Panie Jezu, Stróża, 10.07.2017
Przyzwyczailiśmy się już, że trwają wakacje. W ten wakacyjny czas można trochę zwolnić tempo życia, można trochę więcej czasu poświęcić rodzinie, przyjaciołom, czy znajomym. Można w końcu docenić piękno przyrody, wygrzać się na słoneczku, przypomnieć sobie beztroski czas z dzieciństwa, gdy leżąc na trawie spoglądało się w niebo i oglądało kłębiaste chmury, doszukując się różnych kształtów czy postaci. Jak Dyzio Marzyciel można się trochę zatopić w marzeniach i oderwać od problemów dnia codziennego. A co najważniejsze nie trzeba daleko szukać, by dostrzec uroki otaczającego nas świata, stworzonego przez Boga. Wczoraj pojechaliśmy na wycieczkę w Pieniny. Bardzo lubię te góry. Z mojej rodzinnej miejscowości położonej w Kotlinie Nowotarskiej miałam do nich bardzo blisko. Przy dobrej pogodzie z mojego domu widać było Trzy Korony – najwyższy ich szczyt, na południu mogłam zobaczyć Rysy, na zachodzie Babią Górę, a na północy widnokręgu dostrzec można było Turbacz. Przez Ostrowsko, w którym kiedyś mieszkałam, przepływa rzeka Dunajec, która płynąc przez obszar Pienin utworzyła piękny przełom. Trochę czasu poświęciłam na poznanie tych okolic, gdyż pisałam pracę magisterską o wpływie na środowisko przyrodnicze powstałego na Dunajcu – Zbiornika Czorsztyńskiego. Dzisiaj zapoznam Was ze Świętym, który mimo, że od jego śmierci minęło już ponad 100 lat, to pozostaje on nadal żywym w sercach setek tysięcy ludzi na całym świecie. Pomimo, że za życia ukochał samotność, chciał przez życie przejść niezauważonym, to wolą Bożą było, aby poznał go cały świat. Za jego pośrednictwem Panie Jezu dokonujesz cudów i znaków, które mają jeden cel – przemienić ludzkie serca tak, aby się nawróciły do Boga. Usiądźcie wygodnie i przeczytajcie jego historię:
Święty Charbel (czyt. Szarbel) Makhlouf urodził się 8 maja 1828 roku w Bakaa Kafra, w libańskiej wiosce, około 140 km na północ od Bejrutu. Jest to niewielka miejscowość licząca około 100 ceglanych domów. Miał dwóch braci i dwie siostry. Na chrzcie świętym otrzymał imię Józef. Jego rodzina była bardzo uboga i utrzymywała się z pracy na własnym skrawku ziemi. Największym ich bogactwem były szacunek do pracy i wiara. Życie religijne ich rodziny było kształtowane przez bardzo pobożną matkę. Józef miał zaledwie trzy lata, gdy stracił ojca. Pewnej nocy, gdy cała rodzina była zebrana przy stole, do drzwi zapukali żołnierze. Mieli dokument od prefekta, na mocy którego jego ojciec Antoni miał się stawić wraz z osłem, aby dowozić na front zaopatrzenie dla walczących oddziałów. Przymusowy pobór do wojska spowodowany był przemarszem wojsk egipskich przez południe Libii na wojnę z Turcją. Następnego ranka ojciec opuścił dom. Gdy już otrzymał pozwolenie na powrót do domu, niespodziewanie zachorował i zmarł. Został pochowany w bezimiennej mogile, a jego bliscy nie od razu zostali poinformowani o jego śmierci. Po wielu miesiącach matka musiała się pogodzić z tym, że jej mąż nie żyje. Nie mogąc zaradzić trudnej sytuacji materialnej rodziny, po dwóch latach samotnego zmagania