List do Jezusa – Św. Dorota (37)

with Brak komentarzy

Panie Jezu,                                                                                                                                               Stróża, 22.07.2018

Każde doświadczenie uczy nas czegoś nowego. Ważne, abyśmy umieli wyciągnąć z tego doświadczenia odpowiednie wnioski. Chorując nauczyłam się na pewno cierpliwości i doceniania drobnych przyjemności. Leżąc z nogą w gipsie mogłabym cały czas narzekać, że jestem taka biedna, wakacje przelatują szybko, a ja nie mogę się nimi cieszyć w pełni. Jak mnie tylko kusi pomarudzić, to od razu przypominam sobie zeszłoroczne wakacje, gdy leżałam płasko na szpitalnym łóżku po operacji kręgosłupa z zespołem popunkcyjnym, gdy przez tydzień nie wolno mi było podnosić nawet głowy. Albo jeszcze wcześniejsze wakacje, dwa lata temu, gdy przechodziłam dwie operacje (wycięcia guza, potem węzłów chłonnych). Ledwo poczułam się lepiej, to rozpoczęłam chemioterapię, potem przetaczanie krwi – i to wszystko w jedne wakacje. Powrót do domu po każdym takim doświadczeniu to najszczęśliwszy moment. Starajmy się więc być wdzięcznymi za najdrobniejsze dary. Możliwość zjedzenia pysznego obiadu w pozycji siedzącej przy stole to też jest dar, dar którego wielu z nas nie docenia. Nie traćmy naszej cennej energii na rozpamiętywanie jak nam jest ciężko, jak samotnie, jak nudno, jak mało mamy pieniędzy, jak nas pokarał los – weźmy sprawy w swoje ręce i zacznijmy żyć pełnią życia. Nie marnujmy żadnego dnia. W czasie choroby spotkałam na swojej drodze wielu ciężko chorych ludzi, jak się domyślacie wielu z nich też walczy z rakiem. Zaprzyjaźniłam się nawet z niektórymi. Niestety w maju odeszła Ela, a w lipcu Krysia – w ich przypadku zwyciężył rak. Panie Jezu, Ty wiesz, ile dobra rozsiewały dookoła siebie, spraw, aby mogły cieszyć się w Niebie życiem wiecznym. Błogosław ich rodzinom w codziennym życiu.

Na „spotkaniu po latach”, o którym pisałam w ostatnim liście, spotkałam moją młodszą kuzynkę Dorotę. Jej mama jest moją mamą chrzestną. Obiecałam jej kiedyś, że napiszę też list o Św. Dorocie. Chętnie to zrobię tym razem, przy okazji wspomnę inne Doroty, które poznałam w swoim życiu.  W liceum i na studiach miałam koleżanki Doroty, a teraz w naszej szkole aż cztery nauczycielki to także Doroty. Jeszcze nie osobiście, ale poprzez moje listy poznałam siostrę misjonarkę Dorotę, autorkę cytowanych przeze mnie fragmentów książeczki: „Matko Afryki”. Święta Doroto wypraszaj u Boga wszystkim swoim imienniczkom  wiele łask zarówno w życiu osobistym, jak i zawodowym.

