Panie Jezu, Ostrowsko, 28. 06.2017
Wczoraj przyjechałam do mojego rodzinnego domu w Ostrowsku koło Nowego Targu. Spędzę tu kilka dni z córkami. Może uda mi się napisać tutaj ten list, a przynajmniej jego cześć. Odżyją na pewno wspomnienia z dzieciństwa, które pomogą mi opisać patronkę jednej z moich sióstr. Najmłodsza z moich czterech sióstr ma na imię Kinga. Jest młodsza ode mnie o osiem lat. Gdy się urodziła mama pozwoliła nam wybrać dla niej imię. Drogą eliminacji pozostały nam do wyboru dwa imiona: Kinga i Agnieszka. Wybrałyśmy w końcu Kinga, bo obawiałyśmy się, że w małej miejscowości będą do niej mówili Jagnieszka. Nie wiem czy ona znała wcześniej tę historię, bo swojej najstarszej córeczce dała na imię Agnieszka. Ma jeszcze młodszą Gabrysię. Gdy mama urodziła Kingę i była w szpitalu, ja żyłam jeszcze w nieświadomości, że mam siostrzyczkę. Pamiętam jak dziś, że sąsiadka zapytała mnie: „Co mamusia kupiła – siostrzyczkę czy braciszka?”, a ja nie wiedziałam o co jej w ogóle chodzi. Pamiętam „okrągły brzuszek” mamy w błękitnej bluzeczce, ale sądziłam, że po prostu przytyła, a moja wiedza w tym zakresie pozostawała jeszcze na etapie bocianów. Mając zaledwie osiem lat bardzo dużo czasu spędzałam opiekując się młodszą siostrzyczką. Nawet pamiętam jak wstawałam do niej w nocy po cichutku, żeby nie obudzić mamy i przygotowywałam jej jedzenie. W wielodzietnych rodzinach zawsze starsze dzieci opiekowały się młodszymi. Na ostatnim urodzinowym spotkaniu u mojej mamy wydało się, że chętnie opiekował się małą Kingą nasz starszy brat, szczególnie gdy było dużo prac polowych. Po latach widzimy, że takie prace, chociaż czasami bardzo ciężkie, bardzo nas do siebie zbliżały. Wszystko robiliśmy razem, nikt nie marudził, nikt się nie buntował. W wakacje, gdy była jakaś przerwa w pracach polowych razem zbieraliśmy borówki, które sprzedawaliśmy, aby zarobić na wyprawki do szkoły. Teraz bardzo się dziwię, jak słyszę w szkole, w jaki sposób dzieci mówią o swoim rodzeństwie. Najczęściej je krytykują i wyśmiewają się z nich. Z moją młodszą siostrą łączą nas bardzo dobre relacje. Chociaż mieszkamy daleko od siebie, ponad 300 km, to często razem spędzamy święta lub razem jeździmy na wakacje. Przedstawię teraz historię jej patronki, która swoje święto w Kościele obchodzi 24 lipca.
