Panie Jezu, Stróża, 17. 06.2017
Jeszcze tylko parę dni i rozpoczną się upragnione wakacje. Dzieci już nie mogą się doczekać. Należy się im odpoczynek po całym roku nauki. Moja najstarsza córka Natalka pożegna się już z gimnazjum i rozpocznie nowy etap kształcenia w liceum ogólnokształcącym. Młodsza Gosia kończy piątą klasę, a najmłodsza Ania trzecią. Młodsze córki pozdawały też egzaminy w szkole muzycznej i kończą tam klasę czwartą, a przed nimi jeszcze dwa lata edukacji muzycznej. Bardzo lubię lato i wakacje, podczas których mogę więcej czasu spędzić razem z rodziną. Jak już kiedyś pisałam każda minuta poświęcona dzieciom procentuje w przyszłości dobrymi relacjami z nimi i ma wpływ na ich późniejsze życie. Moja siostra Ania przesłała nam ostatnio na telefonie fajny filmik, gdzie na tle zmieniających się, pięknych krajobrazów pojawiają się następujące po sobie zdania:
„Wyobraź sobie, że każdego dnia po przebudzeniu dostajesz 86 400 złotych.
Jest tylko jedna zasada:
Musisz wydać całe 86 400 złotych tego samego dnia, inaczej pieniądze przepadną na zawsze.
Jak wydasz tyle pieniędzy?
Na swoje potrzeby? Na swoją rodzinę? Na przyjaciół?
Uwierz, bądź nie, ale taki magiczny bank istnieje.
Każdego poranka budzisz się z 86 400 sekundami życia przed sobą. Tyle trwa doba.
Każda sekunda, z której nie skorzystasz, nocą przepada na zawsze.
Twoje konto może zostać zamknięte każdego dnia….. Bez ostrzeżenia.
Na co więc codziennie wydajesz 86 400 sekund?
Tych, które przepadły nie da się odkupić za żadne pieniądze.
Czas jest najcenniejszym, co mamy.
Spędzaj go rozsądnie.”
Dzisiaj Kościół wspomina Świętego Brata Alberta. Postać ta przypominana jest nam w ciągu tego roku liturgicznego, podobnie jak 100 – lecie objawień fatimskich. Zachęcam do bliższego poznania życia i działalności tego Świętego. Moja córka Ania jak usłyszała, że piszę o nim, od razu przypomniała mi, że w tym roku szkolnym, w klasie trzeciej był on patronem jej klasy.
Święty Brat Albert Chmielowski – Adam Bernard Hilary Chmielowski – urodził się 20 sierpnia 1845 r. w Igołomi koło Krakowa, w zdeklasowanej rodzinie ziemiańskiej Wojciecha i Józefy z Borzysławskich Chmielowskich. Chrzest dziecka odbył się w kościele parafialnym w Igołomi 26 sierpnia 1845 r., ale tylko „z wody”. Ceremonii Chrztu dopełniono w 1847 roku w Warszawie, w kościele Najświętszej Marii Panny. Wtedy wystawiono Chmielowskiemu metrykę z mylną datą urodzenia 1846 zamiast 1845 r. W chwili przyjścia na świat Adama, jego ojciec Wojciech pełnił funkcję naczelnika komory celnej w Igołomi. W karierze urzędniczej miał za sobą kilka podobnych stanowisk, a przed śmiercią piastował urząd sekretarza kolegialnego w Warszawie. W 1847 roku Chmielowscy wydzierżawili, a następnie kupili majątek ziemski w powiecie wieluńskim. Należał do niego stary dworek w Czernicach i trzy okoliczne wioski. Z czasem przybyło Chmielowskim troje młodszych dzieci: Stanisław, Marian i Jadwiga. Beztroskie dzieciństwo Adama bardzo wcześnie zostało zakłócone śmiertelną chorobą ojca. Po trzech latach bezskutecznego leczenia, w 1853 roku, Wojciech Chmielowski zmarł, pozostawiając zupełnie nie przygotowaną do samodzielnego życia młodą żonę z czworgiem nieletnich dzieci. W ostatnich miesiącach życia męża, nie mogąc się uporać z administracją majątku sprzedała go, przenosząc się do Warszawy. Za uzyskane pieniądze zakupiła kamienicę na rogu ul. Książęcej i Nowego Światu, tam zamieszkała wraz z dziećmi, utrzymując je z dochodów płynących z kamienicy. Warunki materialne osieroconej rodziny Chmielowskich były ciężkie. Pani Chmielowska za radą krewnych zgodziła się na wysłanie dwunastoletniego Adasia do Petersburga, by tam rozpoczął naukę. Adam wyjechał tam w 1857 roku. Jako syn rosyjskiego urzędnika miał bezpłatne miejsce w tamtejszym zakładzie. Zdolny i