List do Jezusa – Św. Gerard (17)

with Brak komentarzy

Panie Jezu, Stróża, 23.06.2017

Niektórzy zdziwią się mocno, dlaczego dzisiaj opiszę Świętego Gerarda. A wytłumaczenie jest proste – dzisiaj jest dzień ojca, a ojciec moich dzieci ma właśnie na imię Gerard. Nie będę opisywać go jako mojego męża, ale jeden piękny cytat nie omieszkam zamieścić: Nie wystarczy pokochać, trzeba jeszcze umieć wziąć tę miłość w ręce i przenieść ją przez całe życie” (Augusto Bekannte). Nie ja pierwsza używam tego cytatu w mojej rodzinie, ale bardzo mi się podoba. Razem z mężem udawało się nam do tej pory naszą miłość nieść przez życie i jej nie upuścić i mam nadzieję, że będzie się nam to udawało jeszcze przez wiele lat. Zanim przedstawię patrona mojego męża, parę słów napiszę o ojcostwie. Kupiłam kiedyś bardzo ciekawą książkę pt.: „Mocni ojcowie, mocne córki”. Autorka Meg Meeker przekonuje ojców, że mają oni ogromny wpływ na życie swoich córek. Od chwili, gdy ojciec ujrzy swoją córkę, aż po dzień, w którym opuści ona jego dom, zegar mierzy czas. Mierzy czas ojcowskich godzin spędzonych z nią razem, czas okazji, w których mógł na nią mieć wpływ, mógł kształtować jej charakter, mógł pomóc jej odnaleźć się w życiu i po prostu mógł cieszyć się tym czasem spędzonym z nią. Już od najmłodszych lat córka uznaje autorytet ojca, bo chce, żeby ją kochał i był z niej dumny. Córka nie oczekuje, że ojciec będzie jej równorzędnym partnerem. Ona chce, aby był on jej bohaterem, kimś, kogo może podziwiać, kto jest mądrzejszy, bardziej zrównoważony i silniejszy niż ona sama. Jeżeli ojciec sam nie zatroszczy się o jej potrzeby, ona zawsze znajdzie sobie kogoś, kto to zrobi i wtedy zaczynają się kłopoty. Wielu ojców martwi się, że jeżeli będzie coś nakazywać swoim dzieciom lub ustanawiać zbyt wiele zasad, one po prostu zbuntują się. Jednak największe niebezpieczeństwo, jakie zagraża córkom, ma swoje źródło w ojcach, którzy oddają swoje przynależne z natury przywództwo bez walki, szczególnie, gdy ich dzieci osiągną trudny wiek kilkunastu lat. Autorytet ojcowski nie jest wrogiem relacji z córką, tak naprawdę jest on tym, co zbliża ojca do niej, dzięki czemu ona będzie go bardziej szanować. Fakty są takie, że dziewczęta, które trafiają pod opiekę kuratorów, do poprawczaków, czy ośrodków specjalnych, nie pochodzą z domów, gdzie ojciec był autorytetem. Wręcz przeciwnie – kobiety i dziewczęta „po przejściach” przez większość czasu, który spędzają w poradniach i gabinetach psychologicznych, opowiadają o zranieniach, jakich doznały od swoich ojców, którzy je opuścili, zniknęli z ich życia bądź też w ogóle nie zwracali na nie uwagi. Opisują ojców, którzy nie umieli czy nie chcieli lub też po prostu bali się – ustanowić jakiekolwiek reguły w domu. Opowiadają o ojcach, którzy skupili się na własnych problemach emocjonalnych, a nie na problemach i potrzebach swoich córek. Mówią o ojcach, którzy za wszelką cenę chcieli uniknąć konfliktów, uciekali więc od rozmów i konfrontacji ze swoimi córkami, nie mieli też odwagi kwestionować podjętych przez nie złych życiowych decyzji. To czego córka potrzebuje najbardziej to czasu, który ojciec z nią spędza. Tak więc każdy ojciec powinien dbać o relacje z córką – rozmawiać z nią, spędzać z nią czas i dobrze się z nią bawić, ponieważ ona rośnie i zmienia się dosłownie z dnia na dzień. Jeżeli ojciec dobrze wykona swoje zadanie, to pewnego dnia jego córka znajdzie innego dobrego mężczyznę, który będzie ją kochać i walczyć o nią. Ale on nigdy nie zastąpi taty w jej sercu, który był tam pierwszy, a to jest największa nagroda za bycie dobrym tatą. Cieszę się, że mojemu mężowi – ojcu moich trzech córek, udało się jak do tej pory być dla nich największym autorytetem, za co mu serdecznie dziękuję i polecam go Panie Jezu Twojej opiece na dalsze lata jego ojcostwa.

