List do Jezusa – Św. Mateusz (41)

with Brak komentarzy

Panie Jezu,                                                                                                                                                     Stróża, 17.08.2018r

Wróciłam wczoraj od mojej mamy, gdzie przebywałam z rodziną kilka dni. Tym razem spędzałam czas mniej aktywnie, ze względu na moje kolano, którego nie mogę jeszcze nadwyrężać. Mogłam za to spokojnie poczytać sobie różne książki w cieniu ogromnego jesionu, który rośnie przy moim rodzinnym domu oraz porozmawiać dłużej z moją siostrą Anią, która przyjechała do mamy z Wrocławia. Jedna z książek szczególnie mi się spodobała, więc na pewno podzielę się jej treścią z czytelnikami w kolejnych listach, bo jeszcze nie skończyłam jej czytać. Wspomnę jednak już dzisiaj  co poruszyło mnie w  pierwszych rozdziałach. Otóż książka nosi tytuł „Rozpal wiarę, a będą działy się cuda”. Autor Marcin Zieliński , absolwent warszawskiej AWF, charyzmatyk i ewangelizator opowiada jak to wszystko zaczęło się w jego życiu. Będąc na nocnym czuwaniu z okazji wigilii Zesłania Ducha Świętego usłyszał zdanie, które zapamięta do końca życia. Ksiądz mówił: „Możesz chodzić do kościoła całe życie, odmawiać piękne modlitwy, a nigdy tak naprawdę nie spotkać Jezusa, nigdy nie doświadczyć Jego miłości”. Po tych słowach ksiądz zachęcił, aby oddać swoje życie Jezusowi. Marcin pomodlił się, jak twierdzi sam, pierwszy raz w życiu z głębi serca i powiedział: „Jeżeli to co opowiada ten ksiądz jest prawdą oddaję Ci zupełnie wszystko, tylko pokaż mi, że jesteś”. Na końcu czuwania ksiądz błogosławił wszystkim Najświętszym Sakramentem idąc wzdłuż kościoła i nieoczekiwanie uklęknął przy Marcinie i powiedział zdanie, które zmieniło całe jego życie: „Marcin, Jezus Cię kocha”. Czytając tak sobie dalej, gdy autor opisywał, w jak różny sposób Bóg może do nas przemawiać, pomyślałam, że też chciałabym, aby do mnie przemówił. Jeszcze tego samego dnia, gdy wróciłam do domu i włączyłam mojego laptopa przeczytałam: Ela, twoje świadectwo i to co robisz jest piękne. Kontynuuj to. Proszę!”. Był to pierwszy od ponad pół roku komentarz do moich  listów, które zamieszczam na stronie internetowej: „Listy do Jezusa. Z Jezusem jest nam po drodze”. Był to pierwszy komentarz anonimowy, bo od znajomych, którym wysyłam listy osobiście, odpowiedzi dostaję dosyć często. Okazało się, że jeszcze czekają na mnie dwa inne komentarze, czyli w sumie trzy odczytałam jednego dnia. Poczułam, że właśnie Bóg przemówił do mnie przez te osoby.

Dzisiaj wybrałam patrona mojego chrześniaka Mateusza. Jestem mamą chrzestną czwórki dzieci. O Martynce i Emilce już pisałam, teraz pora na chłopaków – najpierw Mateusza, a następnym razem Tymoteusza. Mateusz jest synem mojego brata Alka, ma trzynaście lat i niedługo rozpocznie naukę w  siódmej klasie. Jest wszechstronnie uzdolnionym uczniem, ale największe sukcesy osiąga w matematyce. Błogosław  Panie Jezu w codziennym życiu mojemu chrześniakowi, a także wszystkim czytelnikom – szczególnie Mateuszom.