Święta Kinga (Kunegunda) urodziła się w 1234 r. jako trzecia z kolei córka Beli IV, króla węgierskiego z dynastii Arpadów, i jego żony Marii, córki cesarza bizantyjskiego Teodora I Laskarisa. Miała dwóch braci i pięć sióstr. Wśród nich były: Św. Małgorzata Węgierska oraz bł. Jolenta. Św. Elżbieta z Turyngii była jej ciotką. O latach młodości Kingi nie wiemy nic poza tym, że do piątego roku życia przebywała na dworze królewskim prawdopodobnie w Ostrzychomiu. Możemy przypuszczać, że otrzymała głębokie wychowanie religijne i pełne jak na owe czasy wykształcenie. W Wojniczu małoletnia jeszcze Kinga spotkała się z Bolesławem Wstydliwym; tam też doszło do zawarcia umowy małżeńskiej. Ze względu na małoletniość obydwojga były to zrękowiny, po których w kilka lat później miał nastąpić akt właściwych zaślubin. Pierwsze swoje lata Kinga spędziła w Sandomierzu pod opieką Grzymisławy (matki Bolesława) i pedagoga Mikuły, wraz ze swoim przyszłym mężem Bolesławem. Były to czasy najazdów Tatarów. Wieści o ich barbarzyńskich mordach dochodziły do Polski. Na wiadomość o zdobyciu Lublina i Zawichostu Bolesław z Kingą i Grzymisławą opuścili Sandomierz i udali się do Krakowa. Po klęsce wojsk polskich pod Chmielnikiem koło Szydłowa uciekli na Węgry w nadziei, że tam będzie bezpieczniej. Jednak i tu nie znaleźli spokoju. Wojska węgierskie poniosły klęskę nad rzeką Sajo. Dlatego Kinga uciekła z Bolesławem na Morawy, gdzie zapewne zatrzymali się w Welehradzie w tamtejszym konwencie cystersów. Tatarzy dotarli do Krakowa, a później ruszyli na Śląsk. Po bitwie pod Legnicą w 1241 r. Tatarzy wycofali się z Polski. Po bohaterskiej śmierci Henryka Pobożnego w bitwie z Tatarami rozgorzała walka o jego dziedzictwo śląskie i krakowskie. Dopiero po pokonaniu Konrada Mazowieckiego młodzi książęta mogli wrócić do Krakowa (1243). Ponieważ zamki w Krakowie i w Sandomierzu nie nadawały się do zamieszkania po zniszczeniach tatarskich, Bolesław i Kinga pozostali w Nowym Korczynie. Tu właśnie Kinga nakłoniła swego przyszłego męża do zachowania dozgonnej czystości, którą ślubowali oboje na ręce biskupa krakowskiego Prandoty. W tej formie czystości małżeńskiej Kinga spędziła z Bolesławem 40 lat, dlatego historia nadała mu przydomek „Wstydliwy”. Ich zaślubiny odbyły się na zamku krakowskim około roku 1247, bowiem wtedy Bolesław był władcą księstwa krakowsko-sandomierskiego. W posagu od ojca Kinga otrzymała 40 000 grzywien srebra, co przeliczono na około 3,5 miliona złotych. Była to ogromna suma. Dzięki staraniom księżnej Kingi do Polski dotarli górnicy z Węgier, którzy odkryli złoża soli w Bochni i Wieliczce, gdzie rozpoczęli jej wydobycie. Ten cenny skarb przyczynił się do bogactwa księstwa. Fakt ten potwierdza wielkie starania księżnej Kingi o pomyślność i rozwój jej nowej ojczyzny. Księżna nauczyła się bardzo dobrze języka polskiego, by dobrze porozumiewać się z dworzanami i prostym ludem, o którego losy była zawsze szczerze zatroskana. Aby dopomóc w odbudowaniu zniszczonego przez Tatarów kraju, Kinga ofiarowała Bolesławowi część swojego posagu; Bolesław za to przywilejem z 2 marca 1252 r. oddał jej w wieczyste posiadanie ziemię sądecką. Kinga pomagała Bolesławowi w rządach nad obu księstwami (krakowskim i sandomierskim). Wskazuje na to spora liczba wystawionych przez obu małżonków dokumentów. Hojnie wspierała katedrę krakowską, klasztory benedyktyńskie, cysterskie i franciszkańskie. Ufundowała kościoły w Nowym Korczynie i w Bochni, a zapewne również w Jazowsku . Do Krakowa sprowadziła z Pragi Kanoników Regularnych od Pokuty i wystawiła im kościół Św. Marka. Do Krzyżanowic nad Nidą sprowadzono norbertanki, a w Łukowie książę Bolesław osadził templariuszy. Swojej siostrze, bł. Salomei, Bolesław pomógł wznieść w