List do Jezusa – Św. Justyna (43)

with Brak komentarzy

Panie Jezu,                                                                                                                                       Stróża, 6.09.2018r.

     Kolejny rok szkolny już się rozpoczął. Jestem już po pierwszym spotkaniu z rodzicami uczniów,  których pod moją opiekę powierzyła mi Pani Dyrektor. Dostałam pod moje skrzydła dziesięciolatków (klasa czwarta), na życie których będę miała wpływ, jak dobrze pójdzie, przez pięć lat. Postaram się jak najlepiej wypełnić powierzone mi zadanie wychowawcy. Chciałabym wspierać rodziców w wychowaniu ich dzieci, ale na pewno nie zrobię tego za nich. To oni powinni od najmłodszych lat wpoić im najważniejsze wartości, które stanowią o tym, czy wyrosną na dobrych ludzi, dobrych Polaków, dobrych przyjaciół, dobrych pracowników, dobrych rodziców, dobrych współmałżonków…. Można by jeszcze długo wymieniać, jak ważny jest proces wychowania, który nie kończy się wraz z pójściem dziecka do pierwszej klasy. Skoro już zaczęłam pisać o szkole i  o nauczycielach, to tym razem najpierw zacytuję jeden rozdział z książki Reginy Brett pt.: „Bóg zawsze znajdzie Ci pracę”. Tym razem autorka zamieściła w swojej książce 50 lekcji o tym, jak szukać spełnienia. Oto jedna z nich:

 Lekcja 25: „Nie wszystko, co się liczy, jest policzalne”

     „Większość z nas nie będzie sławna, za to niektórzy ludzie na naszej drodze pozostaną niezapomniani. Zostawiają po sobie niezatarty ślad. Ci ludzie to nauczyciele. Andy Rooney zawsze mówił, że większość osób pamięta najwyżej garstka ludzi, za to nauczycieli do końca życia pamiętają tysiące byłych uczniów. W jednym z felietonów zachęcałam czytelników do podsumowania swojego życia w sześciu słowach. Oto propozycje nauczycieli:

 Zmienić świat. Zostawić coś po sobie.

Nadawanie kształtu przyszłości tu i teraz.

Chciałem zmienić świat, sam się zmieniłem.

Ja tylko chcę uczyć.  Nic więcej.

Pod ostatnim wpisem podpisaliby się nauczyciele na całym świecie. Niestety dziś zamiast uczyć, sprawdza się wiedzę. O wartości nauczyciela nie decyduje już wpływ, jaki wywiera na życie ucznia, tylko ocena, jaką dziecko uzyska na teście. A wartość ucznia zbyt często zostaje zredukowana do liczby punktów na stanowych testach umiejętności, oceny z egzaminu końcowego, średniej ocen czy wyniku egzaminów wstępnych na studia.

Bardzo podobał mi się list, który David Root, dyrektor gimnazjum Rocky River Middle School w stanie Ohio, napisał do rodziców uczniów po wręczeniu świadectw w czerwcu 2008 roku. Był to list z przeprosinami.

Dzieci dobrze wypadły podczas Stanowych Testów Umiejętności, organizowanych co roku, żeby ocenić poziom uczniów z matematyki, czytania, nauk przyrodniczych, nauk społecznych i pisania we wszystkich szkołach publicznych w klasach od trzeciej do ósmej. Szkoła zdobyła ocenę i spełniła krajowe kryteria wymaganego postępu uczniów w ciągu roku szkolnego. Ale jaką cenę zapłacili uczniowie i nauczyciele za to, że szkoła przez cały rok skupiała się na przygotowaniach do egzaminów? Z czego musieli zrezygnować? W wielu klasach nauczyciele przez większość czasu uczyli dzieci tylko tego, jak zdać egzaminy stanowe. Dyrektor żałował, że uczniowie nie uczyli się innych rzeczy, nie zdobywali doświadczeń i wiedzy, których nie można zmierzyć ani przeliczyć na punkty.

Mimo wszystkich osiągnięć dyrektor gimnazjum miał tylko jedno do powiedzenia uczniom, nauczycielom i mieszkańcom Rocky River: „Przepraszam”. Pan Root przesłał mi te przeprosiny wydrukowane na dwóch kartkach z pojedynczą interlinią. Czytając ten list, zaczęłam myśleć o tym, że czasem tracimy z oczu to, co naprawdę ważne, kiedy skupiamy się na wymiernych oznakach sukcesu.