 

Św. Mateusz nazywany był najpierw przez ewangelistów Marka i Łukasza – „Lewi, syn Alfeusza”. Prawdopodobnie Chrystus powołując Lewiego nadał mu imię Mateusz. Imię to nie należy do często spotykanych w Piśmie świętym. Mateusz był Galilejczykiem. Jego pracą było pobieranie ceł i podatków w Kafarnaum, jednym z większych handlowych miasteczek nad jeziorem Genezaret. Pobierał tam opłaty za przejazdy przez jezioro i przewóz towarów. W Palestynie pogardzano celnikami właśnie z tego powodu, że ściągali opłaty na rzecz Rzymian. Ich pracę rozumiano jako wysługiwanie się okupantom. Celnicy słynęli również z żądzy zysku, nieuczciwie czerpali korzyści z zajmowanego stanowiska. Uważano ich za grzeszników i pogan. Przebywający wśród celników stawał się nieczysty i musiał poddawać się przepisowym obmyciom. Z tego środowiska wywodził się Mateusz. Wydaje się, że był nawet kierownikiem i naczelnikiem celników w Galilei. Chociaż celnicy tak często są w Ewangelii nazywani grzesznikami, to jednak Pan Jezus odnosił się do nich życzliwie: odwiedzał ich, nawet z nimi jadał, jednego z nich uczynił bohaterem przypowieści. Nie zachęcał jednak do łupienia innych. Jego delikatność i miłosierdzie raczej pobudzały celników do umiaru i nawrócenia. Kiedy Żydzi postawili zarzut: „Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?” – Chrystus wypowiedział znamienne słowa: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają… Bo nie przyszedłem powoływać sprawiedliwych, ale grzeszników”. Słowa te przekazał w swojej Ewangelii właśnie Św. Mateusz (Mt 9, 12-13). O młodzieńczym życiu Mateusza nie wiemy nic. Spotykamy się z nim po raz pierwszy dopiero w Kafarnaum, kiedy Chrystus zastał go w komorze celnej i powołał na swojego Apostoła. To wezwanie odbyło się po cudownym uzdrowieniu paralityka, którego spuszczono przez otwór zrobiony w suficie mieszkania. O tym cudzie musiał dowiedzieć się i Mateusz, gdyż natychmiast rozniosły go setki ust. Na wezwanie Chrystusa zostawił wszystko i poszedł za Nim. Nawrócony, zaprosił do swego domu Jezusa, Jego uczniów i swoich przyjaciół: celników i współpracowników. W czasie uczty faryzeusze zarzucili Chrystusowi, że nie przestrzega Prawa. Ten jednak wstawił się za swoimi współbiesiadnikami. Odtąd Mateusz pozostał już w gronie Dwunastu Apostołów. Po Wniebowstąpieniu Chrystusa Mateusz przez jakiś czas pozostał w Palestynie. Apostołował wśród nawróconych z judaizmu. Dla nich też przeznaczył napisaną przez siebie księgę Ewangelii. Napisał ją między 50 a 60 rokiem, najprawdopodobniej ok. 55 r. Starał się w niej wykazać, że to właśnie Chrystus jest wyczekiwanym od dawna Mesjaszem, że na Nim potwierdziły się proroctwa i zapowiedzi Starego Testamentu. Pierwotnie Ewangelia według Św. Mateusza była napisana w języku hebrajskim lub aramejskim; nie wiadomo, kto i kiedy przetłumaczył ją na język grecki. Nie zachowały się żadne ślady oryginału, tylko grecki przekład. Napisał ją dla Żydów, aby poznali naukę Chrystusa.  Mateusz przekazał wiele szczegółów z życia i nauki Jezusa, których nie znajdziemy w innych Ewangeliach. Mateusz udał się później między pogan. Ojcowie Kościoła nie są zgodni dokąd. Wyliczają Etiopię, Pont, Persję, Syrię i Macedonię. Najbardziej prawdopodobna jest jednak Etiopia. Jego relikwie od X w. znajdują się w Salerno w pobliżu Neapolu, we Włoszech. Miejsce to nie stało się jednak powszechnie znanym sanktuarium. Św. Mateusz uznawany jest za męczennika.  W ikonografii  przedstawiany bywa w tradycyjnej białej sukni apostolskiej i w tunice, czasem w postawie siedzącej, kiedy pisze, a przy nim stoi anioł, przekazujący natchnienie. Jego głównymi atrybutami są: księga i pióro, miecz lub halabarda. Św. Mateusz jest patronem celników, poborców, komorników, księgowych, urzędników finansowych, bankowców.  Kościół wspomina go 21 września.