Zawichoście kościół, klasztor i szpital. Kinga w sposób istotny przyczyniła się do przeprowadzenia kanonizacji Św. Stanisława ze Szczepanowa. To ona miała wysłać do Rzymu poselstwo w tej sprawie i pokryć koszty związane z tą misją. Po śmierci męża (7 grudnia 1279 r.) postanowiła zrezygnować z władzy i oddać się wyłącznie sprawie zbawienia własnej duszy. Upatrzyła sobie klaryski jako zakon dla siebie najodpowiedniejszy. Znała go dobrze, bo już w roku 1245 przyjęła welon i habit klaryski jej ciotka, bł. Salomea. Sprawa założenia przez Kingę klasztoru klarysek w Starym Sączu komplikowała się, bo nowy władca Krakowa, Leszek Czarny, nie chciał zgodzić się na tę fundację i odkładał decyzję w obawie, aby nie utracić ziemi sądeckiej, którą Kinga chciała ofiarować klasztorowi na jego utrzymanie. Po czterech latach ostatecznie doszło do zgody. Fundacja klasztoru w Starym Sączu dla Sióstr Klarysek, które przybyły tam ze Skały, była jej najważniejszą fundacją. Kinga spędziła w tym klasztorze 12 lat, poddając się we wszystkim surowej regule, zatwierdzonej przez Urbana IV w roku 1263. Zmarła 24 lipca 1292 r. w Starym Sączu. Beatyfikacja Kingi nastąpiła dopiero za pontyfikatu papieża Aleksandra VIII w 1690 r. Kult świątobliwej księżnej trwał jednak od wieków. Sam fakt porzucenia świata i jej wstąpienia do najsurowszego zakonu żeńskiego był dowodem heroicznej świętości Kingi. Pamięć dzieł miłosierdzia chrześcijańskiego, jak również instytucji pobożnych, których była fundatorką, były bodźcem do oddawania jej kultu. Była powszechnie czczona przez okoliczny lud jako jego szczególna patronka. Do jej grobu napływali nieustannie pielgrzymi. Liczne łaski, otrzymane za jej wstawiennictwem, rozsławiały jej imię. Kanonizacji Kingi dokonał Św. Jan Paweł II w Starym Sączu dnia 16 czerwca 1999 r., podczas swojej przedostatniej pielgrzymki do Polski. W homilii powiedział, że na duchowość Kingi z pewnością duży wpływ wywarli żyjący w XIII wieku święci i błogosławieni. Zwracał się do wiernych: „Jeżeli dziś mówimy o świętości, o jej pragnieniu i zdobywaniu, to trzeba pytać, w jaki sposób tworzyć właśnie takie środowiska, które sprzyjałyby dążeniu do niej. Co zrobić, aby dom rodzinny, szkoła, zakład pracy, biuro, wioski i miasta, w końcu cały kraj stawały się mieszkaniem ludzi świętych, którzy oddziaływują dobrocią, wiernością nauce Chrystusa, świadectwem codziennego życia, sprawiając duchowy wzrost każdego człowieka? Święta Kinga i wszyscy święci i błogosławieni XIII wieku dają odpowiedź: potrzeba świadectwa. Potrzeba odwagi, aby nie stawiać pod korcem światła swej wiary. Potrzeba wreszcie, aby w sercach ludzi wierzących zagościło to pragnienie świętości, które kształtuje nie tylko prywatne życie, ale wpływa na kształt całych społeczności. (…) A gdy dziś pytamy, jak uczyć się świętości i jak ją realizować, święta Kinga zdaje się odpowiadać: trzeba troszczyć się o sprawy Pana na tym świecie. Ona daje świadectwo, że wypełnianie tego zadania polega na nieustannym staraniu o zachowanie harmonii pomiędzy wyznawaną wiarą a własnym życiem. Dzisiejszy świat potrzebuje świętości chrześcijan, którzy
w zwyczajnych warunkach życia rodzinnego i zawodowego podejmują swoje codzienne obowiązki; którzy pragnąc spełniać wolę Stwórcy i na co dzień służyć ludziom, dają odpowiedź na Jego przedwieczną miłość. Dotyczy to również takich dziedzin życia, jak polityka, działalność gospodarcza, społeczna i prawodawcza. Niech i tu nie braknie ducha służby, uczciwości, prawdy, troski o dobro wspólne nawet za cenę wielkodusznej rezygnacji ze swego, na wzór świętej Księżnej tych ziem! Niech i w tych dziedzinach nie zabraknie pragnienia świętości, którą zdobywa się przez kompetentne, służebne działanie w duchu miłości Boga i bliźniego”.