inteligentny chłopiec zwrócił na siebie w Korpusie Kadeckim uwagę cara Aleksandra II, który wizytując zakład dłużej z nim rozmawiał i zaszczycił jakimś odznaczeniem wojskowym. Adam był zachwycony. Mniej zachwyconą okazała się matka, która widząc rusyfikację dziecka, zabrała go z Korpusu Kadeckiego rezygnując tym samym z ulgi płynącej z bezpłatnego miejsca w szkole. Mimo trudności finansowych zapisała syna do Gimnazjum Realnego im. Pankiewicza w Warszawie. W sierpniu 1859 roku zmarła pani Chmielowska. Osieroconą gromadkę przygarnęła Petronela Chmielowska, siostra ojca, darząc dzieci prawdziwie macierzyńską miłością, za którą Adam będzie jej wdzięczny do końca życia. Umierając, pani Chmielowska wręczyła najstarszemu czternastoletniemu synowi obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej, prosząc, by zachował go na pamiątkę. Adam przez całe życie nosił go ze sobą, a wstępując do nowicjatu Ojców Jezuitów w 1880 roku podarował przyjacielowi Józefowi Chełmońskiemu. W roku 1862 zakończył edukację w Gimnazjum Realnym, a naukę kontynuował w Instytucie Politechnicznym i Rolniczo-Leśnym w Puławach. Bezpośrednio po przybyciu do Puław nawiązał stosunki z przywódcą rewolucyjnej młodzieży Leonem Frankowskim, swym starszym kolegą z Gimnazjum Realnego. W odpowiedzi na Manifest Centralnego Narodowego Komitetu, spiskująca młodzież uczelni puławskiej uformowała oddział „Puławiaków” pod dowództwem 19 – letniego Leona Frankowskiego. Chmielowski był jednym z pierwszych, którzy wyruszyli do boju w powstaniu styczniowym. Trafia najpierw do niewoli austriackiej w Ołomuńcu, skąd udaje mu się uciec. W tragicznej bitwie pod Mełchowem w dniu 30 września 1863r zostaje ranny w wyniku wybuchu granatu. Amputują mu nogę i dostaje się tym razem do niewoli rosyjskiej. O ucieczce bez nogi nie ma mowy. Czeka w więziennym szpitalu na zesłanie na Sybir, ale rodzinie udaje mu się go stamtąd uwolnić. Wywożą go w trumnie. Kiedy ocknął się z koszmaru, był już w Paryżu. Tutaj odzyskuje siły i zaczyna studiować malarstwo. Szuka też możliwości rozwijania swojego talentu artystycznego w kontakcie z wielkimi malarzami tamtego okresu. W lipcu 1865 r. wrócił do Warszawy. Coraz bardziej interesując się malarstwem i pragnąc swe studia skierować w tę stronę, zapisał się do Klasy Rysunkowej oraz zaglądał do pracowni Wojciecha Gersona. Tu zapoznał się i zaprzyjaźnił między innymi z Maksymilianem Gierymskim. Rodzina niechętnie patrzyła na jego malarskie zainteresowania, uważając to za „dziecinadę i ryzykanctwo”. Znając materialną sytuację Adama i jego rodzeństwa radzono mu studia bardziej praktyczne i opłacalne. Według zamierzeń rodziny Chmielowski miał jechać do Gandawy, by na tamtejszym uniwersytecie studiować inżynierię. Tak więc w 1866 roku wyjechał za granicę. Najpierw, prawdopodobnie zahaczył o Paryż, a potem udał się do Gandawy, by rozpocząć studia inżynierskie. Nie szło mu to jednak. Nie cierpiał matematyki, nie miał żadnych zdolności technicznych. Po paru miesiącach porzucił uczelnię, nie zdając ani jednego egzaminu. Żałował tylko, że stracił tyle czasu na niepotrzebną naukę matematyki. Po krótkich i na dobrą sprawę nic nie dających studiach w Gandawie i półtorarocznym pobycie w Paryżu, wrócił Chmielowski do kraju. Chciał w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych zorientować się w panujących kierunkach malarskich, a przede wszystkim zapewnić sobie zaplecze materialne w postaci stypendium. W Krakowie bliżej zetknął się z Janem Matejką, oraz z rodziną Lucjana Siemieńskiego, profesora literatury powszechnej na Uniwersytecie Jagielońskim. Dzięki protekcji Siemieńskiego otrzymał Chmielowski roczne stypendium od hrabiego Włodzimierza Dzieduszyckiego, umożliwiające mu studia za granicą. Warunkiem otrzymania dotacji było wykazanie się jakąś