 Św. Dorota – urodziła się w bogatej rodzinie w Kapadocji (obecnie Turcja), jednak wyrzekła się majątku i wybrała ubogie życie. W dziewczynie zakochał się król Fabrycjusz. Złożył jej propozycję małżeństwa, zastrzegł jednak, że jako jego żona musiałaby wyrzec się wiary chrześcijańskiej. Dorota odmówiła, co zezłościło okrutnego władcę. Nakazał on wydać Dorotę na tortury. Jednak biczowanie, podpalanie pochodniami i szarpanie hakami nie zmieniło jej decyzji. Została więc wtrącona do więzienia, gdzie nie podawano jej żadnego pokarmu przez 9 dni. Umierająca, została uleczona przez Chrystusa tak, że kiedy prowadzono ją na sąd, jej ciało było zdrowe i piękne. Zdumiony jej urodą sędzia Teofil postanowił łagodnie namówić ją na wyrzeczenie się wiary, ona jednak pozostawała nieugięta. Została więc skazana na śmierć przez ścięcie. Do opisu męczeństwa dołącza się legendę, która głosi, że podczas drogi na miejsce egzekucji Teofil naśmiewał się z męczennicy, prosząc, aby przysłała mu owoce z rajskiego ogrodu, do którego, jak twierdziła, trafi po śmierci jako oblubienica Chrystusa. Przed samą śmiercią Doroty na miejscu egzekucji pojawiło się odziane w purpurę dziecko, trzymające w rękach koszyk, w którym znajdowały się jabłka i róże (było to niezwykłe wydarzenie, ponieważ egzekucja miała miejsce w lutym). Przed śmiercią Dorota poprosiła dziecko, aby zaniosło koszyk do domu Teofila. Ten, widząc oczywisty cud i obiecane rajskie owoce, nawrócił się na chrześcijaństwo. Dorota miała ponieść śmierć męczeńską za panowania cesarza Dioklecjana (284-305). Kult Doroty męczennicy szybko rozszerzył się po całej Europie. Jest czczona zwłaszcza we Włoszech, Niemczech, Czechach i Polsce. W ludowej tradycji Polski południowej istniał, jeszcze w okresie międzywojennym XX w., ciekawy zwyczaj zwany dorotkami lub „chodzeniem z Dorotą” w okresie Bożego Narodzenia, podobny do „herodów”. Była to inscenizacja męczeństwa świętej Doroty. Orszak aktorów składał się z pary bohaterów: Doroty i Fabrycjusza, pogańskiego króla, którego nie chciała poślubić oraz z królewskiego posłańca, Teofila, kata, anioła i diabła. Przedstawienie kończyło się sceną porwania króla Fabrycjusza do piekła.  Jej postać była ulubionym tematem malarzy. Św. Dorota jest patronką m.in. młodych małżeństw, ogrodników, botaników i górników. W ikonografii  atrybutami Św. Doroty są: anioł, trzy jabłka i trzy róże lub kosz z owym rajskim prezentem, a także korona, krzyż, lilia, miecz, palma męczeństwa. Św. Dorota przedstawiana jest w stroju królewskim, czasami wśród chórów anielskich.

 Dorota to imię pochodzenia greckiego, od słów doron (dar) i theos (bóg). Oznacza: ta, która przyszła na świat jako dar boży.