Dyrektor przepraszał za to, że jego nauczyciele poświęcili mniej czasu historii Stanów Zjednoczonych, bo większość pytań testowych z przedmiotu nauki społeczne dotyczyła państw zagranicznych. Za to, że nie zawiesił ucznia, który pobił kolegę, żeby atakujący mógł wziąć udział w egzaminie. Przepraszał za to, że odciągał dzieci od uwielbianych przez nie przedmiotów: plastyki, muzyki i wychowania fizycznego, żeby uczyć je w tym czasie strategii zdawania egzaminów.(…) Za to, że zatrzymał w szkole uczniów , którzy źle się poczuli w trakcie egzaminu, bo gdyby nie ukończyli go z powodu choroby, automatycznie otrzymaliby ocenę niedostateczną. Za to, że wartość nauczycieli, których zatrudniał, oficjalnie zależała od wyników tego jednego testu. Przeprosił za to, że w związku z egzaminem stanowym uczniowie stracili osiem dni nauki. Za to, że podejmując decyzje dotyczące apeli, wycieczek szkolnych i występów muzycznych, kierował się tym, jak czas spędzony na czymś innym niż czytanie, matematyka, nauki społeczne i pisanie wpłynie na wyniki testu,(…)

Pan Root nie jest wrogiem testów. Popiera sprawdziany, które mierzą postępy dzieci i pomagają wyznaczyć cele nauczania. Ale w jego oczach stanowe testy umiejętności zostały zaprojektowane na potrzeby mediów, żeby umożliwić im porównywanie szkół. Kiedy z nim rozmawiałam, miał za sobą dwadzieścia cztery lata pracy jako dyrektor placówek edukacyjnych, z czego połowę spędził w gimnazjum w Rocky River, a resztę w miastach Hudson, Alliance i Zanesville w stanie Ohio. Kocha uczyć szósto-, siódmo- i ośmioklasistów. „Po prostu rozumiem, że w okresie dojrzewania szkoła to też szkoła życia” – zażartował. Jego uczniowie, którzy mają od jedenastu do czternastu lat, martwią się, że ich ukochani nauczyciele zostaną zwolnienie za to, jak oni wypadną na teście. Jeden z gimnazjalistów zapytał dyrektora: „Czy jeśli źle mi pójdzie, wyleje pan mojego nauczyciela?” Pan Root wzdrygnął się, słysząc jak inny uczeń mówi: „Naprawdę chciałbym dobrze wypaść, ale nie jestem aż tak mądry”. Chce, aby uczniowie nauczyli się myśleć, a nie zdawać egzaminy. Dziś nie uczymy już dzieci – ocenił. – Uczymy zdawania testów. Wszyscy uczymy do egzaminów. Tęsknię za czasami, kiedy uczyliśmy dzieci.”

Sposób, w jaki oceniamy wartość nauczycieli, przywodzi mi na myśl piękny cytat przypisywany Albertowi Einsteinowi: „Nie wszystko, co się liczy, jest policzalne, i nie wszystko, co jest policzalne, naprawdę się liczy”. Na pewno odnosi się do nauczycieli. Ale to samo można powiedzieć o nas wszystkich.

Pracodawcy stosują wiele metod, żeby obliczyć, zmierzyć albo skalkulować naszą wartość, ale nie pozwalają one docenić tego, co naprawdę się liczy. Jesteśmy postrzegani przez pryzmat ocen okresowych, ewaluacji, analiz, wydajności produkcji, wyników sprzedaży, liczby obsłużonych klientów albo kliknięć na stronie internetowej. Pamiętam redaktora, który liczył, jak często nazwisko dziennikarza pojawiło się obok tytułu tekstu w gazecie, żeby sprawdzić, ile artykułów napisał rocznie. Reporterzy przyjmowali to z zażenowaniem. Czy naprawdę chodziło tylko o liczby? Księgowość jest ważna, ale nie wszystko można policzyć.

Nie zawsze to szef próbuje wyrazić naszą wartość liczbowo. Czasem sami się tak traktujemy. Nieustannie szukamy miary naszej własnej wartości gdzieś poza sobą i nigdy nie spełniamy własnych oczekiwań. Obsesyjnie sprawdzamy, ilu mamy przyjaciół i obserwujących na Facebooku i Twitterze. Kiedyś liczyłam, ile osób zadzwoniło i napisało do mnie po każdym felietonie, żeby sprawdzić, jakie zrobił wrażenie. Prawda jest taka, że nie da się zmierzyć, ile miłości wkładamy w swoją pracę, ani jak bardzo cenią nas inni.