 

Św. Mateusz  Correa Megallanes urodził się 23 lipca 1866 r. w Tepechitlán, w Meksyku. Pochodził z ubogiej rodziny.  Miał cztery siostry. Był zdolnym dzieckiem i dzięki temu jako piętnastolatek przyjęty został do niższego seminarium – gimnazjum  w  Zacatecas, jednym z centrów wydobycia srebra. Nie musiał płacić czesnego, ale w zamian pomagał jako woźny w budynku uczelni. Po pewnym czasie uzyskał stypendium, pokój w domu akademickim i mógł podjąć studia teologiczne w wyższym seminarium duchownym. W Zacatecas też, zapewne w katedrze p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny  20 sierpnia 1893 r., przyjął święcenia kapłańskie, po których został skierowany do posługi na terenie archidiecezji Durango. Jako wikariusz często zmieniał parafie. Niestety doścignęła go rewolucja meksykańska, u podłoża mająca rzeczywiste nierówności społeczne Meksyku – co m.in. sprawiło, że doprowadzono do parcelacji ziemi  i  z  czasem zniknięcia wielkich posiadłości tzw. hacjend. Meksyk pogrążył się w terroryzującym kraj chaosie. Charakteryzowała go również coraz bardziej zaostrzająca się polityka antykościelna. Mnożyły się ataki na klasztory, dewastowano i rabowano kościoły. W 1917 r. powstała jawnie antykatolicka, nowa konstytucja. Księżom zabroniono publicznych nabożeństw, konfiskowano posiadane przez kościoły nieruchomości, upaństwowiono katolickie szkoły, zakazano nowych święceń, księży pozbawiono prawa wyborczego, zabroniono nosić sutann i komentować sytuację polityczną. Zakazano im sprawowania nabożeństw w małych wioskach, nakazując przeniesienie do  miast. Zakazano używania konfesjonałów, przebywania świeckich na plebaniach. Wówczas Mateusz schronił się w dużym mieście León. Po pew­nym czasie, gdy sytuacja się czasowo uspokoiła powrócił  do rodzinnych diecezji i potajemnie posługiwał w kilku wiejskich parafiach. W 1923 r. powrócił do Colotlán, gdzie oprócz posługi duszpasterskiej pełnił także funkcję rektora filli seminarium duchownego diecezji Durango. Niebawem kolejne niepokoje wstrząsnęły Meksykiem. Nowy, wybrany w 1924 r., prezydent, Franciszek Plutarch – mason, wielbiciel Lenina i Trockiego, który sam o sobie miał mówić, że jest „osobistym wrogiem Boga” i „antychrystem”, zapowiedział otwarcie, że chce zniszczyć Kościół katolicki. Swą „misję” rozpoczął od prowokowania katolików, a kończył ich rzezią. W 1926 r. jego lewacki  i masoński rząd, wspierany przez rosyjski reżim komunistyczny  wydał dekret nakazujący księżom opuszczenie parafii wiejskich i przeniesienie do miast. Budynki kościelne miały przejść na własność państwa. Rząd wydalił ok. 200 zagranicznych księży posługujących w Meksyku. Zamknął religijne instytucje, konwenty, klasztory, szkoły i domy opieki prowadzone przez Kościół. Zamknął przyszpitalne kaplice. Ponad dwóm tysiącom księży zabroniono wykonywania posługi duszpasterskiej. Organizowano specjalne stowarzyszenia antykościelne, które, dysponując zasobami wielu zrabo­wanych drukarni, szerzyły pisma demoralizujące i antyreligijne. Masońska polityka spowodowała reakcję – początkowo o charakterze pokojowym. Biskupi, nie chcąc stać się niewolnikami państwa, po konsultacji z papieżem Piusem XI, ogłosili, że od 1 sierpnia 1926 r. wszystkie kościoły w Meksyku zostaną zamknięte. Msze św. odprawiane miały być tylko w prywatnych domach. Ale wkrótce pokojowy protest zmienił charakter. 3 sierpnia 1926 r. ok. 400  osób zabarykadowało  się w kościele p.w. Matki Bożej z Guadalupe w Guadalajarze. Federalne wojska rządowe otworzyły ogień. Zginęło 18 osób, a  40  zostało rannych. Wówczas ogłoszono powstanie. Naprzeciw wojskom rządowym, uzbrojonym w strzelby i karabiny, stanęli meksykańscy wieśniacy –  w znacznej większości katolicy, uzbrojeni w kamienie i widły. Zawołaniem powstańców stał się okrzyk „Viva Cristo Rey! Viva la  Virgen de  Guada­lupe!” („Niech żyje Chrystus Król, niech żyje Niepokalana  Matka Boża z Guadalupe!”). Rozpoczęło się tzw. powstanie Cristeros. Na początku 1926 r.  