 Opisywałam w moich listach różne objawienia maryjne. Pora dzisiaj poznać historię związaną z Matką Bożą Licheńską. Dlaczego akurat dzisiaj Ją wybrałam. Otóż Jej wizerunek wisiał przez blisko 150 lat w kościele p.w. Św. Doroty w Licheniu.  Historia objawień sięga początków XIX wieku, kiedy to żołnierz Tomasz Kłossowski w 1813 roku brał udział w bitwie narodów pod Lipskiem. Został śmiertelnie ranny na polu bitwy.  Leżał na ziemi bez szansy na ratunek. Wtedy zaczął modlić się gorliwie do Matki Bożej, prosząc o pomoc, ściskając jednocześnie medalik, który nosił na szyi. Wówczas, według ludowego przekazu, zobaczył idącą po pobojowisku piękną kobietę w amarantowej sukni ze znakiem Białego Orła na piersi. Gdy podeszła bliżej, rozpoznał w niej Matkę Bożą. Maryja obiecała Tomaszowi, że wróci do domu. Poleciła jednak, aby po powrocie odnalazł wizerunek najwierniej ją przedstawiający. Powiedziała też, aby po znalezieniu wizerunku, umieścił go w miejscu publicznym, aby ludzie się o nim dowiedzieli. Kłossowski  ocalał. Powrócił do ojczyzny. Powrócił do  Izabelina (wioska położona niedaleko Lichenia). Pracował jako kowal, ale  chcąc spełnić prośbę Matki Bożej – wiele pielgrzymował, aby odnaleźć obraz, o który Matka Boża go prosiła. Poszukiwania zajęły  mu 23 lata. Wreszcie w 1836 roku wybrał się na pielgrzymkę do Częstochowy. Kiedy już wracał do domu, we wsi Lgota pod Częstochową, zobaczył grupkę pielgrzymów modlących się przy wizerunku Matki Bożej, umieszczonym w przydrożnej kapliczce. Podszedł bliżej i spostrzegł, że obraz przedstawia Matkę Bożą taką, jaką widział w czasie objawienia. Za pozwoleniem właściciela zabrał go i powiesił w swoim domu. Obrazek był niewielki, miał wymiary zaledwie 9,5 na 15,5 cm. Przez lata modlił się przed nim. Jednak po ciężkiej chorobie postanowił w 1844 r. umieścić obraz na drzewie w lesie grąblińskim. W ten sposób w całości wypełnił przyrzeczenie dane przed laty Matce Bożej. Kilka lat później, w 1848 roku, zmarł. Po jego śmierci, prawdopodobnie jedyną osobą, która pamiętała o obrazku Matki Bożej umieszczonym na drzewie w leśnym gąszczu, był pasterz Mikołaj Sikatka. To jemu w latach 1850-1852 kilkakrotnie ukazywała się Matka Boża. Wybrała go na swego posłańca. Pasterz miał przekazać ludziom Jej  nawoływania do nawrócenia i modlitwy, szczególnie różańcowej. Maryja przepowiedziała czasy epidemii, dając jednocześnie nadzieję tym, którzy Jej zaufają. Oprócz upomnień Matka Boża obiecywała Polakom opiekę w najtrudniejszych chwilach. Widocznym potwierdzeniem słów Maryi był Orzeł Biały tulony przez nią do piersi. Ustna tradycja przekazuje, że Mikołaj Sikatka usłyszał także od Matki Bożej przesłanie dotyczące obrazu: „Gdy nadejdą ciężkie dni, ci, którzy przyjdą do tego obrazu, będą się modlić i pokutować, nie zginą. Będę uzdrawiać chore dusze i ciała. Ile razy ten naród będzie się do Mnie uciekał, nigdy go nie opuszczę, ale obronię i do Swego Serca przygarnę jak tego orła białego. Obraz ten niech będzie przeniesiony w godniejsze miejsce i niech odbiera publiczną cześć. Przychodzić będą do niego pielgrzymi z całej Polski i znajdą pocieszenie w swych strapieniach. Ja będę królowała memu narodowi na wieki. Na tym miejscu wybudowany zostanie wspaniały kościół ku Mej czci. Jeśli nie zbudują go ludzie, przyślę aniołów i oni go wybudują.”
W okolicy głośno było o maryjnych objawieniach. Nikt jednak nie wierzył w ich prawdziwość. Sprawą pasterza zainteresowały się natomiast carskie władze. Zaniepokojone opowiadaniem Mikołaja o tym, iż Matka Boża ukazała mu się z wizerunkiem Orła Białego na piersi, postanowiły zamknąć pasterza w więzieniu.  Bały się tego, że treść opowiadania mogłaby  źle wpłynąć na Polaków, będących w niewoli. Zaborcy chcieli, aby Polacy nie mieli nadziei i siły na walkę o odzyskanie niepodległości. Mimo szykan, Mikołaj nigdy nie odwołał swoich zeznań. Dzięki temu, że lekarz wystawił mu fałszywe świadectwo o chorobie umysłowej, wyszedł na wolność. Po opuszczeniu więzienia wiódł skromne życie. Jesienią 29 września 1852 roku obraz Matki Bożej przeniesiono uroczyście do kaplicy w Licheniu. Po 5 latach został przeniesiony do kościoła p.w. Św. Doroty, gdzie znajdował się prawie 150 lat. I być może znajdowałby się w nim do dziś. Jednak posłuszni nakazowi Najświętszej Maryi Panny księża marianie, pod przewodnictwem ówczesnego kustosza Sanktuarium ks. Eugeniusza Makulskiego, postanowili rozpocząć budowę świątyni godnej Pani Licheńskiej. Załatwiono wszelkie formalności oraz wybrano projekt. Budowa bazyliki trwała 10 lat, od 1994 do 2004 roku. Dwa lata po zakończeniu budowy, 2 lipca 2006 roku, Cudowny Obraz Matki Bożej Licheńskiej przeniesiono z kościoła Św. Doroty do bazyliki Matki Bożej Licheńskiej. W ten sposób wypełniły się słowa Matki Bożej, które wypowiedziała do Mikołaja. Licheń położony jest w województwie wielkopolskim, 16 km od Konina.

Wielu pielgrzymów proszących o różne łaski przez wstawiennictwo Licheńskiej Pani zostało wysłuchanych. Przedstawię poniżej trzy zapisy świadectw z Licheńskiej Księgi Łask:

Serduszko Damianka  –  „Cztery lata temu zostałem tatusiem kochanego i najpiękniejszego synka – Damianka. Kiedy się urodził, byliśmy z żoną najszczęśliwszymi rodzicami. Przecież mieliśmy wymarzone dziecko. Niestety, niezmącona radość trwała krótko. Po tygodniu dowiedzieliśmy się, że nasz skarb ma bardzo chore serduszko. Zaczął się dla nas koszmar. Nasz synek pierworodny zaczął swoje życie od bólu i cierpienia. Każdego dnia nadchodziły nowe, niepokojące wieści o stanie jego zdrowia. Z dnia na dzień stawały się bardziej niepomyślne. Po dwóch miesiącach pobytu synka w szpitalu, po licznych badaniach i leczeniu lekarze powiadomili nas, że nasz Damianek nie ma szans na przeżycie. Jakby świat się dla nas w tym momencie zawalił. Przeżyliśmy tragedię i rozpacz nie do opisania. Właśnie wtedy jakby mi ktoś wyszeptał do ucha: „Poproś tę, którą wszyscy powinniśmy prosić”. Gdy zrozumiałem sens tego duchowego przesłania – uspokoiłem się. Poczułem pewność, że nasza Licheńska Mateńka pomoże naszemu synkowi. Zaczęliśmy się gorąco i żarliwie modlić. W Licheniu odprawiane były Msze Św. o życie i zdrowie synka. W niedługim czasie, po skomplikowanych badaniach, które same w sobie były zagrożeniem dla życia dziecka, ordynator oddziału zaprosiła nas na rozmowę. Z drżeniem serca spodziewaliśmy się najgorszego, usłyszeliśmy jednak słowa: „Musieliście się państwo chyba dużo modlić, bo to prawdziwy cud.” Po tych słowach wyjaśniła nam, w jaki sposób będzie przebiegać leczenie i jakie zabiegi będą przeprowadzane. Okazało się bowiem, że badania, które miały potwierdzić niecelowość dalszego, intensywnego leczenia wykazały coś przeciwnego: nastąpiły zmiany w pracy serca. Otworzyły one drogę do dalszego leczenia i rehabilitacji. Dziś nasz Damianek ma cztery latka, ubytki w jego małym serduszku same się wypełniły, organizm zaczął normalnie pracować. Po wrodzonej wadzie serca został tylko mały otworek, który ciągle się pomniejsza i nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla zdrowia synka.O Matko Boża Licheńska! Tak wielki dar nam uczyniłaś! Błagamy Cię o dalszą opiekę nad naszym Damiankiem i nad nami.( Marek  O. woj. opolskie, 2003 r.)

Dziadek Teofil  – „Od ponad półwiecza mieszkamy poza granicami naszego ojczystego kraju. Zawierucha wojenna sprawiła, że znaleźliśmy się na terenach Związku Radzieckiego. Dookoła obcy ludzie, obca mowa, inne obyczaje. Kościoły zamknięte… Tylko w domu rozmawialiśmy po polsku i modliliśmy się. Wieści z kraju przychodziły do nas rzadko. Niedawno doczekaliśmy się otwarcia granicy. Zaczęły napływać listy i wiadomości z ojczystych stron. Nieśmiało powiało wolnością. Pozwolono nam na remont zamkniętego kościoła, zaczęto odprawiać nabożeństwa. Nie da się opisać, z jaką radością uczęszczamy na wspólne modlitwy i Mszę Świętą! Wiara i nadzieja odżyły! Tylko nasz dziadek Teofil nie chciał się z nami modlić. Nie pomagały nasze prośby i łzy. Słyszeliśmy ciągle: „Nie pójdę. Kościół mi niepotrzebny!” Wraz z korespondencją z kraju, trafiły do nas wiadomości o Sanktuarium słynącym cudami, o Matce Bożej Bolesnej Królowej Polski z Lichenia. Zdobyliśmy adres Sanktuarium i napisaliśmy list z prośbą o odprawienie mszy w intencji nawrócenia dziadka. Jest on juz stareńki, coraz słabszy, coraz częściej zapada na zdrowiu, poleguje. Martwiłam się o niego. Kocham go – nie chciałabym, by odszedł z tego świata nie pojednany z Bogiem. Otrzymałam z Lichenia zawiadomienie o przyjęciu intencji. Dziadek znowu źle się czuł, prawie nie wstawał z łóżka. Chciałam sprowadzić do niego księdza, dać choremu okazję wyspowiadania się. Dziadek trwał jednak w uporze i nie wyrażał na to zgody.  – Matko Boża Licheńska, spraw, by przejrzał, by zrozumiał swój błąd – prosiłam na modlitwie. Minęło parę dni. Pewnego ranka dziadek wstał i skierował się do wyjścia. – Dokąd idziesz? – zapytałam. – Do kościoła. Wyspowiadać się – odparł. Jak powiedział, tak zrobił. Przyjął też Komunię Świętą. Do domu wrócił pogodniejszy, a i zdrowie jego nieco się poprawiło. Z radością spieszę donieść, że za przyczyną Matki Bożej Licheńskiej po pięćdziesięciu latach obojętności religijnej i nieobecności w kościele, znowu jedna dusza wróciła do Boga.(Jadwiga B., Białoruś,1991r.)