się, przyjęła propozycję małżeństwa. Dzieciństwo Józefa, jak wielu jego rówieśników, koncentrowało się wokół kościoła, szkoły i pola. Nie była to jednak szkoła w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Przy sprzyjającej pogodzie dzieci gromadziły się pod wielkim dębem, korzystając z przyjemnego cienia. W zimie natomiast musiały się mieścić w pomieszczeniach przy kościele. Nauczycielem był często ksiądz, który uczył dzieci czytania, pisania oraz śpiewu psalmów. Po szkole Józef często pasał owce i krowy na pobliskich wzgórzach. Bardzo lubił to zajęcie, które było okazją do kontemplacji Boga w szmerze źródlanej wody, w zapachu polnych kwiatów, w świergocie ptaków, w szumie wiatru i promieniach słońca. Uwielbiał ciszę i samotność, w której odczuwał obecność Boga. W niedzielę angażował się w służbę liturgiczną podczas Mszy Świętej. Miał zwyczaj zabierać parę ziarenek kadzidła do kieszeni. Nikt oprócz niego i Boga nie wiedział, do czego są mu one potrzebne. Chłopiec dojrzewał, a wraz z nim dojrzewała jego pobożność, przez którą był bardzo często wyśmiewany przez kolegów. Pragnął być z Bogiem sam na sam i szybko udało mu się to marzenie urzeczywistnić. W pobliskiej grocie założył swoją pierwszą pustelnię. Tam przed obrazem Matki Bożej za każdym razem ofiarowywał Jej kilka ziarenek kadzidła, które wcześniej wyniósł z kościoła. Duży wpływ na młodego Józefa mieli wujkowie, którzy byli zakonnikami Zakonu Maronickiego i żyli w pustelni Św. Antoniego w Qozhaya, 5 km od Bekaa Kafra. Józef podziwiał ich ascetyczny styl życia. Chciał iść w ślady swoich wujów, czuł, że jego przeznaczeniem jest poświęcenie się Bogu. Pewnego razu Józef udał się na poszukiwanie zaginionej kozy. Zmęczony wszedł do kapliczki na chwilę modlitwy. To właśnie podczas tej modlitwy, w zwykłej małej kapliczce Bóg przemówił w głębi jego serca, mówiąc mu: „Zostaw wszystko i pójdź za Mną!” Decyzję o wstąpieniu do klasztoru podjął mając 23 lata. Wieś była jeszcze pogrążona we śnie, gdy bez informowania kogokolwiek z rodziny wyszedł z domu, by już do niego nigdy nie powrócić. Wiedział, że swoją decyzją sprawi ogromny smutek tym, których kochał, zwłaszcza matce. Po długich poszukiwaniach jego rodzina odnalazła go w klasztorze. W końcu matka udzieliła mu swojego matczynego błogosławieństwa. Obiecała mu swą modlitwę, by został świętym księdzem. Bo jeśli ma być kiepskim, to lepiej, aby wracał do domu. Wraz z przywdzianiem habitu obrał też nowe imię Charbel (w kalendarzu liturgicznym brzmi ono Sarbeliusz). Rozpoczął się dla niego okres dwuletniego nowicjatu. Reguła zakonna, według której pragnął żyć była bardzo surowa, zwłaszcza jeśli chodzi o dyscyplinę w dziedzinie posłuszeństwa zakonnego. Każdy nowicjusz musiał zasłużyć na zaufanie u przełożonego, a drogą do tego było wykonywanie każdej służebnej pracy w klasztorze, od mycia podłóg po wypiek chleba. Każdy nowicjusz był zobowiązany do wstawania o północy na śpiewanie liturgii, jak i uczestnictwa w każdej ceremonii. Musiał uczyć się Reguły i spełniać osobiste akty pokuty. Pierwszy rok nowicjatu