Mateusz został proboszczem w Valparaiso, gdzie niegdyś był wikariuszem. 2 marca 1926 r. pojawił się tam wyższy wojskowy, podejrzewany później o  popełnienie wielu zbrodni – niejaki gen. Eulogio  Ortiz  zwany „El Cruel”  ( „Okrutnik”). Przechwycił napisany przez  lokalnych młodych działaczy  Akcji Katolickiej manifest protestujący przeciwko wprowadzanemu dekretowi. Ortiz nakazał aresztowanie młodych ludzi i sprowadził pod strażą obu kapłanów (odchodzącego proboszcza J. Rudol­fa  i nowego –  Mateusza). Przedłożył im manifest i zażądał, aby obaj księża pojawili się w Zacatecas na rozprawie. Udali się tam pieszo. Dotarli po dziewięciu dniach. Tam, niespodziewanie dla Ortiza, sędzia, nie mogąc dostrzec żadnego przewinienia, zwolnił ich. Zwolnił także młodych działaczy katolickich. „El Cruel” nie zapomniał upokorzenia. Gdy więc Mateusz wrócił do Valparaiso zaczął otrzymywać groźby, włącznie z groźbami śmierci. Musiał opuścić plebanię, ale parafii nie opuścił. Przygarnęli go parafianie i znalazł przytułek w prywatnych mieszkaniach. Mimo ustawicznego nękania dalej prowadził tajną posługę, ewangelizując głównie wśród ludzi ubogich. Kolejny raz zatrzymany został  30 stycznia 1927 r. przez  oddział federalnego wojska, gdy  udawał  się z  Najświętszym Sakramentem i z posługą sakramentu namaszczenia. Został rozpoznany i zdradzony przez jednego z parafian. Udał się tam wraz z Józefem Marią Mirandą. Po drodze zostali zatrzymani. Pod zarzutem udziału w powstaniu Cristeros, obu zawieziono do więzienia w Zacatecas, a po dwóch dniach pociągiem do więzienia w Durango. Tam 5 lutego 1927 r. komendant „El Cruel” Ortiz poprosił go o wysłuchanie spowiedzi kilku  skazanych na karę śmierci partyzantów ruchu  Cristeros. Mateusz zgodził się, po czym generał Ortiz zażądał od niego wyjawienia informacji, które usłyszał w czasie udzielania sakramentu pokuty skazańcom. Mateusz odmówił. Wówczas gen. Ortiz wyciągnął pistolet i skierował go w głowę kapłana. Mateusz pozostał niewzruszony. Miał spokojnie powiedzieć: „Tak, możesz strzelić. Ale nie zapominaj, że ksiądz nie może wyjawić tajemnicy spowiedzi. Jestem gotów na śmierć”. Mateusz nakłonił żołnierzy do uwolnienia jego towarzysza. O świcie następnego dnia, 6 lutego 1927 r., z rozkazu gen. Ortiza został wyprowadzony z więzienia i popędzony w stronę znajdującego się za miasteczkiem cmentarza. Tam, przed jego murem, został rozstrzelany. Ciało Mateusza porzucono na  polu, wśród wysokich traw. Trzy dni później zostało odnalezione przez wracającego do domu Józefa. Było w stanie nienaruszonym, mimo iż w Meksyku panuje  tropikalny klimat.  Józef Maria powiadomił o fakcie odnalezienia władze administracyjne. Gdy na miejscu pojawili się okoliczni mieszkańcy, sprowadzeni żołdacy zdołali już zwłoki pochować w świeżym grobie, kilka metrów od miejsca porzucenia. Tylko zakrwawiony kapelusz kapłański zdradzał miejsce pochówku. Rok później,  szczątki Mateusza zostały przeniesione do katedry w Durango. Powstanie Cristeros, w którym wzięły udział dziesiątki tysięcy katolików, w tym ok. 25 tysięcy kobiet, zakończyło się w 1929 r., po porozumieniu zawartym przez biskupów z rządem. Powstańcy poddali się, ale rząd nie  okazał miłosierdzia – wojsko wymordowało ponad 5 tys.  powstańców. Kościoły otwarto, ale  w  1932 r. tam, gdzie  uprzednio posługiwało 4,5 tys. kapłanów, pozostało ich tylko 334. Księdza Mateusza Correa Megallanesa kanonizował Św. Jan Paweł II – 21 maja 2000 roku. Kościół wspomina go 6 lutego, a jego atrybutem jest palma męczeńska.

