Panie Jezu, Stróża 13.04.2017r.
Nadchodzą szybkimi krokami Święta Wielkanocne. Wypadałoby już robić „wielkie” przedświąteczne przygotowania: posprzątać dom, zrobić zakupy, piec ciasto i inne świąteczne rarytasy. W tym roku postanowiłam się nie przemęczać, abym miała siły uczestniczyć w nabożeństwach Wielkiego Tygodnia. Gdy mieszkałam jeszcze w rodzinnym domu zawsze na takie nabożeństwa chodziliśmy, nawet jak byliśmy bardzo zmęczeni. Przed świętami każda z nas (było nas w domu pięć sióstr) miała przydzielone zadanie, za które była odpowiedzialna. Jedna za sprzątanie, inna za pieczenia ciasta, inna za gotowanie, jeszcze inna za wystrój domu (np. szycie firanek). Ja najczęściej byłam od brudnej roboty, czyli od sprzątania, ale i tak zawsze kończyło się na tym, że pomagałam w pieczeniu i gotowaniu. Może to i dobrze, bo nauczyłam się dużo rzeczy i żadna praca w kuchni nie jest mi obca. Mój szwagier żartował sobie: „że też mi się trafiła ta, co tylko szyć umiała”. Myślę, że miał akurat szczęście, bo oprócz tego co my umiałyśmy, Ania (bo to o nią chodziło) umiała jeszcze szyć na maszynie i robić swetry na drutach. W czasach, gdy nic nie było w sklepach, była to bardzo cenna umiejętność. Jej przepiękne swetry z wełny (każdy był inny) były dosłownie dziełami sztuki. Dużo ich wystawiała w Zakopiańskiej Galerii Sztuki i bardzo szybko znajdowały nabywców. Dzisiaj boli mnie ręka i postanowiłam wypróbować moją wizję sprzed kilku lat, że wykorzystam moje trzy córki do przygotowań przedświątecznych, wskazując palcem, co która robi. Ich dziadek Janek wyśmiał mnie wtedy: „żebyś się nie zdziwiła”. Na razie nie narzekam, mianowałam najstarszą córkę Natalkę koordynatorką prac. Jak im dobrze pójdzie, pojedziemy popołudniu na wspólne „babskie” zakupy, a zakupy świąteczne zlecimy tatusiowi. Wystrój domu załatwili mi przyjaciele ze szkoły przysyłając mi prawdziwy wiosenny ogród w ogromnym koszyku. Prezentów dostałam znacznie więcej, również od nauczycieli z gimnazjum, gdzie pracuje mój mąż. Znam ich wszystkich, bo gimnazjum i moja szkoła podstawowa znajdują się w jednym budynku. Dziękuję bardzo za wszystkie prezenty, chociaż to nie „gwiazdka”, a w moim domu nie było zwyczaju „wielkanocnego króliczka”, jak np. w Wielkopolsce. Panie Jezu błogosław im wszystkim w codziennym życiu, w tym osobistym i zawodowym. Nie wymienię wszystkiego, co dostałam, bo od razu wzrosłaby liczba podań o pracę w naszych szkołach, a teraz po reformie, sami jej będziemy bardzo potrzebować. Dzisiaj dostałam ładny cytat na temat przyjaźni: „Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają jak latać”(Antoine de Saint – Exupéry). Miałam zamiar wczoraj odwiedzić moich przyjaciół w szkole przed świętami, ale coś mi mówiło, że muszę zostać w domu i faktycznie zadzwoniła moja córka Gosia ze szkoły, że wybiła sobie palca na lekcji wychowania fizycznego. Kochany dziadek Janek przywiózł mi ją do domu, a ja pomyślałam sobie, że jak pojadę już trzeci raz w tym tygodniu na SOR, to pomyślą, że blondynka wyczaiła u nich jakąś promocję lub się po prostu nudzi w domu. W ubiegłym tygodniu byłam już na Oddziale Ratunkowym z dwoma innymi córkami (a to z ręką, a to z nogą). Muszę Ci w tym miejscu podziękować Panie Jezu, bo obyło się bez złamań, bez gipsu – już pomału wracają do formy. Wierzę, że są dobrze chronione przez Ciebie Panie Jezu i przez ich Aniołów Stróżów. Tak się nauczyły, że nie wyjdą z domu, jak im nie zrobię znaku krzyża na czole, by były pod „wyjątkową opieką”. Dzisiaj będę pisać o św. Józefie, o Twoim „przybranym” Ojcu Panie Jezu.