Gerard to imię męskie pochodzenia starogermańskiego. Wywodzi się od słów ger (oszczep) i hart (silny, odważny). Imię to oznacza mężczyznę odważnego, oszczepnika lub sprawującego władzę (oszczep obok berła symbolizował władzę). W Polsce rzadko spotykane imię, ale żywoty Świętych o tym imieniu na pewno Wam się spodobają.

Święty Gerard Sagredo urodził się w zamożnej rodzinie w Wenecji w 977 r. Na chrzcie otrzymał imię Jerzy. Kiedy miał 5 lat, ciężko zachorował. Wtedy rodzice zawieźli go na Wyspę Św. Jerzego, która leży przy Kanale Wielkim, w pobliżu placu Św. Marka, by ofiarować go jego patronowi. Kiedy Jerzy wyzdrowiał, rodzice w podzięce oddali go do klasztoru benedyktynów, który do dziś na tej wyspie się znajduje. Tu obrał sobie imię Gerard, by uczcić ojca, który to imię nosił, a niedawno zmarł. Studiował w Bolonii, a po powrocie został opatem klasztoru na wyspie Św. Jerzego. Wkrótce udał się z pielgrzymką do Ziemi Świętej. Zatrzymał się na Węgrzech, zaproszony przez opata Rasię do opactwa w Pannonhalmie. Król Węgier – Św. Stefan był pod tak dużym wrażeniem pobożności i wiedzy Gerarda, że namówił go do pozostania na Węgrzech w celu prowadzenia misji ewangelizacyjnej wśród węgierskich pogan i nauczania ośmioletniego królewicza Św. Emeryka. Po pewnym czasie Gerard usunął się na pustkowie, gdzie spędził kilka lat jako eremita (1023-1030). Kiedy powstała metropolia Csanad, został wezwany do objęcia stolicy biskupiej.Gerard cieszył się wielkim powodzeniem w jednaniu sobie serc i przychylności pogan. W ciągu kilku lat liczba ochrzczonych stała się tak wielką, że trzeba było pomyśleć o budowaniu kościołów i kaplic. W Czanadzie zbudował Gerard katedrę ze wspaniałym ołtarzem Matki Boskiej, przy którym co sobotę odprawiał uroczystą Mszę Świętą, a rano i wieczór odmawiał modlitwy. Biskup darzył osobliwą czcią Najświętszą Pannę – kto go prosił w Imię Maryi, mógł być pewny wysłuchania. Od niego zaczął się u Węgrów zwyczaj nazywania Maryi „Pani nasza”.  Po śmierci Św. Stefana w 1038 roku rozgorzały walki o tron. Osiem lat później zaproponowano objęcie władzy Andrzejowi, krewnemu zmarłego króla, ale pod warunkiem, że przywróci bałwochwalstwo. Wtedy Św. Gerard, wraz z biskupami Buldusem i Bystrykiem, udał się do Andrzeja, aby go odwieść od świętokradczej obietnicy. Przybywszy do Giod, po odprawieniu Mszy Świętej, Św. Gerard przepowiedział bliską śmierć swoją i swoich towarzyszy. 24 września 1046 roku zostali napadnięci przez pogan, pod wodzą księcia Vatha, obrzuceni gradem kamieni i przebici włócznią. Św. Gerarda oprawcy zrzucili do Dunaju ze zbocza góry, którą nazwano Górą Św. Gerarda, w beczce nabijanej od wewnątrz gwoździami.  W roku 1083 papież Św. Grzegorz VII zezwolił na kult Gerarda, który został patronem Węgier oraz nauczycieli. W ikonografii przedstawiany w stroju biskupim. Jego atrybutem jest: mitra, pastorał, palma, kadzielnica, łódka i wizerunek Matki Bożej. Kościół wspomina go 24 września.