Nie wszystko, co się liczy jest policzalne. Na początku swojej kariery dziennikarskiej pewien redaktor opowiedział mi historię, której nigdy nie zapomnę. Dziennikarze opowiadają ją sobie od lat. Któregoś roku w Wigilię reporter Al Martinez pracował do późna w redakcji Oakland Tribune. Pisał tekst o chłopcu umierającym na białaczkę, którego największym marzeniem było zjeść świeże brzoskwinie. Takie proste, zwyczajne marzenie. To był idealny wyciskacz łez na bożonarodzeniowy poranek. Dziennikarz gorączkowo wystukiwał swój artykuł na maszynie, gdy około dwudziestej trzeciej zadzwonił telefon. Redaktor działu miejskiego zapytał nad czym pracuje. Reporter opowiedział mu o umierającym chłopcu i brzoskwiniach – wprawdzie nigdzie nie udało się ich dostać, ale historia i tak była wzruszająca. Redakcja zarezerwowała na jego tekst miejsce na pierwszej stronie. Każdy dziennikarz marzy, żeby jego tekst tam się ukazał – to prawdziwa miara sukcesu w newsroomie.

Redaktor zapytał, ile czasu zostało chłopcu. Reporter wyjaśnił, że niedużo. Najwyżej kilka dni. Po dłuższej chwili milczenia redaktor powiedział mu: „Zdobądź dla niego te brzoskwinie”. Dziennikarz już próbował. Obdzwonił wszystkie sklepy. Sezon na brzoskwinie się skończył. Redaktor nalegał: „Jeśli musisz, sprowadź je z drugiego końca świata. Zrób wszystko, co w Twojej mocy”. Reporter wisiał na telefonie i w końcu, niemal w ostatniej chwili, jak za sprawą magii, znalazł gdzieś brzoskwinie i zorganizował samolot, który miał je dostarczyć. Zostało mu niewiele czasu na dokończenie artykułu. Termin zamknięcia numeru zbliżał się wielkimi krokami, gdy redaktor zadzwonił do niego ponownie i poprosił, aby sam wręczył chłopcu te brzoskwinie. Reporter odpowiedział, że ma coraz mniej czasu. Musiał usiąść nad artykułem, żeby zdążyć z nim do numeru. Redaktor odpowiedział: „Nie prosiłem Cię o artykuł. Prosiłem, abyś zdobył brzoskwinie dla tego dzieciaka”.

Chłopiec dostał swoje brzoskwinie. Czytelnicy dostali reportaż. Reporter dostał miejsce na pierwszej stronie. A my wszyscy dostaliśmy nauczkę: najbardziej liczy się nie nasza praca, tylko to, ile wkładamy w nią serca.”

 

    Nawiązując do ostatniego  zdania, które mówi nam jak ważne jest, ile serca wkładamy w swoją pracę, to podpisuję się pod nim całkowicie. Szczególnie ważne jest to, gdy pracujemy z ludźmi. Tak się złożyło, że większość dorosłych z mojej rodziny ma pracę, która w dużym stopniu decyduje o losie innych osób. Oprócz pracy w szkole, moi najbliżsi związani są między innymi ze służbą zdrowia, służbą więzienniczą, wymiarem sprawiedliwości, opieką społeczną czy też organizują pracę innym na produkcji w dużych zakładach. Większość decyzji, które musimy codziennie podejmować zmienia czyjąś codzienność, a często całą jego przyszłość. W ostatnim liście opisywałam mojego chrześniaka Tymoteusza. Jego mama ma na imię Justyna i w dodatku we wrześniu obchodzi imieniny, więc tym razem przedstawię dwie święte o tym imieniu.