Święty Józef – mimo wysokiego pochodzenia nie posiadał żadnego majątku. Na życie zarabiał stolarstwem i pracą jako cieśla. Zdaniem św. Justyna, który żył bardzo blisko czasów Apostołów, Józef wykonywał sochy drewniane i jarzma na woły. Przygotowywał więc narzędzia gospodarcze i rolnicze. Zaręczony z Maryją, Józef stanął przed tajemnicą cudownego poczęcia. Nie był według ciała ojcem Chrystusa. Był nim jednak według prawa żydowskiego jako prawomocny małżonek Maryi. Chociaż Maryja porodziła Pana Jezusa dziewiczo, to jednak wobec prawa żydowskiego i otoczenia Józef był uważany za ojca Pana Jezusa. Tak go też nazywają Ewangelie. W takiej sytuacji trzeba było wykazać, że Józef pochodził w prostej linii od króla Dawida, jak to zapowiadali prorocy. Kiedy Józef dowiedział się, że Maryja oczekuje dziecka, wiedząc, że nie jest to jego potomek, postanowił dyskretnie usunąć się z życia Maryi, by nie narazić Jej na zhańbienie i obmowy. Wprowadzony jednak przez anioła w tajemnicę, wziął Maryję do siebie, do domu. Podporządkowując się dekretowi o spisie ludności, udał się z Nią do Betlejem, gdzie urodził się Jezus. Po nadaniu Dziecku imienia i przedstawieniu Go w świątyni, w obliczu prześladowania, ucieka z Matką i Dzieckiem do Egiptu. Po śmierci Heroda udaje się do Nazaretu. Po raz ostatni Józef pojawia się na kartach Pisma Świętego podczas pielgrzymki z dwunastoletnim Jezusem do Jerozolimy. Przy wystąpieniu Jezusa w roli Nauczyciela nie ma już żadnej wzmianki o Józefie. Prawdopodobnie wtedy już nie żył. Miał najpiękniejszą śmierć i pogrzeb, jaki sobie można na ziemi wyobrazić, gdyż byli przy nim w ostatnich chwilach jego życia: Jezus i Maryja. Oni też urządzili mu pogrzeb. Może dlatego tradycja nazwała go patronem dobrej śmierci. Ikonografia zwykła przedstawiać św. Józefa jako starca. W rzeczywistości był on młodzieńcem w pełni męskiej urody i sił. Sztuka chrześcijańska zostawiła wiele tysięcy wizerunków św. Józefa w rzeźbie i w malarstwie. Ojcowie i pisarze Kościoła podkreślają, że do tak bliskiego życia z Jezusem i Maryją Opatrzność wybrała męża o niezwykłej cnocie. Dlatego Kościół słusznie stawia św. Józefa na czele wszystkich świętych i daje mu tak wyróżnione miejsce w hagiografii. Do szczególnych czcicieli św. Józefa zaliczał się św. Jan Bosko. Stawiał on Józefa za wzór swojej młodzieży rzemieślniczej. W roku 1859 do modlitewnika, który ułożył dodał między innymi nabożeństwo do 7 boleści i do 7 radości św. Józefa oraz modlitwę do św. Józefa o łaskę cnoty czystości i dobrej śmierci. Jan XXIII wpisał imię św. Józefa do Kanonu Rzymskiego (Pierwsza Modlitwa Eucharystyczna). Wydał także osobny list apostolski o odnowieniu nabożeństwa do niebiańskiego Patrona i uczynił go patronem II Soboru Watykańskiego. Decyzją Benedykta XVI, ogłoszoną już za pontyfikatu papieża Franciszka, w 2013 r. imię św. Józefa włączono także do pozostałych modlitw eucharystycznych. Apokryfy i pisma Ojców Kościoła wysławiają jego cnoty i niewysłowione powołanie – Oblubieńca Maryi, żywiciela i wychowawcy Jezusa. Jest patronem Kościoła powszechnego, licznych zakonów, krajów, wielu diecezji i miast oraz patronem małżonków i rodzin chrześcijańskich, ojców, sierot, a także cieśli, drwali, rękodzielników, robotników, rzemieślników, wszystkich pracujących i uciekinierów. Wzywany jest także jako patron dobrej śmierci. W ikonografii św. Józef przedstawiany jest z Dziecięciem Jezus na ręku, z lilią w dłoni. Jego atrybutami są m. in. narzędzia ciesielskie, kij wędrowca, miska z kaszą, lampa, winorośl. Kościół wspomina go 19 marca oraz 1 maja.