Święty Gerard Majella urodził się 6 kwietnia 1726 roku w rodzinie Dominika i Benedetty, jako czwarte dziecko, po trzech córkach. Rodzina zamieszkiwała w Muro Lucano. To mała miejscowość położona 100 km na wschód od Neapolu, na południu Włoch. Ojciec był krawcem, a jego klienci nie należeli do bogatych. Często płacili z opóźnieniem, a czasem – wcale. Nie jeden raz brakowało w domu jedzenia. Gdy Gerard  miał sześć lat przynosił codziennie do domu wyśmienity biały chleb. Pytany przez matkę, kto mu daje ten chleb, odpowiadał, że taki mały chłopczyk. Kiedy Gerard będzie miał 20 lat powie jednej ze swoich sióstr, że tym małym chłopcem był Jezus. Rodzice Gerarda są dobrymi chrześcijanami, szczególnie mama jest bardzo pobożna. Szybko zauważa, że jej małego synka pociąga świat duchowy. Opowiada mu  więc o Bogu, o Jezusie, o Matce Bożej.  W wieku siedmiu lat idzie po raz pierwszy do szkoły. Nie ma trudności z żadnym przedmiotem, szczególnie lubi lekcje katechizmu, którego nauczyła go już mama. Gerard jest tak dobrym uczniem, że nauczyciel prosi go, żeby udzielał pomocy kolegom. Korzysta wtedy ze swej przewagi nad nimi, żeby ich zachęcić do odwiedzania Jezusa w tabernakulum. Bardzo wcześnie zapragnął przyjmowania Go w Komunii Św., lecz w tamtych czasach nie było zwyczaju przystępowania do Komunii Św. przed 10 rokiem życia. Jeden raz postanowił się wśliznąć między tłum wiernych, lecz kapłan – rozpoznawszy go – nie dopuścił go do Komunii Św. Biedne dziecko odeszło na swe miejsce zalane rzęsistymi łzami. W następną noc jego pokój napełniła wielka światłość. Św. Michał przyszedł położyć mu hostię na języku. Mały Gerard wcale nie był tym zaskoczony. W wieku dziesięciu lat przystąpił do Pierwszej Komunii Świętej. Wówczas  można było przystępować do Stołu Pańskiego tylko w niedzielę, a w tygodniu jedynie w nadzwyczajnych okolicznościach. Gerard przygotowuje się do cotygodniowej Mszy Św. idąc do spowiedzi, modląc się i pokutując. Kilka dni w tygodniu pości o chlebie i wodzie, a nawet się biczuje. Kiedy miał zaledwie dwanaście lat umarł jego ojciec. Przez trzy lata będzie uczył się zawodu krawca. Jednak w sercu odzywa się coraz mocniej głos powołania zakonnego. Tak więc zamiast zająć się krawiectwem, usiłuje wstąpić do kapucynów. Ponieważ brat jego matki jest przełożonym Prowincji w Lukanii postanawia zapukać do drzwi jego klasztoru. Jednak wuj uznaje go za zbyt młodego i przede wszystkim – zbyt wątłego, miedzy innymi z powodu ustawicznych postów. Pożegnawszy się na jakiś czas z marzeniami o życiu zakonnym, dowiaduje się, iż biskup Lacedonii, szuka sługi. Niestety trudny charakter biskupa  sprawia, że nikt nie pozostaje u niego długo. Kiedy Gerard dowiaduje się o tym uznaje, że to będzie dla niego doskonałe zajęcie. Będzie bowiem mógł być w pobliżu tabernakulum tak często jak zechce, a w dodatku surowy pan da mu liczne okazje do składania ofiar ukochanemu Jezusowi. Rzeczywiście, młodzieniec daje dowody anielskiej cierpliwości i nigdy się nie uskarża. Pewnego dnia, kiedy biskup wyjechał, Gerard musiał udać się do studni po wodę. Zamknął drzwi na klucz i wziął go ze sobą. Kiedy chciał przymocować wiadro do łańcucha, klucz wysunął mu się z rąk i wpadł na dno studni.  Gerard bez namysłu udał się do najbliższego kościoła. Po uwielbieniu Jezusa obecnego w tabernakulum wziął pod pachę figurkę Dzieciątka Jezus i poszedł z nią do studni. Zdjął wiadro. W jego miejsce przyczepił figurkę, mówiąc do Dzieciątka Jezus: „Tylko Ty możesz mnie poratować w tej sytuacji. Muszę go odnaleźć.” Po czym spuścił figurkę do studni. Kiedy wciągnął ją z powrotem, Dzieciątko Jezus trzymało w dłoni klucz. Wdzięczny Bogu odniósł figurkę do kościoła, a wodę – do domu biskupa. Po śmierci biskupa Gerard próbował na nowo wstąpić do kapucynów, lecz z takim samym skutkiem jak za pierwszym razem. Uznając, że w tym dwukrotnym odrzuceniu Bóg wyraził Swą wolę wobec niego, otwarł zakład krawiecki. Z powodu swej pobożności i licznych umartwień, stał się dla wielu „wariatem”. Już wtedy jednak dokonywał licznych cudów. Pewnego razu przechodził obok mieszkania, z którego dochodziły krzyki dziecka. Wszedł tam niezwłocznie i ujrzał małe dziecko z raną oparzeniową na ramieniu. Gerard dotknął chorego ramienia i dziecko zostało uzdrowione. Innym razem na drodze do kościoła spotyka znaną niewiastę. Na jej twarzy maluje się smutek. Zatrzymuje ją i pyta, co ją tak trapi. „Nasza służąca jest chora. Jej stan jest beznadziejny. Idę prosić Św. Antoniego o cud.” „Miej ufność – mówi do niej – Bóg się tym zajmie. Uczyń jej trzy razy znak krzyża na głowie, a będzie zdrowa.” Tak się też staje.