W ikonografii Święta Kinga przedstawiana jest w stroju klaryski lub księżnej, w ręku trzyma makietę klasztoru ze Starego Sącza, czasami bryłę soli z pierścieniem. Jest patronką samorządowców w całej Polsce, a także górników wydobywających sól.
Kinga jest to imię pochodzenia węgierskiego, wywodzące się od imienia Kunegunt (przeksztalcenie niemieckiego imienia Kunegunda).
Z postacią Świętej Kingi związane są liczne legendy. Wiele z nich dotyczy kopalń soli w Wieliczce i w Bochni. Jedna z nich dotyczy losu pierścienia, który Św. Kinga wrzuciła na znak przyjęcia na własność darowanej jej przez ojca kopalni w Marmarosz Sziget, a który to pierścień znalazł się w cudowny sposób w pierwszej bryle soli wykopanej w Wieliczce. Legenda ta mówi, że Św. Kinga w drodze z Wojnicza do Krakowa znużona konną jazdą prosiła o odpoczynek dla siebie i towarzyszącego jej orszaku. Na odpoczynek wybrano leśną polanę. Na niej rozbito namiot, w którym opanował ją szybki i głęboki sen. W tym czasie nastąpiły podziemne wstrząsy, dały się słyszeć dudnienia i trzaski, ludzi i zwierzęta opanował lęk. Przebudzono więc Kingę, powiadamiając ją o nadzwyczajnym zdarzeniu. Poleciła górnikom założyć odpowiednie narzędzia i dokonać wykopu szybu. Robotnicy na polecenie młodocianej królewny raźno zabrali się do pracy. W pewnym momencie łopata jednego z górników natrafiła w głębi ziemi na litą skałę. Na polecenie Kingi przy pomocy kołowrotu wyciągnięto wielką bryłę kryształowej soli. Kinga kazała tę bryłę rozbić młotami. Po rozbiciu zauważyli, że w bryle soli znajdował się pierścień Kingi, wrzucony przez nią na Węgrzech do kopalni w Marmarosz Sziget. Wtedy Kinga wraz z otoczeniem upadła na kolana i dziękowała Bogu za tak wielki dar dla Polski i za sposób, w jaki Bóg sprawił, że Polska została ubogacona solą z Węgier. Świętosławowi, górnikowi, który pierwszy natrafił na bryłę soli Kinga obiecała urząd żupnika solnego i ofiarowała mu swój pierścień wydobyty z bryły soli, aby służył niewiastom jego rodu po wszystkie czasy, podobnie jak sól będzie służyć jako drogocenne wiano mieszkańcom całej Polski.
Nad Dunajcem przez stulecia powtarzana była też opowieść o innym cudzie, jakiego dokonać miała w Pieninach żona Bolesława Wstydliwego w niespokojnych czasach mongolskich najazdów. Rzecz wydarzyć się miała w szczególnie nieszczęśliwym roku, kiedy to oprócz wspomnianej wojny, ziemię sądecką nawiedziła też wyjątkowo śnieżna i mroźna zima, jakiej nie pamiętali nawet najstarsi górale. Nadejście wiosny wcale nie oznaczało jednak końca nieszczęść. Wraz z ustąpieniem śniegów, w Pieniny przybywać zaczęli ludzie uciekający przed Tatarami. Przynosili oni straszliwe wieści o azjatyckich hordach palących wsie i porywających ludzi. Mimo grozy ubodzy górale, którym w oczy zaglądało już widmo głodu, musieli jednak zacząć siewy. Jeden z górali, stary Jędrzej, ruszył więc obsiewać swój niewielki kawałek ziemi. Gdy praca dobiegała już końca, ujrzał nagle z daleka grupę niewiast zmierzającą gdzieś w wielkim pośpiechu. Gdy podeszły bliżej, Jędrzej spostrzegł, że to mniszki prowadzone przez kobietę o dostojnych rysach. Nieznajoma pozdrowiła rolnika i wyjawiła, że prowadzi z sądeckiego klasztoru zakonnice uchodzące przed tatarskim najazdem. Po krótkim odpoczynku niewiasty ruszyły w dalszą drogę. Wtedy Jędrzej zapytał:
– Pani! Co mam mówić, gdy będą o was pytać?