Józef to imię pochodzenia hebrajskiego. Powstało od słów Jo (skrót od Jahwe, Bóg) i josaf (przydać). Oznacza: niech Bóg pomnoży (rodzinę).
Ledwo wspomniałam, że będę pisać o św. Józefie, od razu dostałam dwie książki o nim od mojej koleżanki z pracy. W obydwu książkach jest historia jego życia, świadectwa jego łask i modlitwy do Niego. Wybrałam opowieść o pewnym pięknym cudzie, który przypisuje się właśnie Jemu. W mieście Santa Fe (Święta Wiara), które jest stolicą amerykańskiego stanu Nowy Meksyk, znajduje się przepiękna kaplica loretańska (Loretto Chapel). Jednak to nie uroda samej kaplicy stanowi magnes przyciągający corocznie w to miejsce około 250 tys. pielgrzymów i turystów. Są nimi „cudowne schody” – prawdziwy majstersztyk sztuki stolarskiej. Za ich wykonawcę uważa się samego św. Józefa. Oto ich historia: w połowie XIX w. do Santa Fe przybyły cztery zakonnice, aby umacniać wiarę katolicką na terytoriach należących niegdyś do Indian. Pod auspicjami francuskiego biskupa Jeana Lamy założyły szkołę dla dziewcząt. 25 lipca 1873 r. rozpoczęto budowę przeznaczonej dla nich przepięknej kaplicy. Owa kaplica pw. Najświętszej Maryi Panny miała być miniaturą paryskiej Sainte Chapelle (Świętej Kaplicy), którą zbudował król – św. Ludwik IX do przechowywania Korony Cierniowej i innych relikwii męki Zbawiciela przywiezionych z wyprawy krzyżowej oraz świętych patronów Francji. Kiedy po pięciu latach kaplica była już prawie ukończona, okazało się, że wprawdzie posiada prześliczne wnętrze, przecudne witraże i wspaniały balkon dla chóru, ale niestety nie można się na ten chór dostać. Po prostu nie wybudowano na ten balkon schodów. Na domiar złego tuż przed sfinalizowaniem robót został zamordowany projektant świątyni Antoine Mouly. Po jego śmierci okazało się, że w planach nie ma schematu budowy schodów prowadzących na chór, o czym architekt najprawdopodobniej zapomniał. Siostry miały nie lada kłopot. Teoretycznie schody można było wybudować, ale ze względu na niewielkie rozmiary kaplicy ich budowa była niewskazana. Każdy ze sprowadzonych architektów tak uważał. Najczęściej sugerowano, by wejście na chór odbywało się po drabinie. W tej sytuacji przygnębione siostry rozpoczęły nowennę do św. Józefa z prośbą o pomoc. Nie czekały długo. Już następnego dnia po ukończeniu nowenny, do furty klasztornej zapukał brodaty staruszek licho ubrany, w dodatku z osiołkiem, który dźwigał skrzynkę z narzędziami (wg zachowanej relacji matki Magdaleny, skrzynka zawierała parę młotków, dziwacznie wyglądającą piłę, miarę w kształcie dużej litery T oraz dłuto). Przybysz nie przedstawił się, a jedynie powiedział, że dowiedział się o kłopocie sióstr i że jest gotów wybudować schody. Przełożona matka Magdalena pokazała mu prawie ukończoną kaplicę, w której trzeba było wybudować rzeczone schody. Staruszek podjął się ich wykonania, powiedział także, że nie potrzebuje niczyjej pomocy. Nie chciał też, aby mu przeszkadzano, toteż zamknął kaplicę na klucz i udostępniał ją siostrom tylko na czas nabożeństw. Po trzech miesiącach można było oglądać prawie ukończone dzieło. Zakonnice i okoliczni mieszkańcy byli zdumieni widokiem schodów w kształcie ślimacznicy, kunsztownie wykonanych, które w ich mniemaniu powinny były runąć – jeśli nie pod własnym ciężarem, to chociażby pod ciężarem jednej osoby, nie mówiąc o większej ich liczbie. Nie miały żadnej podpory, słupa, wokół którego by się wiły (powszechnie stosowanego w takich konstrukcjach) ani ściany, na której by się wspierały. Nie były także podparte od dołu. Zbudowane zostały bez użycia elementów metalowych, w całości drewniane – ich budowniczy i projektant zarazem nie użył do budowy ani jednego gwoździa, ani jednej śruby.