                Gdy wiosną 1749 r., kiedy Gerard ma już 23 lata, do jego miejscowości przybywają głosić misje redemptoryści, jego marzenie o życiu zakonnym się spełni. Na koniec misji zbiera całą odwagę i pyta przełożonego małej grupy, czy zechcą go przyjąć. Jak u kapucynów, tak i tu – stanowcza odmowa, z powodu jego wątłej budowy ciała. Przełożony, widząc zapał młodzieńca, w obawie, że mimo wszystko podąży za nimi, idzie do jego matki. Prosi, żeby go zamknęła na klucz. Po odejściu świętych ojców matka otwiera pokój syna, lecz zastaje go pusty. Na stole znajduje kartkę, a na niej tylko kilka słów: „Odchodzę, aby zostać świętym. Zapomnijcie o mnie.” W drodze dogania trzech misjonarzy. Oni jednak wciąż nie chcą go przyjąć, ale z powodu jego uporu, nie udaje się im go „pozbyć”. Wreszcie przełożony się zgadza. „Może taka jest wola Boża?” – mówi do siebie. Wysyła go  z listem polecającym do rektora następującej treści: „Wysyłam wam postulanta, całkowicie nieużytecznego jeśli chodzi o pracę z powodu jego wątłości. W sumie – tylko dodatkowe usta do wykarmienia. Ale nie potrafiłem się go pozbyć.” Wreszcie Gerard zostaje postulantem. Bardzo szybko potrafił pokazać, że nie jest tylko „ustami, które trzeba nakarmić”, gdyż pracuje za czterech i daje dowody przykładnej pobożności. Po sześciu miesiącach postulatu wolno mu włożyć sutannę. Do modlitw przewidzianych regułą dorzuca pokuty (posty i biczowanie). Kiedy po kilku miesiącach przełożony zdał sobie sprawę, że praca w ogrodzie przerasta siły dzielnego nowicjusza, zleca mu pomoc w zakrystii oraz prace krawieckie. Brat Gerard cieszy się z tego, gdyż zapewni mu to we dnie i w nocy bliskość Najświętszego Sakramentu. Wyprosił u Jezusa łaskę mistycznego zjednoczenia z Nim w Męce i będzie przeżywał Ją w czwartki i piątki aż do śmierci. Coraz częściej przynosi ulgę innym w różnych strapieniach, wykorzystując dar uzdrawiania. Pewnego dnia, gdy pracował w okolicy klasztoru, rodzice przyprowadzili syna, siedzącego na grzbiecie osła. Na jego nodze ropiał wrzód, uniemożliwiając chodzenie. Proszą o zobaczenie się z bratem Gerardem. On nie mówiąc, kim jest, pyta ich o powód. „Chcemy otrzymać łaskę uzdrowienia syna. Bez tego nigdy nie będzie mógł pracować.” Brat całuje miejsce rany i mówi do chłopca: „Odpocznij teraz, braciszku, a jutro odjedziesz”. Chory wstaje, nie odczuwając bólu. Kiedy odwija bandaże, nie ma śladu rany.  