List do Jezusa – Św. Emilia (40)

with 2 komentarze

Panie Jezu,                                                                                                                                                     Stróża, 7.08.2018

Miesiąc sierpień, to miesiąc, w którym częściej niż zwykle zwraca się uwagę na problem uzależnień, zwłaszcza od alkoholu. Ponad milion Polaków jest uzależnionych. Co najmniej dwa miliony dzieci żyje w rodzinach obarczonych dramatem uzależnienia. Nadużywanie alkoholu, oprócz skutków społecznych i ekonomicznych, powoduje również osłabienie lub utratę wiary. Uciekanie się do alkoholu w trudnych sytuacjach życiowych, czy też traktowanie go jako sposobu na ukrycie własnych słabości, to wyraźny sygnał wkraczania na drogę uzależnienia. Ryzyko jest tym większe, im częściej człowiek szuka w alkoholu pocieszenia.  Najważniejszą rolę w kształtowaniu właściwych postaw wobec alkoholu odgrywa rodzina. To w domach rodzinnych powinna kształtować się trzeźwość indywidualna i społeczna. Jest to niezwykle ważne w wychowywaniu dzieci, które od najmłodszych lat niczym zwierciadła odbijają zachowania swoich rodziców. Gesty, czyny i słowa rodziców są dla nich najbardziej sugestywną lekcją. Gdy więc dzieci będą widzieć, że ich matki i ojcowie potrafią żyć bez alkoholu, będą ich naśladować. Jeżeli zaś będą obserwować rodziców upijających się, topiących w alkoholu problemy, to również w świadomości dzieci alkohol stanie się głównym sposobem radzenia sobie z trudami życia.  Uzależnieni od alkoholu –  mimo cierpienia dzieci i całych rodzin – wypierają ze świadomości, że to właśnie oni są dotknięci chorobą alkoholową. Próby walki, uwolnienia, a mimo to coraz większe upadki. Wielokrotnie wydaje się, że nie ma już dla nich szans, że  są beznadziejni i zamiast dźwigać się w górę, pogrążają się coraz bardziej. Sami  nie mogą sobie poradzić. Dlatego w procesie leczenia tak ważny jest drugi człowiek i Bóg, który ciągle upomina się o każdego z nas. Biskupi jak co roku proszą nas o przeżycie sierpnia bez alkoholu. Jednak w tym jubileuszowym roku zapraszają Polaków do ambitniejszego działania. Proponują sto dni abstynencji na stulecie odzyskania niepodległości przez Polskę (czas od soboty 4 sierpnia do niedzieli 11 listopada 2018 roku to 100 dni).

Prawie każdy z nas styka się na co dzień z osobami uzależnionymi od alkoholu – może jest nią: nasza siostra, brat, matka, ojciec, córka, syn, żona, mąż, ciocia,  wujek, synowa, zięć, szwagier, sąsiad, czy kolega z pracy. Panie Jezu pomóż naszym bliskim i znajomym uwolnić się z tego niszczącego nałogu.  Udało się to Ryszardowi, który daje nam tego świadectwo pisząc:

„Miałem trudne dzieciństwo. Ojciec nigdy nie szanował nas i bardzo źle traktował. Kiedy miałem dwadzieścia lat, nie mogłem już tego wytrzymać i tak jak stałem, wyszedłem z domu. Zamieszkałem na stancji u starszego pana, gdzie pracowałem za jedzenie i nocleg. Przyjeżdżali do niego znajomi i wszyscy razem pili alkohol, a ja piłem razem z nimi. Było to dla mnie czymś w rodzaju ucieczki z reżimu, jaki miałem w domu, do wolności. W kolejnych miejscach, w których mieszkałem i pracowałem, również piło się alkohol. Kiedy ożeniłem się, nie zdawałem sobie sprawy, że jestem tak bardzo uzależniony. Około sześciu lat po ślubie złożyłem w kościele przysięgę na dwa lata, że nie będę pić. Bojąc się Boga, wytrwałem, ale później mój problem znów powrócił. Pojechałem też na mityng do AA z nadzieją, że tam dostanę jakąś wskazówkę i od razu uwolnię się z nałogu. Nie było to jednak takie proste. Kolejny czas to kolejne próby, które były skuteczne tylko na chwilę. W którymś momencie nastąpił przełom. Wróciłem na mityngi akurat wtedy, kiedy kolega obchodził 10. rocznicę wytrwania w trzeźwości i z tej okazji była odprawiana Msza św., na którą poszedłem. Nie wiem, co wtedy mnie tchnęło, ale poszedłem do spowiedzi, która była głębokim przeżyciem. Po miesiącu jednak znów wróciłem do alkoholu. Były kolejne próby i kolejne porażki. Tak się zdarzyło, że kiedy znów wróciłem na mityngi, znów była Msza św. z okazji rocznicy „niepicia” kolejnego kolegi, wtedy znów miałem przynaglenie, żeby pójść do spowiedzi. Po mityngu prosiłem Matkę Bożą, żeby w Kalwarii Zebrzydowskiej, dokąd się wybierałem, kazanie wygłosił kard. Stanisław Dziwisz. Tak się stało. Kiedy wróciłem z Kalwarii do domu, zacząłem zastanawiać się nad tym wszystkim, że to nie mogą być przecież przypadkowe zdarzenia. Od tamtej pory zacząłem zastanawiać się i słuchać. Słuchać tego, co mówi ksiądz na kazaniu i czym dzieli się inna osoba. Zrozumiałem, że świadectwo drugiego człowieka bardzo pomaga i umacnia, bo to, czym dzieli się, to przecież jego życie, jego doświadczenia, problemy i podpowiedź, jak radzić sobie z tym wszystkim, będąc trzeźwym człowiekiem. Szybko zauważyłem, że alkohol nie jest mi do niczego potrzebny. Dziś rozumiem, że kiedy prosi się Boga o pomoc, to On pomaga przez drugiego człowieka. I Bóg stawiał na mojej drodze takich ludzi. Kiedy piłem, przez 6 lat mieszkałem u mamy mojego pracodawcy. To obca kobieta, która była dla mnie jak matka. Pieniądze, które dawałem jej za mieszkanie, składała, a potem dała mi je, jako wiano, żebym miał jakiś start w życiu. Nigdy nie odmówiła mi pomocy, wychowała mnie jak syna. Później w wojsku na mojej drodze życia Pan Bóg postawił kapitana, który też bardzo mi pomógł. A dzięki innemu alkoholikowi, którego kiedyś zabrałem do Kalwarii Zebrzydowskiej na Misterium Męki Pańskiej, już trzeci rok, każdego dnia czytam Ewangelię. W życiu nie ma przypadków, wszystkim kieruje Bóg i ja w to ogromnie wierzę. Odkąd nie piję, inaczej postrzegam życie, staram się być lepszym człowiekiem i choć czasem obrywam, to wiem, że Pan Bóg mi to wynagrodzi. Dziś jestem szczęśliwym człowiekiem, bo od Boga dane było mi zerwać z nałogiem, bo spotkałem na drodze takich ludzi, bo dostałem zastępczego ojca i matkę, którzy w życiu bardzo mi pomogli. We wszystkim umacnia mnie wiara. Dziś nie chodzę do kościoła z obowiązku. Dzięki temu, że uważnie słucham homilii, że czytam Ewangelię, zacząłem dużo rozumieć. Życie nie jest proste, ale dzięki Ewangelii potrafię docenić to, co mam, staram się żyć uczciwie i jeśli mogę zrobić coś dla wiary i dla Kościoła, to robię to, bo katolik musi wszystko przekładać na czyny. Chcę żyć według Dekalogu. (…) Bóg daje człowiekowi taki krzyż, który może unieść i nigdy nie zrobi krzywdy, ale zawsze pomaga przez drugiego człowieka. Dziś śmiało mogę powiedzieć, że dostałem drugie życie, to wszystko dzięki mityngom, wierze i Matce Bożej, zwłaszcza Kalwaryjskiej, bo właśnie w Kalwarii wszystko zrozumiałem…”

 

