowi IX. Wtedy prawdopodobnie wyraził życzenie, aby Św. Dominik wysłał także do Polski swoich duchowych synów. Na to zapewne otrzymał odpowiedź, aby biskup przysłał z Polski kandydatów. Kiedy więc Iwo Odrowąż został biskupem krakowskim (1218), udał się do Rzymu ze swymi kanonikami Jackiem i Czesławem, którzy pozostali w Rzymie u boku Św. Dominika. Nakaz nowicjatu wtedy jeszcze nie istniał. Pojawił się on w zakonie Św. Dominika dopiero w 1244 r. Dlatego po krótkim pobycie w rzymskim klasztorze Św. Sabiny Dominik mógł obu kandydatów obłóczyć w habit z myślą rychłego wysłania ich do Polski. Bezpośrednią przyczyną decyzji wstąpienia do dominikanów przez Jacka i Czesława miały być niezwykłe wydarzenia, których obaj mężowie byli świadkami. W klasztorze Św. Sabiny w Rzymie ujrzeli pewnego dnia Św. Dominika w czasie Mszy Świętej, uniesionego w ekstazie w górę. Tego właśnie dnia Św. Dominik wskrzesił siostrzeńca kardynała Stefana, co głośnym echem odbiło się w Rzymie. Jacek i Czesław odbyli jedynie półroczny okres próby, po którym złożyli śluby na ręce Św. Dominika. Jeszcze tego samego roku (1219) jesienią Dominik wysłał obu Polaków do Bolonii, gdzie pozostali rok, dokształcając się, a później grupa 4 braci udała się pieszo do Polski: Jacek, Czesław, Herman i Henryk Morawianin. Jacek po drodze zatrzymywał się z towarzyszami swymi po klasztorach i domach księży. W miasteczku Fryzak na pograniczu Styrii i Karyntii (Austria) zatrzymali się na dłuższy czas u kanoników regularnych. Kilku członków tego zakonu wstąpiło do nowej rodziny zakonnej Św. Dominika. Jacek udał się dalej – do Lorch koło Linzu (również w Austrii). Stąd podążył do Pragi, a stamtąd do Krakowa. Podróż Jacka z towarzyszami z Bolonii do Krakowa trwała kilka miesięcy. Św. Dominik polecił mu badać po drodze możliwości pozyskiwania nowych członków i zakładanie nowych placówek. Jacek uczynił to najpierw we Fryzaku, a w kilka lat potem duchowi synowie Św. Dominika założą również klasztor w Pradze i we Wrocławiu. Jesienią 1221 r. Jacek z towarzyszami znalazł się w Krakowie, gdzie uroczyście przyjął ich biskup Iwo. Zamieszkali oni początkowo na Wawelu, na dworze biskupim. 25 marca 1222 r. było już gotowe skromne zabudowanie przy kościółku Świętej Trójcy. Tam też uroczyście przenieśli się dominikanie. Jacek natychmiast zabrał się do budowy klasztoru i kościoła. Poprzedni kościół był drewniany i zbyt mały. Całość była gotowa w roku 1227. Przed dominikanami stanęło podwójne zadanie: organizacja klasztorów na ziemiach polskich i podjęcie akcji misyjnej wśród sąsiednich ludów. Na Pomorzu dominikanów przyjął życzliwie książę Świętopełk. Powstały konwenty w Gdańsku, w Kamieniu Pomorskim, w Chełmie, w Płocku, w Elblągu, potem w Toruniu, a nawet w Rydze, Dorpacie i Królewcu. Wierny swoim założeniom ewangelizacji, zaraz po kapitule generalnej Jacek udał się na prawosławną Ruś, gdzie założył klasztor w Kijowie. Jednak książę kijowski, podburzony przez prawosławnych kniaziów, zlikwidował na pewien czas placówkę kijowską. Powodzeniem cieszyła się placówka dominikańska w księstwie suzdalskim pod Moskwą i w Haliczu. Według tradycji dominikańskiej, trzy lata wcześniej powstał ośrodek dominikański także w Przemyślu. Po Krakowie, Gdańsku i Kijowie przyszła kolej na Prusy. Systematyczną pracę nad nawróceniem Prusaków rozpoczęli już cystersi z Łekna od roku 1206. Ich trud misyjny wydawał pewne owoce. Z czasem jednak okazało się, że Prusacy są silniejsi. Konrad Mazowiecki sprowadził więc w 1226 r. do Polski Krzyżaków. Ci, zaraz po przybyciu na Mazowsze zwrócili się do generała zakonu o kapłanów tak dla własnej obsługi, jak też dla prowadzenia misji. Z polecenia generała chętnie Krzyżakom z pomocą pospieszyli dominikanie z klasztorów w Gdańsku, Chełmnie i Płocku. W tej akcji misyjnej brał żywy udział Jacek, który nie mógł przewidzieć przewrotnych planów Krzyżaków, którzy zagarniali tereny oczyszczone z pogaństwa dla siebie. Zaborcza polityka Krzyżaków prawdopodobnie zniechęciła Jacka do dalszego angażowania się w akcję misyjną w Prusach. Jak wielki wpływ zdobyli dominikanie w tym czasie, świadczy to, że na cztery