Brat Gerard praktykował wszelkie cnoty w stopniu niezwykłym, ale przede wszystkim – święte posłuszeństwo. Czynił tak, żeby się upodobnić do swego Wzoru, który „był posłusznym aż do śmierci i to śmierci krzyżowej.” Nic zatem dziwnego, że Bóg dopełnia tego podobieństwa dając mu też możność czynienia cudów. W trzy lata po wstąpieniu do klasztoru brat Gerard może już złożyć śluby. W jego życiu ujawniają się wciąż nowe łaski, jakimi Pan darzy swego wiernego sługę. Potrafił między innymi odkrywać przed penitentami grzechy zatajone przez nich podczas spowiedzi. Wszędzie czynił dobro dla dusz i dla ciał, dokonując setek cudów w ciągu tak krótkiego życia. Pewnego razu przebywa u przyjaciół. Wychodząc gubi chusteczkę. Młoda dziewczyna przynosi mu ją. „Proszę ją zatrzymać – odpowiada jej – przyda się pewnego dnia.” To dziwna odpowiedź. Zrozumiano ją dopiero później. Po jakimś czasie dziewczyna wyszła za mąż. Kiedy nadszedł dzień narodzin jej pierwszego dziecka i wydawało się, że straci życie, młoda małżonka przypomniała sobie o chusteczce „Świętego”. Położyła ją na brzuchu i nagle, wbrew wszelkim najgorszym przewidywaniom, bez trudu urodziła swe dziecko. Nowina rozeszła się lotem błyskawicy, a chusteczkę rozdarto na strzępy. Każdy chciał mieć kawałek. Od tego dnia matki mające urodzić dziecko, przyzywają w modlitwach brata Gerarda. Pewnego dnia, w czasie burzy, rybackiej łodzi u wybrzeża Neapolu groziło zatonięcie. Na widok tego Święty uczynił znak krzyża, wszedł do wody i idąc po wzburzonym morzu przyciągnął ją do portu. Do jego obowiązków należało też rozdzielanie jałmużny biedakom. Mimo, że rozdawał chleb i mąkę bez ograniczeń, spiżarnia była wciąż pełna. Pan pomnożył to, co on oddał biedakom. Wszystko to nie dziwiło jedynie brata Gerarda. Jeśli go coś zaskakuje, to tylko brak ufności jego współbraci w Bożą Opatrzność. W sierpniu 1755 brat Gerard nabiera przekonania, że jego dni na ziemskim padole są policzone. Prosi przełożonego o zawieszenie na drzwiach jego celi napisu następującej treści: Tu wypełnia się wolę Boga, jak On chce i jak długo On chce„. 15 października zapowiada, że umrze następnego dnia. Tak się też dzieje. Gerard Majella umarł mając zaledwie 29 lat. Kiedy o poranku zakrystianin idzie na dzwonnicę, by powiadomić o jego śmierci, sznur wyślizguje mu się z rąk: rozlega się radosne bicie dzwonów, jak w dni świąteczne, ogłaszając światu, iż nowy święty narodził się dla nieba. W roku 1893 beatyfikował go Leon XIII, a w 1904 roku został kanonizowany przez Piusa X. Za swojego orędownika uważają go szczególnie kobiety mające trudności z zajściem w ciążę i spodziewające się potomstwa. Jest też patronem dzieci (w szczególności nienarodzonych), niesłusznie oskarżonych, spowiedników i dobrej spowiedzi. Ikonografia przedstawia Św. Gerarda w habicie redemptorysty z różańcem u pasa i  krzyżem w ręku. Wspominany jest 16 października.