     Św. Justyna z Antiochii – święta dziewica i męczennica, żyła na przełomie trzeciego i czwartego wieku na obszarze dzisiejszej Turcji. Pobożna i bogobojna od młodości, złożyła śluby czystości. Zauroczony jej urodą mag Cyprian, próbował ją uwieść, posyłając do niej demony. Trzy razy pojawiał się przed Justyną, przybierając za każdym razem inną postać. Raz przyjaciółki, za drugim razem – urodziwego młodzieńca, usiłującego przywieść ją do zguby, a za trzecim razem przybrał wygląd samej Justyny, chcąc zepsuć jej dobre imię. Trzy razy musiał odejść, nie osiągając niczego, przeganiany znakiem krzyża. Zrozpaczony mag sam uczynił ten znak, uwalniając się od nękających go złych duchów. Przyjął chrzest, został diakonem, kapłanem i w końcu biskupem. Św. Justyna żyła w pustelni, gromadząc wokół siebie kobiety, które podobnie jak ona, chciały poświęcić swe życie Panu Bogu. Gdy wybuchły prześladowania za cesarza Dioklecjana została pojmana i razem ze Św. Cyprianem postawiona przed cesarzem w Nikomedii. Po długich torturach, rozkazał ich ściąć na brzegu rzeki Gallus. Ciała świętych po sześciu dniach potajemnie zabrali chrześcijańscy marynarze udający się do Rzymu, a tam w swojej posiadłości pochowała je pobożna Rufina. Później zostały przeniesione do bazyliki wybudowanej przez Konstantyna. Relikwie Św. Justyny znajdowały się w rzymskiej bazylice p.w. Św. Piotra i bazylice p.w. Św. Jana na Lateranie. W kalendarzu wspomnienie Św. Justyny pojawiło się w XIII wieku, ale siedem wieków później zostało stamtąd usunięte (po reformie w 1969 roku), z powodu braku historycznych dowodów na istnienie Św. Justyny i Św. Cypriana. W nowym Martyrologium Rzymskim z 2001 roku również pominięto ich imiona. Jest uznawana za patronkę osób nękanych przez złe duchy. W ikonografii przedstawiana jako młoda kobieta, często ze Św. Cyprianem. Jej atrybutem jest: lilia, miecz, krzyż, biały welon, palma, diabeł.

     Św. Justyna z Padwy – należała do najznakomitszych mieszkanek tego włoskiego miasta, a jej rodzina była jedną z najzamożniejszych w mieście. Justyna przyjęła chrzest z rąk pierwszego biskupa Padwy – Prosdocyma, który również został zaliczony w poczet świętych. Złożyła prywatny ślub czystości i nigdy nie wstydziła się imienia Chrystusa Pana, mając świadomość, że jest to jedyne imię, w którym człowiek może być zbawiony. Kiedy wybuchło prześladowanie chrześcijan za cesarza Dioklecjana, została pojmana i zaprowadzona przed namiestnika, który równocześnie sprawował najwyższą władzę sądowniczą w prowincji Włoch, Maksymiana Galeriusza. Nakazano jej wyrzec się wiary w Jezusa, a kiedy odmówiła i gdy zawiodły wszelkie próby, by odwieść ją od wiary, została skazana na śmierć przez ścięcie mieczem. Karę wykonano 7 października 304 roku. Według legendy miał to być miecz dopiero co wykuty, jeszcze gorący, co dodatkowo miało upokorzyć dziewczynę, ponieważ takimi mieczami zabijano niewolników jako pierwsze ofiary. Justyna z pokojem w sercu oddała swoje życie i swoją duszę Jezusowi, dziękując, że przyjął jej ofiarę – i z modlitwą na ustach zakończyła swoją ziemską drogę. Gdy tylko ustały prześladowania w 10 lat po edykcie mediolańskim, wydanym przez cesarza Konstantyna I Wielkiego w 313 roku, na grobie Justyny wystawiono kaplicę. Z końcem zaś wieku V i na początku wieku VI prefekt miasta Padwy, Opilione, wystawił nad tym grobem bazylikę. Kościół mediolański włączył jej imię do kanonu Mszy świętej. Grób Świętej stał się ulubionym miejscem pielgrzymek. Jej kult rychło rozszedł się po północnych Włoszech, czego dowodem jest również jej wizerunek umieszczony w mozaice bazyliki Św. Apolinarego w Rawennie z wieku VI.  Była także czczona w Rimini, a w Como biskup Agrypin wystawił ku jej czci osobną kaplicę w dziesiątą rocznicę swojej konsekracji. W roku 1117 trzęsienie ziemi zniszczyło bazylikę, wystawioną przez Opiliona. O wiele wspanialszą świątynię odbudowali benedyktyni, którzy od wieku VIII mieli przy kościele Św. Justyny w Padwie swoje opactwo. W latach 1521-1587 ozdobili bazylikę jeszcze okazalej, tak iż stanowi ona klejnot architektury Padwy. W 1627 roku relikwie Św. Justyny przełożone zostały do nowej, cyprysowej trumny, bogato złoconej na zewnątrz. Benedyktyni z Padwy rozszerzyli kult Św. Justyny po całej Europie. Kiedy zaś w jej doroczną pamiątkę 7 października 1571 roku zostało odniesione zwycięstwo nad flotą turecką pod Lepanto, jej wstawiennictwu przypisano zwycięstwo. Po kasacie klasztoru i zamknięciu kościoła przez wojska napoleońskie w 1810 roku, kult Justyny znacznie osłabł. Od roku 1919 benedyktyni na nowo objęli opactwo i kult Świętej wznowili. Bazylika i opactwo benedyktyńskie znajdują się przy jednym z największych placów w Europie – Prato della Valle. Benedyktyni nadal opiekują się bazyliką i rozszerzają kult Świętej. Obecnie ciało Św. Justyny znajduje się pod głównym ołtarzem bazyliki, w której to spoczywa także ciało Św. Łukasza Ewangelisty.