pracą. Początkujący malarz przedstawił „Wincentego Pola” i „Po pojedynku”. Obrazy musiały się podobać, skoro Chmielowski mógł wyjechać jesienią 1969 roku jako stypendysta do Monachium i rozpocząć studia na Akademii Sztuk Pięknych. Przyjaźni się tutaj z wieloma sławnymi artystami. Wiele maluje i wysyła swoje obrazy na wystawy do Polski. Po powrocie do kraju w 1874 r. tworzył dzieła, w których coraz częściej pojawiała się tematyka religijna. Malarstwo Chmielowskiego charakteryzowało się prostotą środków, naturalnością i nastrojowością. Oprócz tematyki religijnej malował również realistyczne obrazy. Dorobek Adama Chmielowskiego to 61 obrazów olejnych, 22 akwarele i 15 rysunków. Do najbardziej znanych prac należą: „Ecce Homo”, „ Po pojedynku”, „Dziewczynka z pieskiem”, „Cmentarz”, „Dama z lisem”, „Powstaniec na koniu”, „Wizja Św. Małgorzaty”, „Zachód słońca”, „Amazonka”. Wraz z namalowaniem obrazu „Ecce Homo” we wnętrzu Adama Chmielowskiego nastąpił przełom. Obraz ten namalowany na płótnie przedstawia Chrystusa , okrytego szkarłatną szatą z cierniową koroną na głowie, trzciną w ręce i splątanym sznurem na szyi. Chrystus ukazany został na tle antycznej architektury rozjaśnionej światłem wydobywającym się zza filara. Twarz Chrystusa pociągła z lekkim zarostem, zbroczona krwią wypływającą spod cierniowej korony, powieki przymknięte. Opadająca z ramion czerwona szata tworzy na ubiczowanej piersi Jezusa olbrzymie serce. Obecnie obraz ten możemy zobaczyć w sanktuarium Świętego Brata Alberta w Krakowie – przy ulicy Woronicza 10, gdzie znajdują się również jego doczesne szczątki. 24 września 1880 roku wstąpił do jezuitów w Starej Wsi. Po roku jednak zrezygnował z powodu depresji i silnego załamania nerwowego. Wyjechał na Podole do swojego brata Stanisława. Tam związał się z tercjarzami Św. Franciszka i prowadził pracę apostolską wśród ludności wiejskiej. Radość franciszkańskiego apostolatu trwała krótko. W 1884 roku otrzymał „Ukaz wysiedlenia z Cesarstwa Rosyjskiego Adama Wojciechowicza Chmielowskiego, tajnego organizatora niedozwolonych stowarzyszeń w guberniach rosyjskich. W razie nie wykonania ukazu w ciągu trzech dni od dzisiejszej daty, zesłanie tegoż Chmielowskiego na Sybir.” Opuścił zatem Podole w żądanym terminie, przenosząc się do Krakowa z zamiarem kontynuacji porzuconej pracy. Przybył do Krakowa w czasie, gdy tam dla jednych istniały polskie Ateny, dla innych polski Rzym, a jeszcze dla innych siedlisko polskiej nędzy. Poświęcił się więc służbie bezdomnym i opuszczonym. W 1887 r. za zgodą kardynała Albina Dunajewskiego przywdział szary habit III Zakonu Świętego Franciszka, a rok później złożył śluby zakonne, przyjmując imię Alberti dając początek nowej rodzinie zakonnej. Założył zgromadzenia: Braci Albertynów (1888 r.) i Sióstr Albertynek (1891 r.), które oparte zostały na regule Św. Franciszka z Asyżu. Nigdy jednak nie uważał się za założyciela albertyńskich zgromadzeń. „Ani mi na myśl nie przyszło – mawiał w późniejszych latach – by zakładać jakieś zgromadzenie zakonne. Ja o czym innym myślałem, gdy chodziło o ratunek ubogich, a tu Pan Bóg co innego zrządził. Ja nie będę ręki do tego przykładał, żeby nie popsuć dzieła Bożego”. Wzbraniał się także przed napisaniem konstytucji zakonnych. Zalecał swym braciom i siostrom zachować Ewangelię i Przestrogi duchowe Św. Jana od Krzyża. Jako naczelną zasadę swych Zgromadzeń postawił radykalne ubóstwo, by sercem wolnym od posiadania i ciężką pracą bardziej zbliżyć się i upodobnić do swych biedaków. Z ubóstwem wiązał Brat Albert wielką ufność i zawierzenie Bożej Opatrzności. Druga cecha albertyńskich zgromadzeń to ofiarna, pełna miłości bezinteresownej służba ubogim. Wpajał braciom i siostrom to przekonanie, że służąc ubogim – służy samemu Panu Jezusowi. „Im więcej kto opuszczony – mawiał – z tym większą miłością służyć mu trzeba, bo samego Pana Jezusa w osobie tegoż zbolałego się ratuje”. Zakładane przez siebie domy dla bezdomnych nazwał przytuliskami. Cechą ich było, że będący w potrzebie, każdy i o każdej porze znajdował w nich dach nad głową, odzież, pożywienie. Bracia czy też siostry mieszkali w przytuliskach pod jednym dachem z ubogimi, stanowiąc z nimi wspólnotę rodzinną. Św. Brat Albert w służbie ubogim podkreślał zasadę powszechności, czyli obejmował opieką wszystkich znajdujących się w ostatecznej potrzebie, bez względu na narodowość, wyznanie czy pochodzenie, w każdym bowiem widział Chrystusa. Do końca swego życia zajmował się biednymi i bezdomnymi. Ogrzewalnie miejskie dla bezdomnych przemieniał w przytuliska. Nie dysponując środkami materialnymi kwestował na utrzymanie ubogich. Oddając się z biegiem czasu coraz pełniej posłudze ubogim rezygnował stopniowo z malowania obrazów. Służbę na rzecz bezdomnych i nędzarzy uważał za formę kultu Męki Pańskiej. Zakładał domy dla sierot, kalek, starców i nieuleczalnie chorych oraz tzw. kuchnie ludowe. Pomagał bezrobotnym organizując dla nich pracę. Słynne są słowa Brata Alberta, że „trzeba każdemu dać jeść, bezdomnemu miejsce, a nagiemu odzież, bez dachu i kawałka chleba może on już tylko kraść albo żebrać dla utrzymania życia”. Pierwszeństwo w zakładaniu przytulisk miały duże miasta, a w nich dzielnice najbiedniejsze. W małych miastach przytuliska miały bardziej charakter domów starców i niedołężnych. W planach Brata Alberta było objęcie siecią przytulisk węzłowych stacji kolejowych, kopalń, portów i innych miejsc gromadzących masowo ubogą ludność robotniczą lub bezrobotną. Mimo nadludzkich wysiłków Brata Alberta i jego zgromadzeń przytuliska do końca walczyły z nędzą. Troska o chleb dla ubogich pochłaniała niemal wszystkie wysiłki tego niezwykle czynnego i pracowitego człowieka. Jego działalność objęła oprócz Krakowa także Lwów, Sokal, Tarnów, Stanisławów, Przemyśl, Kielce, Tarnopol i Jarosław. W sumie 20 placówek walki z nędzą. Prócz przytulisk zakładał domy dla bezdomnych dzieci i młodzieży, zakłady dla kalek, starców i nieuleczalnie chorych, otoczył opieką szpitale wojskowe i epidemiczne w czasie pierwszej wojny światowej. Umiera w opinii świętości w dzień Bożego Narodzenia 1916 roku na raka żołądka, mając 71 lat. Jego pogrzeb staje się manifestacją. Cały Kraków żegna „najpiękniejszego człowieka pokolenia”, za trumną idą tłumy biedaków. Prezydent Polski Ignacy Mościcki nadał mu pośmiertnie Wielką Wstęgę Orderu Polonia Restituta za wybitne zasługi w działalności niepodległościowej i na polu pracy społecznej. Św. Bratem Albertem fascynował się Św. Jan Paweł II. Obaj byli uzdolnionymi artystami, obaj poszli radykalnie za głosem Bożego wezwania za cenę pozostawienia sztuki. W „Darze i Tajemnicy” papież wyznaje: „Dla mnie jego postać miała znaczenie decydujące, ponieważ w okresie mojego własnego odchodzenia od sztuki, od literatury i od teatru, znalazłem w nim szczególne duchowe oparcie i wzór radykalnego wyboru drogi powołania”. Jako młody ksiądz Karol Wojtyła poświęcił Chmielowskiemu dramat „Brat naszego Boga”, jako papież beatyfikował go w 1983 r. na Błoniach krakowskich, a kanonizował w 1989 r. w Watykanie. W ostatniej scenie dramatu Karola Wojtyły Brat Albert wypowiada słowa, które są jakby streszczeniem jego życia: „wybrałem większą wolność”. W homilii kanonizacyjnej Św. Jan Paweł II ukazując istotę posłannictwa nowego Świętego, dał najwłaściwszą odpowiedź, kim był Brat Albert. Oto jego słowa: „W niestrudzonej heroicznej posłudze na rzecz najbardziej upośledzonych i wydziedziczonych znalazł ostateczną drogę. Znalazł Chrystusa. Przyjął Jego jarzmo i brzemię. Nie był tylko miłosiernikiem. Stał się jednym z tych, którym służył. Ich bratem. Szary brat”.