biskupstwa, założone na obszarze Prus w XIII w., trzy były w ręku dominikanów. Niestety, piękne dzieło na Rusi zniszczył najazd Tatarów. W 1241 r. padły ich ofiarą klasztory w Haliczu i Kijowie. Prusaków zaś Krzyżacy do tego stopnia zniszczyli, że pozostała po nich zaledwie nazwa. Jacek zmarł w Krakowie w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny 15 sierpnia 1257 r. po dłuższej chorobie. Przy jego grobowcu miało miejsce wiele cudownych uzdrowień, a nawet… wskrzeszeń. Obok sarkofagu przeczytać można napis: „Tu leży Św. Jacek mocen wskrzeszać zmarłych”. W sam dzień jego pogrzebu chciał Bóg, aby powstał z martwych pewien szlachetny młodzieniec, którego przyniesiono przed święte ciało. Młodzieniec ten, imieniem Żegota, cwałując na koniu ciężko upadł, złamał kark i skonał. Przyniesiono jego ciało na grób Jacka, a po godzinie, wśród modłów ów młodzieniec, który był umarły, na oczach wszystkich wstał żywy, bez śladu kalectwa. Rozpoczęto starania o kanonizację. Jednak najazdy tatarskie, a potem walki o tron krakowski i dalsze wypadki sprawiły, że dopiero w XV w. ponowiono starania w Rzymie. 17 kwietnia 1594 r. papież Klemens VIII zaliczył uroczyście Jacka w poczet świętych. Relikwie Św. Jacka spoczywają w osobnej kaplicy w kościele Świętej Trójcy w Krakowie w okazałym grobowcu. Św. Jacek jest otaczany czcią nie tylko w Polsce, ale również w całej Europie, a także w obu Amerykach i Azji. Jego życie było przepełnione czcią dla Matki Bożej. Legenda głosi, że kiedy musiał w czasie najazdu Tatarów na Kijów opuścić miasto, zabrał ze sobą Najświętszy Sakrament, aby go uchronić od zniewagi. Wtedy z wielkiej kamiennej figury miała odezwać się Matka Boża: „Jacku, zabierasz Syna, a zostawiasz Matkę?” On zaś odpowiedział: „Jakże Cię mogę zabrać, Matko Boża, kiedy Twoja figura jest tak ciężka?”. Kiedy jednak uchwycił figurę, miała okazać się bardzo lekką. W kościele dominikanów w Krakowie figura ta nazywana jest „Matką Bożą Jackową”. Inna legenda głosi, że Jacek po najazdach Mongołów karmił ubogich pierogami własnego wyrobu. Dlatego przylgnął do niego przydomek „Święty Jacek z pierogami” W ikonografii Święty przedstawiany jest w habicie dominikańskim, z monstrancją w jednej ręce i figurą Matki Bożej w drugiej. Jest patronem Polskiej Prowincji Dominikanów.
Jacek to imię, najprawdopodobniej wywodzące się od łacińskiej formy imienia Hiacynt (Hiacyntus). Pierwszym etapem spolszczenia imienia była forma Jacenty, która utrzymała się do XX wieku.
Spotkałam na mojej drodze wielu Jacków. Mój brat ma na drugie imię Jacek, w liceum jeden z kolegów z mojej klasy miał na imię Jacek. Na studiach poznałam dwóch wspaniałych Jacków, którzy ożenili się z moimi koleżankami (też ze studiów). Do dzisiaj utrzymujemy ze sobą kontakty, a razem spędziliśmy wiele wakacyjnych wyjazdów. Wspominałam na początku listu o mojej pracy, to jeszcze nadmienię, że do pracy przyjmował mnie dyrektor, który też miał na imię Jacek – właśnie po 50-ciu latach pracy odszedł w tym roku na zasłużoną emeryturę (w tym miejscu nie pomyliłam cyferek).
Święty Jacku, który za swoją wiarę i ewangeliczną pracę otrzymałeś od Boga nawet moc wskrzeszania umarłych, wypraszaj u Niego potrzebne czytelnikom tego listu łaski i miej w opiece szczególnie swoich imienników, o co Cię z całego serca proszę.
Stali czytelnicy już wiedzą, że cytuję wspomnienia Łucji z sześciu kolejnych objawień fatimskich. Czwarte z nich nie miało miejsca jak poprzednie trzynastego dnia miesiąca, ponieważ w tym dniu dzieci przebywały w więzieniu. Objawienie t o miało miejsce 19 sierpnia 1917 roku. Łucja tak je opisała:
„Kiedy z Franciszkiem i jego bratem Janem prowadziłam owce do miejsca, które się nazywa Valinhos, odczułam, że zbliża się i otacza nas coś nadprzyrodzonego, przypuszczałam, że Matka Boska może nam się ukazać i żałowałam, że Hiacynta może Jej nie zobaczyć. Poprosiłam więc jej brata Jana, żeby po nią poszedł. Ponieważ nie chciał iść, dałam mu 20 groszy; zaraz pobiegł po nią. Tymczasem zobaczyłam z Franciszkiem blask światła, któreśmy nazwali błyskawicą. Krótko po przybyciu Hiacynty zobaczyliśmy Matkę Boską nad dębem skalnym.