Kalwaria Zebrzydowska to nie tylko słynne dróżki. To także wspaniała barokowa bazylika p. w. Matki Bożej Anielskiej, która skrywa wielki skarb – cudowny obraz Matki Bożej Płaczącej zwanej dziś powszechnie Matką Bożą  Kalwaryjską. Obraz ten umieszczono w kalwaryjskim kościele w 1641 r. Maryjny wizerunek – wzorowany na XVI-wiecznym obrazie Matki Bożej Myślenickiej, pędzla nieznanego malarza włoskiego – znajdował się pierwotnie we dworze Stanisława Paszkowskiego w Kopytówce. 3 maja 1641 r. domownicy zauważyli, że z oczu Matki Bożej wypłynęły krwawe łzy. O tym niezwykłym wydarzeniu poinformowali proboszcza z Marcyporęby oraz biskupa krakowskiego. Stanisława Paszkowskiego poproszono wówczas o przekazanie obrazu do kościoła parafialnego w Marcyporębie. Jednak – jak głosi tradycja – na skutek działania niewidzialnej siły kierującej Paszkowskiego w inną niż zamierzał iść stronę, wizerunek Matki Bożej Płaczącej zamiast do Marcyporęby trafił do sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej. Uznano w tym wolę samego Boga.  Przez piętnaście lat obraz przechowywano w zakrystii, gdzie zasłynął wieloma łaskami. Jednak dopiero w 1656 roku uznano go za łaskami słynący i zezwolono na jego publiczną cześć. Początkowo Maryjny wizerunek znajdował się w ołtarzu Św. Anny, jednak już dziewięć lat później przeniesiono go do specjalnie w tym celu wybudowanej kaplicy.  Obecność obrazu sprawiła, że Kalwaria Zebrzydowska stała się miejscem niezwykle intensywnego kultu Maryjnego, dopełniającego istniejący dotychczas kult pasyjny. Z tego też właśnie względu kalwaryjskie sanktuarium nosi miano pasyjno-Maryjnego. Znajduje się ono na liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Od 1979 r. głównemu kościołowi w Kalwarii przysługuje tytuł bazyliki mniejszej. Wizerunek Matki Bożej Kalwaryjskiej szczególnie czułym kultem otaczał  papież Św. Jan Paweł II. Wielokrotnie modlił się przed tym obrazem, zarówno w czasie swojej posługi arcybiskupa metropolity Krakowa, jak i następcy Św. Piotra. W stulecie koronacji obrazu, 10 czerwca 1987 przekazał dla sanktuarium złotą różę  mówiąc wtedy: „Pragnę u stóp Maki Bożej Kalwaryjskiej złożyć papieską różę, jako wyraz wdzięczności za to, czym była i nie przestaje być w moim życiu.”

Modlitwa do Matki Bożej Kalwaryjskiej

„Najukochańsza Matko Kalwaryjskiego Sanktuarium, Pani Ty nasza, największa po Bogu pociecho! Z głęboką pokorą i dziecięcą ufnością zbliżamy się do Ciebie i błagamy, żebyś nam wyjednała u Swego Syna miłosierdzie za nasze grzechy i skuteczną pomoc w naszych potrzebach.  W tym miejscu przez Ciebie wybranym tak wiele razy pomagałaś ludziom cierpiącym, smutnym i nieszczęśliwym.  Dlatego i my ufamy, że nas nie opuścisz w naszych zmartwieniach, ale jako Matka najlepsza, weźmiesz nas w swoją opiekę teraz i przy śmierci. Amen.”

 

Tym razem chciałam przybliżyć patronkę kogoś z mojej rodziny. Wybór padł na Emilie. Pierwszą Emilią, którą poznałam była ciocia mojego męża. Później w szkole, gdy zaczęłam pracować byłam wychowawczynią Emilki, i przez wiele lat nie spotkałam się z ich inną imienniczką. Z czasem imię to stało się bardzo popularne w Polsce (znalazło się nawet w pierwszej dziesiątce najczęściej wybieranych imion dla dziewczynek) i w mojej rodzinie również pojawiły się małe Emilki. Najpierw u brata mojego męża – Gracjana –  obecnie Emilka chodzi już do ósmej klasy, a potem u mojej siostry Jasi – zostałam  jej mamą chrzestną. W tym roku, w maju, już nie taka mała Emilka przyjmowała Pierwszą Komunię Świętą. Tak się złożyło, że jedna jej babcia również ma na imię Emilia. W szkole, w której uczę, też nagle pojawiło się mnóstwo Emilek. Błogosław  Panie Jezu w codziennym życiu wszystkim Emiliom i ich rodzinom oraz pomóż im być przykładem do naśladowania dla innych rodzin.

Jest kilka świętych noszących to imię, ale o niektórych z nich zachowały się tylko szczątkowe informacje. Przedstawię żywoty dwóch najbardziej znanych – obie były siostrami zakonnymi pochodzącymi z Francji.