Albert to imię męskie pochodzenia germańskiego. Oznacza ono człowieka szlachetnego, prawego albo pochodzącego z zacnego rodu.
A teraz już czas na naszą kropelkę ewangeliczną: „Potem usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: «Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie»”. (Mk 12, 41-44)
Dzisiaj znów powrócę do mojej ulubionej książeczki: „Mój psycholog nazywa się Jezus”, tym razem do rozdziału: „To, co konieczne”, a następnym razem wykorzystam rozdział: „To, co zbyteczne”. Otóż w geście dawania jesteśmy przyzwyczajeni mierzyć ilość. Dla Jezusa natomiast dawanie nie jest kwestią ilości, ale jakości. Mucha może postąpić szlachetniej niż słoń. Przypadek ubogiej wdowy z Ewangelii, która wrzuca tylko kilka drobnych monet do skarbonki przewyższa wszystkie ofiary złożone przez bogatych nie w ilości, ale w jakości. Ofiarowuje bowiem nie z tego co jej zbywa, a z tego, co jest niezbędne, to znaczy pozbawia się czegoś, co jest potrzebne w pierwszej kolejności, a nie tego, co ma drugorzędną wartość. Gdyby się przyglądnąć smutnemu obrazkowi, gdy biedni ludzie szukają czegoś w koszach lub na śmietnikach, to można zobaczyć, że to co dla jednych jest zbyteczne, to dla innych jest konieczne. I pomyśleć, że jedna potrzebna rzecz nie przechodzi bezpośrednio z rąk tego, który ma dużo, do rąk tego, który ma mało, a dzieje się to za pomocą aktu odrzucenia. Analiza tego, co jest potrzebne i tego, co jest zbyteczne, to zdefiniowanie granicy pomiędzy potrzebą, a luksusem. Jest to jedno z najtrudniejszych zadań, które powinniśmy wykonać.
Ta granica na przestrzeni wieków ciągle się zmienia. To, co jeszcze w czasach młodości naszych dziadków było zbyteczne, dzisiaj zaliczymy do rzeczy potrzebnych w codziennym życiu. Pamiętajmy, że dawać coś drugiemu człowiekowi, to nie zawsze oznacza, że damy mu coś materialnego. Jeśli poświecimy innym nasz czas, cenne minuty, które rezerwujemy dla innych, a nie dla siebie, to mają one również dużą wagę w znaczeniu ewangelicznej miłości bliźniego, często większą, niż gdybyśmy oddali parę rzeczy, które nam zbywają. Potrzebujący może znajdować się bliżej nas, niż sobie to możemy wyobrazić, ponieważ jak widzimy, nie istnieją tylko potrzeby materialne, ale również niematerialne. Jedno słowo pocieszenia dla osoby cierpiącej może przed Panem znaczyć tyle, co dwie drobne monety ubogiej wdowy, a to już jest dużo.
Na koniec prośmy Świętego Brata Alberta, aby wypraszał u Boga potrzebne nam łaski, a my ze swojej strony starajmy się dzielić z innymi nie tylko tym, co nam zbywa. A znane słowa Świętego Brata Alberta niech staną się naszą życiową dewizą, czego Wam z całego serca życzę:
„Powinno się być dobrym jak chleb. Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się, jeśli jest głodny.”
Ela
Zostaw Komentarz