– „Czego Pani sobie życzy ode mnie?”
– „Chcę, abyście nadal przychodzili do Cova da Iria 13 i odmawiali codziennie różaniec. W ostatnim miesiącu uczynię cud, aby wszyscy uwierzyli”.
– „Co mamy robić z pieniędzmi, które ludzie zostawiają w Cova da Iria?”
– „Zróbcie dwa przenośne ołtarzyki. Jeden będziesz nosiła ty z Hiacyntą i dwie inne dziewczynki ubrane na biało, drugi niech nosi Franciszek i trzech chłopczyków. Pieniądze, które ofiarują na te ołtarzyki, są przeznaczone na święto Matki Boskiej Różańcowej, a reszta na budowę kaplicy, która ma tutaj powstać”.
– „Chciałam prosić o uleczenie kilku chorych”.
– „Tak, niektórych uleczę w ciągu roku” – i przybierając wyraz smutniejszy powiedziała: – Módlcie, módlcie się wiele, czyńcie ofiary za grzeszników, bo wiele dusz idzie na wieczne potępienie, bo nie mają nikogo, kto by się za nie ofiarował i modlił”.
I jak zwykle zaczęła unosić się w stronę wschodu.”
Na dzisiejszą kropelkę ewangeliczną wybrałam Ewangelię z ubiegłej niedzieli: „Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już o wiele stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się, myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: «Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!» Na to odezwał się Piotr: «Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!» A On rzekł: «Przyjdź!» Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie, podszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: «Panie, ratuj mnie!» Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: «Czemu zwątpiłeś, człowiecze małej wiary?» Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: «Prawdziwie jesteś Synem Bożym»”. (Mt 14, 22-33) Bardzo spodobały mi się rozważania księdza Edwarda Stańka na temat tej Ewangelii. Nawiązał on do słów bł. Michała Kozala: „Wątpiący staje się, mimo woli, sojusznikiem wroga”, w których jest lapidarnie ujęty jeden z tragicznych skutków groźnej choroby ducha, jaką jest zwątpienie. Człowiek ciągle musi się zmagać i wielu wrogów czyha na moment jego słabości, na chwilę zwątpienia. W każdym z nas mieszka wiele wad i zwycięstwo nad nimi w wielkiej mierze jest uzależnione od wiary w siebie i w łaskę Bożą. Każda sekunda zwątpienia jest klęską. Człowiek przez swoje „nie potrafię” oddaje się w ręce wady. Jak długo się zmaga, tak długo szala zwycięstwa może być przeważona na jego stronę. Gdy w sercu jego zrodzi się zwątpienie, następuje klęska. Wada otrzymuje „sojusznika” i dlatego odnosi zwycięstwo. Podobnie jest z przeciwnościami losu, które jawią się na drodze naszego życia jako przeciwnik utrudniający realizację woli Boga. W obliczu trudności łatwo o zwątpienie i rezygnację nawet z wielkich wartości. Ileż to razy słowa: „To nie dla mnie, to nie na moje możliwości” są głośnym wyznaniem zwątpienia. To ono decyduje o klęsce. (…) Jezus przynosi możliwość wybawienia z wszystkich nieszczęść, w jakie popadł człowiek. On też gwarantuje odniesienie zwycięstwa nad wszelkimi wrogami, uzależniając je jednak od mocy naszego zawierzenia. Pedagogiczny wysiłek Jezusa zmierza wyraźnie do tego, by Apostołów nauczyć wiary i wyleczyć ich ze zwątpienia. Lekcja, jakiej udziela Piotrowi na środku jeziora, każąc mu wędrować po falach, jest ostrzeżeniem przed zgubnymi skutkami zwątpienia. „Czemu zwątpiłeś, człowiecze małej wiary?”. Wysoka fala jawi się jako obraz wroga, który zyskał sprzymierzeńca w zwątpieniu Piotra i natychmiast odniósł zwycięstwo, Piotr zaczął tonąć. Kiedy zbliżały się bolesne wydarzenia Wielkiego Tygodnia Mistrz z Nazaretu zapowiedział, że dla uczniów będzie to czas doskonalenia wiary, że staną wobec pokusy zwątpienia. Ileż to czasu potrzeba było na wyleczenie Apostołów z choroby zwątpienia. Proces trudny, nawet jeśli steruje nim sam Jezus. Mocna wiara to dowód zdrowego ducha. To ona czyni człowieka niezwyciężonym. Minęły wieki, dziś Chrystus stara się nas wyleczyć z choroby zwątpienia. Pragnie nas przekonać, że nigdy nie wolno stać się, nawet mimo woli, sprzymierzeńcem wroga. Życzę wszystkim czytelnikom tego listu, aby nigdy nie popadali w zwątpienie, nawet w obliczu najtrudniejszych chwil w życiu. Panie Jezu wysłuchaj próśb wszystkich czytających ten list, a jeśli zdarzy się im chwila zwątpienia, wyzwól ich z lęku i powiedz: „Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!”
Ela
Zostaw Komentarz