– Mówcie prawdę gospodarzu – odrzekła nieznajoma. Tylko prawda Bogu miła – powiedziała i zniknęła w oddali wraz z resztą mniszek.
Jędrzej został sam, lecz nie minęło wiele czasu, a przy jego poletku pojawili się tatarscy jeźdźcy. Przewodzący im wojownik z miejsca spytał o mniszki. Poczciwy góral wiedział co grozi kobietom i z początku nie chciał zdradzić, że tędy przechodziły, lecz wtedy przypomniał sobie słowa nieznanej zakonnicy: „Mówcie prawdę”. Przyznał więc, że niewiasty przechodziły obok jego pola.
– Kiedy to było? – zapytał mongolski dowódca.
– A gdy siałem zboże – odrzekł zgodnie z prawdą Jędrzej.
Słysząc to groźny Azjata rozejrzał się, krzyknął na swoich ludzi i szybko wraz z nimi odjechał. Nie rozumiejąc co zaszło Jędrzej spojrzał na pole i bardzo się zdumiał. Oto na kawałku ziemi, którą dopiero co obsiał szumiała bujna pszenica o dorodnych kłosach. Góral wnet pojął, że szlachetna niewiasta, z którą niedawno rozmawiał musiała być świątobliwą Kingą z sądeckiego klasztoru. Uczyniony przez nią cud nie tylko uratował życie uciekających mniszek, lecz także uchronił Jędrzeja i jego rodzinę przed głodem.
Święta Kingo upraszaj u Boga wiele łask dla wszystkich Twoich imienniczek i czytelników tego listu oraz pomóż im kroczyć właściwą drogą ku świętości. Otocz opieką szczególnie Kingi, które znam osobiście, a które były, są i mam nadzieję zawsze będą dla mnie wielkim wsparciem.
Wspominałam w pierwszym liście o ks. prof. Tomislavie Ivančiciu, który przyjechał do Polski na zaproszenie Hospicjum im. Św. Jana Pawła II z Żor, aby przeprowadzić rekolekcje o leczeniu duszy według metody hagioterapii, którą sam odkrył (hagios znaczy świętość, terapia to leczenie). W książce pt.: „Niemoc chrześcijan – dlaczego?” zamieszczone są konferencje wygłoszone podczas tych rekolekcji. W pierwszym liście pisałam miedzy innymi, że autor przekonuje nas, aby wierzyć w zdrowie, a nie w chorobę. Aby powtarzać sobie, że jestem zdrowy. Powtarzać wielokrotnie – mówić, a nie myśleć. Wtedy Twój duch widzi Ciebie jako projekt, że jesteś zdrowy i wzywa Twoje ciało, Twoją psychikę do walki przeciwko chorobie. Należy powtarzać sobie: „wierzę, że będzie dobrze”. Każde nasze złe, negatywne słowo zabija nas. Każda nasza zgoda na chorobę, zniewolenie, zło stwarza to czego się boimy. Mamy się uczyć mówić zdrowe słowa. Słowa są decydujące. Nie myśl, ale słowo. Jezus mówi: „twoje słowo Cię zbawi i twoje słowo cię osądzi”. Jeśli ktoś zapyta Ciebie jak się czujesz, powiedz, że czujesz się doskonale. Twoi przyjaciele będą się z tego cieszyć, a twoi nieprzyjaciele będą smutni. Jak leczyć duchowe rany? Można rozpocząć od wiązania się sercem z Jezusem. Swoimi wewnętrznymi oczami spójrz w oczy Jezusowi i patrz jak kładzie rękę na każdą Twoją ranę, zabiera chorobę i uzdrawia Cię – to jest pierwszy sposób. Drugi sposób to zbierasz wszystkie swoje rany, obawy, lęki i tworzysz taki worek duchowy. Wszystko to złożysz do tego duchowego worka, dobrze go zawiążesz, aby choroby nie mogły wyjść na zewnątrz i wtedy przekażesz