spędził w klasztorze Mayfouk, a drugi w jeszcze bardziej surowszym i odosobnionym klasztorze Annaya. Nie stanowiło to dla niego żadnego problemu, gdyż mógł tutaj odnaleźć ciszę i samotność, której tak zawsze szukał. Po ukończeniu nowicjatu udał się na sześcioletnie studia do klasztoru Św. Cypriana w Kfifane. To tutaj odkrył głęboką miłość do Chrystusa obecnego w Słowie. Stało się ono dla niego źródłem życia duchowego, światłem w drodze do świętości, życiem i sprawiedliwością. Święcenia kapłańskie przyjął w wieku 31 lat. W oparciu o Pismo Święte rozwijał w sobie cnoty: posłuszeństwa, czystości i ubóstwa. Godzinami oddawał się modlitwie, często pościł, wybierał najskromniejszy posiłek, zeschły lub przypalony chleb, nie jadał mięsa. Posiadał jeden habit, który chronił go zarówno przed mrozem w zimie, jak i przed upałem w lecie. Po 16 latach spędzonych we wspólnocie zakonnej, zapragnął zostać pustelnikiem. To pragnienie wyjawił swojemu przełożonemu, od którego musiał uzyskać pozwolenie, aby móc się oddalić od wspólnoty. Uzyskanie zgody nie było łatwe. Przełożony ciągle się opierał i wtedy wydarzył się cud. A było to tak. Po kolejnej nieudanej próbie uzyskania zgody na opuszczenie klasztoru i zamieszkanie w pustelni, został poproszony, aby popracował o zmroku nad pewnymi dokumentami. Praca w nocy wymagała zgody przełożonego. Nie mając oliwy w lampie, zakonnik poprosił dwóch młodych braci, aby napełnili dla niego lampę i przynieśli pod jego celę. Młodzi zwietrzyli w tym doskonałą okazję, aby zrobić Ojcu Charbelowi żart i zamiast oliwy nalali wody. Tak przygotowana lampę wręczyli mu osobiście i zostali, aby zobaczyć reakcję zakonnika. Lampa paliła się jasnym płomieniem, mimo, że nie było w niej ani kropli oliwy. Przerażeni bracia powiadomili natychmiast o wszystkim przełożonego, który udzielił mu reprymendy, że pracuje po nocy, jakby nie pamiętał, że sam mu tę pracę wyznaczył. Zabrał lampę i odszedł. Ojciec Charbel nie bronił się, tylko pokornie prosił o wybaczenie. Tę heroiczną pokorę i oczywiście cud lampy przełożony uznał za znak z Nieba i jeszcze tego samego dnia jego prośba została rozpatrzona pozytywnie. Zamieszkał w pustelni koło klasztoru. Jego cela miała sześć metrów kwadratowych, za materac służyły mu liście dębowe przykryte tkaniną, a za poduszkę kawałek drewna owinięty starą sutanną. W celi miał jedynie dzban z wodą, naftową lampkę, drewnianą miskę i kamień służący za krzesło. Spał trzy godziny na dobę, resztę czasu poświęcał na modlitwę lub pracę. Pościł, jedząc jeden posiłek dziennie. Pewnego dnia zdarzył się cud, który miał uratować całą okolicę i ocalić życie wielu mieszkańców. Kiedy w 1885 roku chmura szarańczy przysłoniła niebo nad Annaya i okolicznymi wsiami, przełożony pospieszył do Charbela, prosząc go o pomoc. Pustelnik nakazał przygotować wodę, pobłogosławił ją i polecił, aby skropić nią zagrożone pola. Każde miejsce, które było skropione, zostało zachowane od plagi szarańczy. Pustelnik dokonywał też cudów uzdrawiania, choć jak sam zaznaczał nie od niego pochodziła uzdrawiająca moc, a od Boga.