 Św. Emilia de Vialar urodziła się w Gaillac, we Francji, 12 września 1797 roku. Jej matka była córką barona i znanego lekarza w Paryżu. Na chrzcie otrzymała imiona: Anna, Małgorzata, Adelajda. Miała jeszcze dwóch młodszych braci. Ojciec oddał ją do zakładu sióstr w Paryżu, gdzie  odbywała naukę. Kiedy powróciła do domu, matka już nie żyła, a domem zawiadywała despotyczna macocha. Wiele razy dochodziło więc do konfliktów pomiędzy pierworodną córką a ową kobietą. W sercu Emilii rozgrywał się dramat: z jednej strony pociągał ją świat ze wszystkimi przyjemnościami, do których miała prawo, a z drugiej strony łaska Boża ciągnęła ją nieodparcie ku wyższym ideałom. W roku 1816 odbywały się w jej miejscowości misje. To one zadecydowały o tym, że Emilia postanowiła oddać się na wyłączną służbę Panu Bogu i bliźniemu. Miała wówczas zaledwie 19 lat. Zaczęła przyjmować do domu rodzinnego ubogich i potrzebujących, starców i opuszczonych. Macocha wyśmiewała to postępowanie i dokuczała Emilii. Ojciec milczał, nie chciał bowiem zrażać sobie doskonałej administratorki, a z drugiej strony kochał swoją córkę. Trwało to przez kilkanaście lat. W roku 1832 dziadek Emilii, baron Portal, zmarł i zostawił jej spory majątek. Wówczas zakupiła ona w Gaillac duży dom i w sam wieczór Bożego Narodzenia przeniosła się do niego. Rychło wokół niej skupiły się dziewczęta o podobnych ideałach. Tak powstała nowa rodzina zakonna Sióstr od Objawienia Św. Józefa. Taką nazwę Emilia przyjęła dla upamiętnienia sceny ewangelicznej, kiedy to anioł uspokoił we śnie Św. Józefa o cudownym poczęciu Maryi. Opiekę duchową nad zgromadzeniem roztoczył biskup z Albi, de Gualy. W tym czasie w Algierze wybuchła epidemia. Do miejscowego szpitala potrzebna była pomoc. Brat Emilii, Augustyn, który był wówczas konsulem francuskim, zaprosił siostrę, aby przysłała swoje córki duchowe. Siostry rychło zyskały tak wielki szacunek wśród muzułmanów, że nazywano je „białymi marabutkami”. Marabutami nazywali oni ascetów muzułmańskich. Fundacje w Algierze zaczęły się mnożyć: Boufaric, Algier, Bona, Konstantyna, Tunis – otworzyły młodemu zgromadzeniu swoje podwoje. Siostry prowadziły szpitale, przytułki i szkoły. Niestety, miejscowy biskup Algieru chciał od siebie całkowicie uzależnić młode zgromadzenie. Doszło do tego, że Emilia musiała zlikwidować wszystkie placówki na tym terenie. Opatrzność wynagrodziła jednak bolesny cios. Siostry zostały bowiem zaproszone do Trypolisu, na Cypr i do Bejrutu. Z tej okazji Emilia odbyła pielgrzymkę do Egiptu, na miejsce, gdzie miała mieszkać przez pewien czas Święta Rodzina. Potem udała się do Ziemi Świętej. Po cierpieniach, jakich Emilia doznała w Algierze, jeszcze boleśniejsze wydarzenia spotkały ją w samej Francji. Doszło do tego, że musiała zlikwidować dom macierzysty w Gaillac i kilka innych. Dom generalny przeniosła do Tuluzy. Szczególnie miłe przyjęcie zgotował jej i jej córkom duchowym Św. Eugeniusz Mazenod w Marsylii. Pod jego opieką dzieło nadal pięknie się rozwijało. Emilia zmarła w opinii świętości 24 sierpnia 1856 roku w Marsylii po 59 latach pracowitego życia. Została beatyfikowana przez papieża Piusa XII w 1939 r., a kanonizowana przez niego 24 czerwca 1951 r. Kościół wspomina ją 24 sierpnia.