Mateusz jest to imię pochodzenia hebrajskiego, od słowa Mattania (dar Jahwe, dar Boży).

Ponieważ tym razem wspomniałam o Meksyku i walce za wiarę, w której powstańcy wołali: „Niech żyje Chrystus Król, niech żyje Niepokalana  Matka Boża z Guadalupe!”- aż się prosi, abym dzisiaj przybliżyła moim czytelnikom historię objawień Maryjnych z tego kraju. Jak głosi tradycja, 12 grudnia 1531 roku, Matka Boża ukazała się Indianinowi Św. Juanowi Diego. Mówiła w jego ojczystym języku nahuatl. Ubrana była we wspaniały strój: w różową tunikę i błękitny płaszcz, opasana czarną wstęgą, co dla Azteków oznaczało, że była brzemienna. Zwróciła się ona do Juana Diego: „Drogi synku, kocham cię. Jestem Maryja, zawsze Dziewica, Matka Prawdziwego Boga, który daje i zachowuje życie. On jest Stwórcą wszechrzeczy, jest wszechobecny. Jest Panem nieba i ziemi. Chcę mieć świątynię w miejscu, w którym okażę współczucie twemu ludowi i wszystkim ludziom, którzy szczerze proszą mnie o pomoc w swojej pracy i w swoich smutkach. Tutaj zobaczę ich łzy. Ale uspokoję ich i pocieszę. Idź teraz i powiedz biskupowi o wszystkim, co tu widziałeś i słyszałeś”. Początkowo biskup Meksyku nie dał wiary Juanowi, dlatego poprosił on Maryję o jakiś znak, którym mógłby przekonać biskupa. W czasie kolejnego spotkania Maryja kazała Indianinowi wejść na szczyt wzgórza. Rosły tam przepiękne kwiaty. Madonna poleciła Juanowi nazbierać całe ich naręcze i schować je do tilmy (był to rodzaj indiańskiego płaszcza). Juan szybko spełnił to polecenie, a Maryja sama starannie poukładała zebrane kwiaty. Juan natychmiast udał się do biskupa i w jego obecności rozwiązał rogi swojego płaszcza. Na podłogę wysypały się kastylijskie róże, a biskup i wszyscy obecni uklękli w zachwycie. Na rozwiniętym płaszczu zobaczyli przepiękny wizerunek Maryi z zamyśloną twarzą o ciemnej karnacji, ubraną w czerwoną szatę, spiętą pod szyją małą spinką w kształcie krzyża. Jej głowę przykrywał błękitny płaszcz ze złotą lamówką i gwiazdami, spod którego widać było starannie zaczesane włosy. Maryja miała złożone ręce, a pod stopami półksiężyc oraz głowę serafina. Za Jej postacią widoczna była owalna tarcza promieni. Właśnie ów płaszcz Św. Juana Diego, wiszący do dziś w sanktuarium wybudowanym w miejscu objawień, jest słynnym wizerunkiem Matki Bożej z Guadalupe. Na obrazie nie ma znanych barwników ani śladów pędzla. Na materiale nie znać upływu czasu, kolory nie wypłowiały, nie ma na nim śladów po przypadkowym oblaniu żrącym kwasem. Oczy Matki Bożej posiadają nadzwyczajną głębię. W źrenicy Madonny dostrzeżono niezwykle precyzyjny obraz dwunastu postaci. Największym cudem Maryi była pokojowa chrystianizacja