16 grudnia 1898 roku podczas sprawowania Mszy Świętej Ojciec Charbel został dotknięty paraliżem. Odprowadzony do celi, przez kilka dni umierał w cierpieniu, przeżywając swoją drogę krzyżową. Zachował przy tym niezwykły pokój, na wzór swojego Mistrza. Bóg przyjął swego syna w Wigilię Bożego Narodzenia. Umarł w ciszy i samotności, której przez całe życie tak pragnął. Nazajutrz, w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia, ciało Ojca Charbela przeniesiono z pustelni do klasztoru na zbitych z kilku desek marach. Wychudzone ciało zmarłego promieniowało łagodnością, a rysy jego twarzy pełne były godności i szlachetności, dłonie obejmowały krzyż i różaniec. Msza żałobna była bardzo skromna, jak całe jego życie. Tej nocy wydarzył się pierwszy cud. Jeden z braci, który modlił się w kaplicy ujrzał cudowne światło, które miało swoje źródło w tabernakulum. Wydawało mu się, że dotyka ono twarzy Charbela, a poświata, która od niego biła, zaczęła wręcz wypełniać ciało zmarłego. Pogrzeb, tak jak Msza żałobna był bardzo skromny. Ciało zmarłego spoczęło w grobie na cmentarzu zakonnym. Mówiąc o grobie pustelnika, trzeba nadmienić, że był to rodzaj krypty, przylegającej do ściany kaplicy. Było to miejsce bardzo wilgotne, gdyż jedną ze ścian tworzyła skała wzgórza, po której w czasie wiosennych roztopów sączyła się woda. Reguła zakonna nie przewiduje trumny. Od błotnistej ziemi oddzielały go jedynie dwie drewniane deski. Kryptę zamknięto wielkim kamieniem i zabetonowano. Ciało ojca Charbela spoczywało już w krypcie, gdy cudowne światło dało znów o sobie znać. Widzieli je nocą wszyscy okoliczni mieszkańcy, a zjawisko to trwało kilka tygodni. Cztery miesiące po śmierci Ojca Charbela otworzono grób. Ciało, pomimo upływu kilku miesięcy, nie miało najmniejszego śladu rozkładu, skóra była rumiana, mięśnie elastyczne. Jedyne, co było nadzwyczajne – to substancja pokrywająca ciało, wyglądająca na mieszaninę krwi i wody. Aby uniknąć nielegalnego kultu ciało w zapieczętowanej trumnie przeniesiono w sekretne miejsce. Zaledwie po miesiącu od ukrycia zakonnicy musieli szukać nowego miejsca, gdyż w kaplicy unosił sie specyficzny zapach, który towarzyszy rozkładowi zwłok, chociaż ciało nie ulegało rozkładowi, a poza tym ilość krwistego płynu była tak duża, że zaczęła wypływać na schody. Był to znak, że jego ciało nie chce pozostać w ukryciu. Położono ciało na tarasie, aby świeże powietrze go wysuszyło, usunięto mu organy wewnętrzne, a mimo to nie można było powstrzymać wydzielania się „krwawego potu”. Ta niezwykła substancja wprawiała w zakłopotanie najlepszych lekarzy. Nikt spośród ekspertów medycyny nie spotkał się wcześniej z tak zadziwiającym przypadkiem zachowania się ciała po śmierci. W ciągu 66 lat od śmierci ciało Ojca Charbela „wypociło” około 72 kg krwistego płynu, co przekraczało wagę samego ciała. W 1924 roku rozpoczęto starania o wszczęcie procesu kanonizacyjnego. Postanowiono, że ciało zostanie przeniesione do nowego grobu, aby zapobiec zbyt szybkiemu rozpowszechnianiu się kultu przed oficjalną decyzją z Watykanu. Ciało złożono w drewnianej trumnie, którą z kolei umieszczono w drugiej, cynkowej i złożono w krypcie zabezpieczając przed kontaktem z ziemią. W 1950 roku w Kościele Katolickim obchodzony był uroczyście Rok Święty. Z tego powodu do kaplicy przylegającej do grobu przybywało wielu wiernych. Jeden z pielgrzymów zauważył, że ściana kaplicy jest mokra. Nie była to woda, tylko znów krwista substancja, która skorodowała cynkową trumnę i przeniknęła przez kamienną ścianę. Po umyciu ciało Ojca Charbela przez kilka dni było wystawione na widok publiczny. Tego roku odnotowano rekordową liczbę uzdrowień. Klasztor w Annaya stał się celem pielgrzymek, nie tylko dla chrześcijan, ale również dla muzułmanów. W 1965 roku Ojciec Charbel został beatyfikowany przez papieża Pawła VI, a w 1977r. został przez niego kanonizowany na Placu Św. Piotra w Rzymie. Kilka miesięcy przed kanonizacją ciało zaczęło się wysuszać.