 Św. Emilia Maria Wilhelmina de Rodat urodziła się 6 września 1787 r. na zamku Druelle, niedaleko Rodez – również we Francji. Wychowywała ją babka. Uczyła się w misji Św. Cyryla, gdzie w wieku 18 lat została nauczycielką. Wcześnie zasmakowała w modlitwie i zaczęła odwiedzać ubogich. W 1804 r. zdecydowała się zrezygnować z sukcesów ziemskich i oddać się całkowicie na służbę Bogu i ubogim. Przebywając w Villefranche dostrzegła, że sprawą najbardziej naglącą jest nauczanie i wychowanie chrześcijańskie. Próbowała potem życia zakonnego u szarytek w Nevers, u panien adoratorek w Cahors, u sióstr miłosierdzia w Moissac. Nie odpowiadało to jednak jej aspiracjom. W 1815 r. razem z trzema młodymi dziewczętami poświęciła się nauczaniu ubogich dzieci. Dzieło rozwijało się z początku powoli, z czasem przekształciło się w zgromadzenie zakonne Świętej Rodziny w Villefranche. W 1817 r. siostry złożyły śluby zakonne. W 1834 r. Emilia jako przełożona generalna wspólnoty dokonała podziału zgromadzenia na dwie gałęzie: kontemplacyjną (istniało wtedy 5 domów klauzurowych) i czynną, gdzie siostry prowadziły przedszkola, szkoły i różne dzieła dobroczynne. Gdy 19 września 1852 r. Emilia zmarła, zgromadzenie liczyło już 36 domów. Zachowały się jej listy i autobiografia. Beatyfikacji (w 1940 r.) i kanonizacji Emilii (dziesięć lat później) dokonał papież Pius XII. Jej wspomnienie przypada na 19 września.

 Emilia to imię, które jest żeńską forma imienia Emil, a wywodzi się od nazwy rzymskiego rodu Aemilia, prawdopodobnie etruskiego pochodzenia.

 

„Bóg najczęściej pomaga przez ręce drugiego człowieka”- to jeden z moich ulubionych cytatów. Nasze ręce mają niezwykłą moc. Dostrzec to można także w opowiadaniu salezjanina Bruna Ferraro, którego  teksty zamierzam jeszcze wielokrotnie cytować.

 

Podziękowania

     „Pewien nauczyciel kazał uczniom pierwszej klasy narysować coś, za co chcieliby podziękować Bogu. Pomyślał, że w rzeczywistości te dzieci, pochodzące z biednych dzielnic miasta, miały niewiele spraw, za które mogły dziękować. Wiedział, że prawie wszyscy narysują słodycze lub zastawione stoły. Rysunek wręczony mu przez Tina zaskoczył go: przedstawiał rękę narysowaną przez dziecko.

Czyją rękę?

Klasę zafascynował ten obrazek. «Według mnie jest to ręka Boga, która przynosi nam pożywienie» – powiedziało jedno dziecko. «Jest to ręka wieśniaka – powiedziało inne – gdyż hoduje kury i robi frytki». Podczas gdy inne dzieci jeszcze pracowały, nauczyciel pochylił się nad ławką Tina i spytał, czyja to ręka. «To jest twoja ręka» – wyszeptało dziecko.

Teraz sobie przypomniał, że co wieczór brał on za rękę Tina, który był najmniejszy i prowadził go do wyjścia. Robił to także z innymi dziećmi, ale dla Tina to miało wielkie znaczenie.

 Czy pomyślałeś kiedyś, jak wielką moc posiadają Twoje ręce?

 

Powinniśmy nauczyć się zachowywać przykazania pani domu:

Jeśli śpisz na nim… doprowadź je do porządku.
Jeśli go nosisz… powieś go.
Jeśli kończysz jeść… postaw go w zlewie.
Jeśli chodzisz po nim… wytrzep go.
Jeśli otwierasz go… zamknij go.
Jeśli opróżniasz… napełnij go.
Jeśli dzwoni… odpowiedz.
Jeśli miauczy… daj mu jeść.
Jeśli płacze… pocałuj go.”

                                                                                                        Ela

2 Odpowiedzi

  1. R
    | Odpowiedz

    Ela, twoje świadectwo i to co robisz jest piękne. Kontynuuj to Proszę!

  2. Anonim
    | Odpowiedz

    Elu zawsze z niecierpliwością czekam na Twoje listy. Dodają mi siły w tym trudnym okresie mojego życia. Dziękuje i czekam na więcej:)

Zostaw Komentarz