Do spojenia konstrukcji użyto drewnianych czopów. Konstrukcję nośną stanowią dwie doskonale dopasowane spirale – skręcone szyny drewniane, na których wznoszą się trzydzieści trzy stopnie – liczba ta – od razu kojarzyła się z wiekiem Chrystusowym. Schody nie były jednak ukończone, gdyż brakowało poręczy (dobudowano ją 10 lat później). Mimo to siostry zachwycone dziełem, postanowiły urządzić uroczysty obiad na cześć niezwykle utalentowanego rzemieślnika. Cóż, kiedy ten przepadł jak kamień w wodę! I chociaż wszczęto poszukiwania dziwnego staruszka na osiołku (siostry chciały mu zapłacić za pracę), nie odnaleziono go. Tajemnicą było także pochodzenie użytego budulca. Drzewo, z którego cieśla zbudował schody, nie rośnie w stanie Nowy Meksyk. Kiedy zapukał do furty klasztornej, nie miał z sobą ani kawałka drewna. Nie kupił też go u dostawcy w Santa Fe, bo siostry sprawdziły to, chcąc chociaż zapłacić za drewno. Schody te są przykładem wybitnej sztuki ciesielskiej. A zakonnice z Santa Fe, które tak gorliwie w owym czasie modliły się do św. Józefa, żywią przekonanie, że to sam święty przybył im z pomocą pod postacią starego człowieka, albo przynajmniej – przysłał im genialnego mistrza stolarskiego. Nazwa tej kaplicy Loretto Chapel od razu skojarzyła mi się z miejscowością Loreto (tylko przez jedno t) w środkowych Włoszech i z polskim Loretto z województwa mazowieckiego, ale ciekawostki na ich temat przekażę w następnym liście, a tu jedynie zdradzę, że jestem zapisana do Powszechnej Kongregacji Świętego Domku w Loreto.
Osobiście wielu Józefów nie znałam, ale ceniłam zawsze bardzo ks. Józefa Tischnera, który pochodził z sąsiedniej wioski czyli z Łopusznej. Skończyłam to samo co on liceum w Nowym Targu – pamiętam jak nas w tym liceum odwiedził i zabawiał nas pięknymi historiami, żeby przepadło nam jak najwięcej lekcji. Lubiłam bardzo jego przywiązanie do góralszczyzny, a szczególnie Msze Święte, które zawsze odprawiał w drugą niedzielę sierpnia na Polanie Rusnakowej pod Turbaczem. Motywem przewodnim była zawsze Wolność – po góralsku „Śleboda”. Gromadzący się pod Turbaczem wspominali wielki zryw wolnościowy z 1944 roku (Powstanie Warszawskie) i modlili się o wolność Ojczyzny, o wolność każdego Polaka i Polki. Zanosili te modły za wstawiennictwem Matki Boskiej Leśnej Królowej Gorców, w kaplicy ofiarowanej papieżowi Janowi Pawłowi II. Ta mała kaplica, porzucona gdzieś w Gorcach przy żółtym szlaku stawała się świątynią modlących się wiernych, pielgrzymujących ze wszystkich stron Turbacza i całej Ojczyzny. Kapelan Turbacza ks. Kazimierz Dadej zwraca uwagę, „że dzisiaj mamy wolność, komuna jest historią, ale … Śleboda jest nadal zadaniem, które rozwiązujemy każdego dnia stając się coraz bardziej wolnymi w głąb. Mamy zadanie, by prawdziwie stawać się wolnymi od tych wszystkich zniewoleń, które stoją tuż za rogiem. Kiedy przestaniemy być odpowiedzialnymi w swojej wolności wpadniemy w zniewolenie; lenistwa, pychy, bogactwa, samozadowolenia, niewiary, egoizmu. I pozornie wolni założymy albo pozwolimy sobie założyć kajdany mocniejsze od zniewolenia zewnętrznego, bo mniej lub wcale przez nas niezauważone. Mamy prosić, by nasze dusze i sumienia były wolne od udawania i zaangażowane w prawdziwą troskę o wolność od zniewolenia umysłu i ducha, w czasach, w których przyszło nam żyć”. Bardzo podobała mi się zawsze książka Józefa Tischnera pt.: „Historia filozofii po góralsku”. Fragment tej książki przygotowałyśmy z moją córką Natalką kilka lat temu do konkursu gminnego w kategorii: „Wywiedzione ze Słowa”. Wystąpiła w stroju góralskim i przy „ubijaniu” masła opowiedziała jak to było według Tischnera między innymi z powstaniem filozofii: „Na pocątku wsędy byli górole, a dopiero pote porobiyli sie Turcy i Zydzi. Górole byli tyz piyrsymi „filozofami”. „Filozof” – to jest pedziane po grecku. Znacy telo co: „mędrol”. A to jest pedziane po grecku dlo niepoznaki. Niby, po co mo fto wiedzieć, jak było na pocątku? Ale Grecy to nie byli Grecy, ino górole, co udawali greka. Bo na pocątku nie było Greków, ino wsędy byli górole”. Nawet nieźle wyuczyła się gwary góralskiej, szczególnie akcentu góralskiego. Była taka dumna, bo zdobyła wyróżnienie (mamusia oczywiście też była dumna). Znam jeszcze innego księdza Józefa, który jest proboszczem jednej z myślenickiej parafii. Znają go również liczni wierni (nie tylko parafianie), głównie za sprawą jego przepięknych kazań. Święty Józefie wstawiaj się u Swego Syna za wszystkimi czytelnikami tego listu, a szczególnie za swoimi imiennikami. Niech z przykładu św. Józefa czerpią naukę życiową zwłaszcza Ci, którzy w rodzinie, w szkole i w Kościele pełnią rolę ojców i przewodników. Dla ojców rodzin niech będzie najwspanialszym wzorem ojcowskiej czujności i opieki, a dla małżonków doskonałym przykładem miłości, zgody i wierności małżeńskiej.