Od momentu wstąpienia Charbela do klasztoru nikt, poza jego zakonnymi współbraćmi, nie widział jego twarzy i nikt go nie fotografował. 8 maja 1950 r., w dniu urodzin Świętego Pustelnika, czterech misjonarzy maronickich przybyło z pielgrzymką do jego grobu. Po modlitwie zrobili sobie tam grupowe zdjęcie razem ze strażnikiem pilnującym miejsca jego spoczynku Po wywołaniu kliszy -okazało się, że na zdjęciu obok misjonarzy znajduje się postać tajemniczego mnicha z brodą i kapturem na głowie. Najstarsi mnisi, którzy znali Św. Charbela, rozpoznali, że to jest właśnie on i że tak właśnie wyglądał w ostatnich latach swojego życia. Fotografia ta stała się wzorem dla wszystkich portretów Świętego, również tych wywieszonych na placu Św. Piotra podczas jego beatyfikacji i kanonizacji. Przedstawię teraz jeden z cudów, który został wybrany w trakcie procesu kanonizacyjnego spośród tysięcy cudownych uzdrowień:
Mariam Assai Awad, Syryjka mieszkająca w Libanie, dowiedziała się, że jest chora na raka żołądka, gdy nastąpiły już przerzuty na jelita i gardło. Operacje w 1963 i 1965 r. nic nie pomogły.Z medycznego punktu widzenia Mariam nie miała żadnych szans na wyleczenie, została więc wypisana ze szpitala, aby mogła umierać w swoim domu. Pewnej nocy w 1967 r. przed zaśnięciem gorąco pomodliła się za wstawiennictwem Św. Charbela o swoje całkowite uzdrowienie. I kiedy obudziła się rano, stwierdziła, że wszystkie symptomy jej choroby zniknęły. Szczegółowe badania potwierdziły, że kobieta została w niewyjaśniony sposób całkowicie uzdrowiona.
Współcześnie wyjątkowo osobliwy cud dokonany za wstawiennictwem Św. Charbela wydarzył się w Libanie i dotyczył Libanki Nouhad Al Chami, matki dwanaściorga dzieci. 9 stycznia 1993r., gdy Nouhad miała 59 lat, dostała udaru mózgu z powodu niedrożności tętnic szyjnych, co spowodowało paraliż lewej połowy ciała. Miała ogromne trudności z mową, odżywiana była tylko za pomocą sondy. Szanse powodzenia operacji tętnic były według chirurgów minimalne. 18 stycznia została ze szpitala wypisana w stanie ciężkim, który ciągle się pogarszał. Jej najstarszy syn udał się do klasztoru Annaya i tam prosił Św. Charbela o uzdrowienie matki. Nouhad natomiast w domu gorąco modliła się do Maryi o uzdrowienie. 22 stycznia kiedy zasnęła, miała dziwny sen. Śniła, że przy jej łóżku pojawili się dwaj mnisi – Św. Charbel ze Św. Maronem w otoczeniu wielkiego światła. Jeden z mnichów powiedział: „Jestem Św. Charbel, przyszedłem Cię zoperować”. Święty rozpoczął operację bez narzędzi chirurgicznych i bez znieczulenia. Chora czuła jego palce przecinające jej żyły i doznała silnego bólu, ale nie mogła ani krzyczeć ani bronić się. Na koniec drugi mnich poprawił jej poduszkę i podał jej szklankę wody. Powiedział: „ Zoperowaliśmy Cię. Możesz chodzić, jeść, pić i pracować”. Gdy Nouhad obudziła się, sama wstała i bez problemu zaczęła chodzić po pokoju. W łazience w lustrze zobaczyła, że po obu stronach szyi ma rany pooperacyjne ze szwami o długości 12 cm, z których zwisały końcówki czarnych nici chirurgicznych. Szyja i koszula nocna były splamione krwią. Zrozumiała, że to co przeżyła było realne. Obraz Św. Charbela wiszący w jej domu zaczął