Kościół p.w. Św. Justyny z Padwy znajduje się w małopolskiej Paleśnicy, został wybudowany w 1808 roku. W ołtarzu głównym (obecnie przeniesiony do bocznego) umieszczono obraz przedstawiający Św. Justynę, namalowany w 1809. Do obrazu pozowała fundatorka kościoła hrabina Justyna Lanckorońska. Relikwie Świętej mają się znajdować, według Piotra Pruszcza, w dominikańskim kościele p.w. Św. Idziego w Krakowie. Natomiast wizerunek z XVIII wieku przedstawiono w stallach w kościele należącym do krakowskich bernardynek. Św. Justyna z Padwy bywa mylona ze Św. Justyną z Antiochii, której wspomnienie przypada 26 września. Jest patronką Padwy. W ikonografii przedstawiana jest w stroju z epoki, czasami w towarzystwie Św. Prosdocyma, pierwszego biskupa Padwy lub Św. Scholastyki. Jej atrybutem jest: palma, lilia, jednorożec, korona, księga, miecz lub sztylet.

       Justyna jest to żeńska forma łacińskiego imienia Justyn. W Polsce występuje od XIV w., ale największą popularność przeżywa obecnie.

Ponieważ wraz z rozpoczęciem nowego roku szkolnego wspomniałam w tym liście o pracy nauczycieli, więc nie mogę pominąć Ciebie Panie Jezu jako przykładu najlepszego Nauczyciela. Byłeś uznawany za nauczyciela nie tylko przez swoich dwunastu uczniów.  Nikodem, gdy pod osłoną nocy przyszedł do Ciebie, powiedział: Mistrzu! Wiemy, że przyszedłeś od Boga jako nauczyciel; nikt bowiem takich cudów czynić by nie mógł, jakie Ty czynisz, jeśliby Bóg z nim nie był” (J3,2). Byłeś niezwykłym Nauczycielem i ci którzy Cię słuchali nie mogli wyjść z podziwu:  „uczył je jako moc mający, a nie jak ich uczeni w Piśmie” (Mt7, 29). Do Ciebie, jako do mądrego Nauczyciela, zwracali się ludzie w poszukiwaniu odpowiedzi na najważniejsze pytania dotyczące życia i śmierci – „I oto ktoś przystąpił do niego, i rzekł: Nauczycielu, co dobrego mam czynić, aby osiągnąć żywot wieczny?” (Mt19, 16). Zawsze, w każdej sytuacji udzielałeś mądrych rad i wskazówek, jak przystało na mądrego Nauczyciela.

Czy potrafimy dziś, w natłoku różnych zajęć i obowiązków, znaleźć chwilę, aby usiąść przy mądrym Nauczycielu i posłuchać Jego nauczania. Życzę wszystkim czytającym ten list, by mimo wszystko znaleźli parę minut dziennie, by przekonać się, że jedyna mądrość jaka liczy się w życiu, pochodzi od Niego. A wszystkim Justynom, niekoniecznie tym, które znam, życzę, by czerpały na co dzień wskazówki i siłę z Jego mądrości.

                                                                                                                                                               Ela

Zostaw Komentarz