Jest teraz okres wielkanocny, więc dodam jeszcze ewangeliczną kroplę z Ewangelii Wielkiej Niedzieli: „Po upływie szabatu, o świcie pierwszego dnia tygodnia przyszła Maria Magdalena i druga Maria obejrzeć grób. A oto powstało wielkie trzęsienie ziemi. Albowiem anioł Pański zstąpił z nieba, podszedł, odsunął kamień i usiadł na nim. Postać jego jaśniała jak błyskawica, a szaty jego były białe jak śnieg. Ze strachu przed nim zadrżeli strażnicy i stali się jakby umarli. Anioł zaś przemówił do niewiast: Wy się nie bójcie! Gdyż wiem, że szukacie Jezusa Ukrzyżowanego. Nie ma Go tu, bo zmartwychwstał, jak powiedział.”(Mt 28, 1-6)
Bardzo spodobał mi się kiedyś wiersz Dawida i Wiktorii Tomaszkowiczów pt.: „Opowieść naszych starych dziadków”. Oryginalny wiersz napisany jest gwarą góralską, ale pozwoliłam sobie go przełożyć sama na język polski, aby był lepiej zrozumiany, bo jest tak wymowny i prawdziwy. Autorzy pochodzą z polskiego Spiszu w powiecie nowotarskim. Niech wiersz ten będzie zakończeniem tego listu, a Ty Panie Jezu i Święty Józefie sprawcie, by polskie rodziny nie odpowiadały temu opisowi.
O Łapszańska Dziedzino, źle słychać o Tobie,
że już utraciłaś wszystkie cnoty w sobie.
Już ziemia nie rodzi jak dawno rodziła,
czy jej Bóg zakazał, czy się pogniewała.
Jak to dawno było wesoło i miło,
kiedy do sąsiadów często się chodziło.
Mieli dużo dzieci, chowali w miłości,
nie było na świecie strasznej zawiści.
Dawno było ciężko, rozkoszy nie było,
ale dla każdego miejsce w domu było.
Dziś na świecie dobrze i jest dość wszystkiego,
ale nie ma serca dla bliźniego swego.
Dzisiejsze rodziny już dość chleba mają,
ale swoim dzieciom życie odbierają.
Piją zawodowo dzisiejsi ojcowie,
tak samo i młodzi, bo to ich synowie.
Dziś ojciec syna tak litośnie prosi,
a syn na tatę ciężki kij podnosi.
Dzisiejsze matki tyle złota mają,
z biednych wielodzietnych to się wyśmiewają.
Dziś matka u córki nogi nie zagrzeje,
bo się w jej domeczku złe przekleństwo dzieje.
Dawno stare matki grzechu się brzydziły,
dzisiaj matki dzieciom grzechy by liczyły.
Dzieci na drodze ile chcą to grzeszą,
ojciec, matka słyszą, ale ich nie ćwiczą.
Bogaty za życia używa nad miarę,
a dla biednych ludzi nie ma na ofiarę.
Staniemy przed Bogiem z ciężkimi grzechami,
nie załatwimy niczego wódką i dutkami.
Bo nie na tym się kończy w naszym życiu droga,
trzeba zdać jeszcze rachunek po śmierci u Boga.
Ela
Zostaw Komentarz