wydalać pachnący olej. Po wschodzie słońca cała rodzina pojechała do klasztoru opowiedzieć o cudzie i podziękować Św. Charbelowi. Wiadomość o cudownym uzdrowieniu odbiła się głębokim echem w środkach masowego przekazu, w całym Libanie. Ludzie tłumnie przybywali do jej domu, aby naocznie przekonać się o cudzie. Proboszcz i lekarz rodziny poradzili jej, aby wraz z rodziną przeniosła się w inne, nieznane miejsce. Przeniosła się więc do syna. Tymczasem we śnie znowu ukazał jej się Św. Charbel: „Zoperowałem Cię, aby ludzie się nawracali, widząc, że zostałaś cudownie uzdrowiona. Wielu ludzi oddaliło się od Boga, przestali się modlić, przystępować do sakramentów, żyją tak, jakby Bóg nie istniał. Proszę Cię, abyś uczestniczyła 22 dnia każdego miesiąca we Mszy Św. w klasztorze Annaya. Na pamiątkę twojego uzdrowienia, do końca ziemskiego życia, w każdy pierwszy piątek miesiąca oraz 22 dnia każdego miesiąca, twoje rany pooperacyjne będą krwawić.”
Św. Charbel za życia był bardzo powściągliwy w mówieniu. Ten, który za życia milczał, dziś uczy nas jak żyć przekazując nam swoje orędzia za pośrednictwem Raymonda Nadera, inżyniera elektronika, który jest dyrektorem katolickiej stacji telewizyjnej. Nader jest katolikiem, maronitą, zawsze poszukiwał głębszego życia wiarą i modlitwą. Od czasu do czasu późnym wieczorem oddalał się do jednego z pobliskich klasztorów, wyposażony w Biblię i świecę, zgłębiał Pismo Święte i szukał Boga w kontemplacji. 9 listopada 1994r., w przeddzień swoich 33 urodzin, wybrał klasztor w Annaya, gdzie 23 lata spędził Św. Charbel. W trakcie medytacji przeżył głębokie doznanie mistyczne, został przeniesiony w inny wymiar. Znalazł się w wielkim świetle. Czuł jakąś obecność obok siebie. To co przeżył wydawało mu się kilkoma minutami, a trwało w rzeczywistości 4 godziny. W drodze powrotnej, gdy przechodził obok figury Św. Charbela, stojącej na dziedzińcu klasztoru, poczuł silne pieczenie na lewym ramieniu. W samochodzie zobaczył 5 palców, jakby jakaś dłoń odcisnęła się na jego ramieniu. Ślad był otoczony czerwoną obwódką, jakby znakowany ogniem. Nie odczuwał jednak bólu. To znamię zagoiło się samorzutnie w ciągu 5 dni. Od tamtego czasu ponownie pojawia się za każdym razem, kiedy Św. Charbel powierza Naderowi jakieś przesłanie do ogłoszenia światu. Podczas wspomnienia Świętego Charbela, 28 lipca 1995 r. Raymond Nader przeżył nowe nadzwyczajne doświadczenie. Na końcu procesji do klasztoru Annaya zobaczył starego zakonnika, którego nie znał. Kiedy zbliżył się do niego, nagle zanikła wszelka wrzawa, ale w głowie Raymonda Nadera zaczął rozbrzmiewać głos nieznajomego zakonnika, który zaczął przekazywać mu orędzia. Są one wezwaniem do pokuty, modlitwy, miłości bliźniego w celu budowania cywilizacji miłości. Dzisiaj na zakończenie, zamiast ewangelicznej kropelki, będzie fragment orędzia Św. Charbela, który całe swoje życie wzorował na Ewangelii. Prosimy Cię Panie Jezu, niech Święty Charbel będzie patronem każdego z nas, skutecznie orędującym za nami u Boga: „Nie zaczynaj niczego na ziemi, jeśli nie będzie to miało końca w niebie, nie wybieraj takiej drogi na ziemi, która nie doprowadzi Cię do nieba.”
Ela
Zostaw Komentarz