Zaufać Matce Bożej – „Czułem się źle, bardzo źle. Za namową rodziny zgłosiłem się do szpitala. Diagnoza odpowiadała memu samopoczuciu. Stwierdzono ciężką niedomykalność aortalnej, zmiany w naczyniach wieńcowych, chorobę niedokrwienną serca, nadciśnienie tętnicze i inne nieprawidłowości. Zakwalifikowano mnie do zabiegu kardiologicznego. Na operację czekałem w szpitalu dwa tygodnie. Czas ten wykorzystałem na pojednanie się z Panem Bogiem, z rodziną i znajomymi. Odmówiłem niezliczoną ilość modlitw i różańców świętych prosząc Matkę Bożą Licheńską o potrzebne łaski. Matka Boża mnie wysłuchała, tego jestem pewien. Na stół operacyjny trafiłem 1 lutego 2000 roku. Operacja była ciężka, trwała pięć godzin. Obudziłem się następnego dnia tylko na chwilę i – straciłem przytomność na trzy miesiące. Podczas śpiączki dokonywano dializy nerek, walczono z opuchlizną całego ciała, zapobiegano krwotokom. Wszystkie narządy wewnętrzne były chore, wymagały leczenia i nadzoru. Żona i dwoje mych dzieci mogli się tylko modlić – czynili to gorliwie i z ufnością. Ze śpiączki zbudziłem się z końcem maja. Wtedy jednak zaczęła się dla mnie bolesna gehenna: wężyki przez brzuch do pęcherza, przez nos do żołądka, z respiratora przez krtań do płuc i wiele innych podłączeń. Schudłem do czterdziestu pięciu kilogramów (przed operacją ważyłem osiemdziesiąt dwa). Codziennie odsysano mi z płuc płyn utrudniający oddychanie. Dokarmianie było utrudnione, gdyż podświadomie podczas snu wyrywałem sobie rurki. Bardzo cierpiałem. Zauważyłem, że nawet lekarze przestali wierzyć w me wyzdrowienie. Taki stan utrzymywał się do połowy sierpnia. Wtedy właśnie żona z córką pojechały do sanktuarium do Lichenia. Błagały o me zdrowie Matkę Bożą oraz poprosiły o odprawienie przed Cudownym Obrazem mszy w mojej intencji. Wróciły do mnie z opłatkiem dla chorych i wodą z licheńskiego źródełka. Przeżywałem kryzys. Straciłem słuch, smak i czucie w nogach. Żona zrobiła na mnie znak krzyża licheńską wodą, spożyłem kawałek opłatka i modliliśmy się wspólnie do Licheńskiej Uzdrowicielki. Wtedy właśnie spłynęła na mnie dziwna ulga, nadzieja wstąpiła do mego umęczonego serca i zrozumiałem, że nie jestem sam, gdyż znalazłem się pod opieką Matki Bożej. Poczułem się bezpieczny. Po tygodniu rozpoczął sie proces zdrowienia. 28 sierpnia podjęto udaną próbę odłączenia mnie od respiratora. Znów oddychałem samodzielnie. Stopniowo zaczęto odłączać wszystkie niezbędne dotąd przewody. 13 września przewieziono mnie do innego szpitala na rehabilitację. W marcu 2002 r. stanąłem na własnych nogach (przy pomocy chodzika). We wrześniu tego roku udałem się z żoną do Lichenia. Przed obrazem Matki Bożej Licheńskiej dziękowałem za cud uzdrowienia. Modliłem się i dziękowałem za doznaną łaskę już bez kul, bez chodzika, tylko o lasce. Z laską chodzę do dziś, ale mimo tego mogę pieszo pokonywać znaczne odległości, mogę wykonywać lekkie prace, a nawet prowadzić samochód. Z całego serca dziękuję Ci Matuchno nasza – Matko Boża Licheńska. Nie ustanę w dziękczynieniu do końca mych dni.” (Piotr T. woj,. dolnośląskie, 2005 r.)

Zakończę dzisiaj słowami kard. Stanisława Dziwisza z homilii na 50 – lecie koronacji Cudownego Obrazu Matki Bożej Licheńskiej z zeszłego roku, kiedy wskazywał na naukę jaka płynie dziś z Jej Cudownego Wizerunku. Mówił: „Zachęca nas, abyśmy byli mądrzy i czujni, byśmy nie ulegali potrzebom złego ducha, strzegli skarbów wiary w naszych sercach. Bolesna Królowa, zatroskana o nasz los, znając nasze słabości i wady, zachęca nas, byśmy stale się nawracali, uwalniali od tego wszystkiego, co deformuje w nas obraz dzieci Bożych. Ona zachęca nas, byśmy szli odważnie za Jej Synem i trwali wiernie we wspólnocie Kościoła, który jest jego dziełem”. 

                                                                                                                                                                                    Ela

Zostaw Komentarz