go w Jezusowe ręce, głęboko Mu się pokłonisz i powiesz Mu: „dziękuję, teraz będę zdrowy”. Wtedy zdarzy się to, co działo się kiedy Jezus chodził po ziemi i uzdrawiał. Spróbujemy? Oto co proponuje ksiądz Tomislav: usiądź teraz wygodnie, zrelaksuj się, odpręż. Przypomnij sobie co w Twojej przeszłości Cię męczyło, wszystko zło którego doświadczyłeś. W sposób duchowy wszystko to weź i włóż do tego worka: swoje grzechy, wszystkie rany i blizny po tych grzechach, kryzysy, strach, straty, choroby, niewiarę, wątpliwości, rodzinne tragedie. Na końcu wszystko to dobrze zwiąż i przekaż Jezusowi w jego ręce i obserwuj, co się dzieje w Tobie . Wszystkie te swoje negatywne rzeczy, które związałeś w worku przekazałeś Jezusowi, aby przybił je do krzyża. Jezus teraz martwi się o twoje choroby, Jezus wszystko to naprawi. A teraz drugi sposób do wypróbowania – zbliż się do Jezusa w modlitwie jak do przyjaciela. Idziesz przy Jezusie, przed Jezusem od momentu swojego poczęcia i tylko patrzysz jak Jezus idzie i leczy. Ewangelia mówi, że wystarczyło, aby jego cień padł na człowieka, aby został uzdrowiony. Wystarczyło, że Jezus położył na kogoś ręce i został uzdrowiony, albo z daleka powiedział: „bądź zdrów” i zostawał uzdrowiony. A teraz Ty, tak po prostu patrz na Jezusa jak przechodzi przez Twoją przeszłość. Pozwól, aby Twoje choroby uleczyła Jego obecność, pokaż mu swoje rany, na które chcesz, aby Jezus położył swoje ręce, abyś był zdrowy. Następnym lekiem dla duszy duchowej jest wiara, że po prostu powiemy Jezusowi że mu wierzymy, tak jak w Ewangelii wierzyli. „Wierzę, że będzie dobrze, Jezu wierzę Ci, że ze mną będzie dobrze”. Trzeba to wypowiedzieć językiem, a nie myślami, musisz to w sobie cicho mówić: „Jezu wierzę Ci, będzie dobrze”. Słowa są tutaj decydujące. Podczas tych rekolekcji ksiądz Tomislav opowiedział swoje doświadczenie, gdy 48 lat temu zdiagnozowano u niego raka trzustki i dawano mu dwa miesiące życia. Opowiedział, że gdy już nie miał żadnej nadziei, wziął Ewangelię Św. Marka i przeczytał: „Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto je straci z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je”(Mk 8, 35). Rozmyślając o tym tekście mówił: „Panie Boże oddaję ci moje życie. Jestem gotów umrzeć”. Czekał wiele miesięcy, a śmierć nie przyszła i wtedy zrozumiał, że traci się swoje źle planowane życie, a przyjmuje to nowe życie, które daje Bóg. Ksiądz profesor stwierdził, że zmarł w nim ten stary, grzeszny, niewierny człowiek. Miał w sobie wtedy tyle zaufania, tyle wiary w Jezusa, że mówił do Niego: „niech umrę, Ty wiesz, że będzie dobrze”. Do tej pory wierzy, że wiara przyniosła mu zdrowie. Razem z nim życzę wszystkim czytelnikom tego listu, aby Wasza wiara przyczyniła się do tego, abyście się narodzili na nowo. Gdy powiecie sobie: „Jestem gotów być wspaniałym, świętym człowiekiem” wstąpi w Was lekkość, a ustąpi niewiara i zło. Panie Jezu pomóż wszystkim czytającym ten list wziąć te słowa do siebie, aby wprowadzili je w czyn, do swojego życia.
Ela
Zostaw Komentarz