Tym razem naszą kropelką ewangeliczną będzie fragment Ewangelii Św. Łukasza:

„Do tego zaś, który Go zaprosił, rzekł: «Gdy wydajesz obiad albo wieczerzę, nie zapraszaj swoich przyjaciół ani braci, ani krewnych, ani zamożnych sąsiadów, aby cię i oni nawzajem nie zaprosili, i miałbyś odpłatę.  Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych.  A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć; odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych»”. (Łk. 14, 12-14) Tak jak napisałam ostatnio, dzisiaj też wykorzystam książeczkę: „Mój psycholog nazywa się Jezus”, a dokładniej rozdział: „To, co zbyteczne”. W poprzednim liście pisałam o tym, co zbyteczne, jako o uzupełnieniu, często mylącym tego, co jest konieczne. Ale są tacy, co mają zbyteczne w sensie materialnym, a brakuje im koniecznego w znaczeniu niematerialnym. Można nie być biednym w sensie ekonomicznym, ale być biednym w znaczeniu ściśle ludzkim. Istnieją nowe formy biedy, które trapią świat Zachodu i sprawiają, że stajemy się nieszczęśliwi. Chodzi o brak zdrowia, uczuć, zaufania, nadziei. Jezus prosi, abyśmy także do tych osób wyciągnęli rękę, zapraszając ich w ten sposób na ucztę, ryzykując, że nie otrzymamy absolutnie nic w zamian. Coraz więcej jest ludzi osamotnionych emocjonalnie, gdyż rozpadły się ich rodziny, związki. Rodzina jest niezwykle podatna na kryzys, stąd tyle dziś rozbitych rodzin i ludzi pokaleczonych uczuciowo. Odbija się to nie tylko na życiu emocjonalnym rozwiedzionych małżonków, ale przede wszystkim na dzieciach, którym brakuje właściwego wzorca wychowawczego. Gdybyśmy popatrzyli na cały świat, to na południu planety jest bieda materialna, która jest najbliższa tej z czasów Jezusa. Natomiast na północy jest ubóstwo niematerialne, które ma więcej wspólnego z głową niż z brzuchem, więcej z sercem niż z żołądkiem. Każdego dnia jesteśmy nawoływani przez Boga, by pomóc tym ludziom. W naszej części świata ubogi, w rozumieniu materialnym, jest często obcym indywiduum trzymającym się z daleka od obcowania z innymi, jak cudzoziemiec, który puka da drzwi. Ubogi w rozumieniu niematerialnym często jest naszym krewnym, przyjacielem lub kimkolwiek z nas. Jeśli dobrze się rozejrzymy, to nie będziemy mieć problemu ze znalezieniem go. Lubimy czasem się izolować, uciekać od problemów codziennego życia, uciekać od innych. Ale Ty Panie Jezu byłeś w tej kwestii zawsze kategoryczny – twierdząc, że odmówienie pomocy ubogiemu – jakiejkolwiek kategorii by nie był – sprawia, że niemożliwe staje się wejście do królestwa niebieskiego. Tak więc odosobnienie nie może stać się ucieczką, ale może być chwilowym rozwiązaniem, tak jak Ty Jezu wybrałeś pustynie do modlitwy, by odizolować się na jakiś czas, ale potem wróciłeś i wypełniałeś swoje obowiązki. Jeśli więc chcemy, aby nasza droga była naprawdę chrześcijańska, to nie możemy unikać tych, którzy przychodzą do nas po pomoc. To jest nasz sposób naśladowania Jezusa, który polecam wszystkim czytelnikom tego listu.

                                                                                                                                                            Ela

Zostaw Komentarz