meksykańskich Indian. Pierwsze nawrócenia Azteków nastąpiły około 1524 roku. Ochrzczeni stanowili jednak bardzo małą i nieliczącą się grupę. Do czasu inwazji konkwistadorów Aztekowie oddawali cześć Słońcu i różnym bóstwom, pośród nich Quetzalcoatlowi w postaci pierzastego węża. Wierzyli, że trzeba ich karmić krwią i sercami ludzkich ofiar. Według relacji Maryja miała poprosić Juana Diego w jego ojczystym języku nahuatl, aby nazwać Jej wizerunek „święta Maryja z Guadalupe”. Przypuszcza się, że „Guadalupe” jest przekręconym przez Hiszpanów słowem „Coatlallope”, które w języku Indian  znaczy „Ta, która depcze głowę węża”. Gdy rozeszła się wieść o objawieniach, o niezwykłym obrazie i o tym, że Matka Boża zdeptała głowę węża, Indianie zrozumieli, że pokonała Ona straszliwego boga Quetzalcoatla. Pokorna młoda Niewiasta przynosi w swoim łonie Boga, który stał się człowiekiem, Zbawicielem całego świata. Pod wpływem objawień oraz wymowy obrazu Aztekowie masowo zaczęli przyjmować chrześcijaństwo.  W ciągu zaledwie sześciu lat po objawieniach aż osiem milionów Indian przyjęło chrzest. Dało to początek ewangelizacji całej Ameryki Łacińskiej. Dzięki misjonarzom Indianie zrozumieli lepiej, że Maryja jest tą Matką, z której narodziła się nowa światłość, słońce nowej ery i dla nich nastał czas nowego życia w blasku prawd wiary chrześcijańskiej.  Dzięki pracy ewangelizacyjnej misjonarzy Indianie utwierdzili się w przekonaniu, że rozwijające się nowe życie pod sercem matki jest nieocenionym darem Bożym i jako takie jest święte. Maryja stała się Obrończynią życia i Patronką życia poczętego już w XVI w. 24 stycznia 1999r podczas pielgrzymki do Meksyku papież Św. Jan Paweł II  zawierzył Maryi sprawę życia poczętego, mówiąc: „Pod Jej macierzyńską opiekę oddaję (…) życie i niewinność dzieci, zwłaszcza tych, którym zagraża niebezpieczeństwo śmierci, zanim się urodzą. Jej miłościwej trosce zawierzam sprawę życia i niech żaden Meksykanin nie waży się podnosić ręki na cenny i święty dar życia ukrytego w łonie matki!” Przesłanie Matki Bożej z Guadalupe  jest także apelem nieba skierowanym do wszystkich narodów na całym świecie. Wiosną 2007 roku podczas Mszy św. w intencji dzieci zabijanych przed narodzeniem, z obrazu Matki Bożej z Guadalupe  wydobyło się światło, które  na oczach tysięcy wiernych utworzyło kształt ludzkiego embrionu, podobny do obrazu widzianego podczas badania USG.

Wizerunek Matki Bożej z Guadalupe znajduje się w wielu polskich kościołach. Wizerunek ten mam także w swoim domu, dostałam go w prezencie kilka lat temu od siostry Majki, która przywiozła mi go właśnie z samego Meksyku. Myślę, że słowa pełne miłości i pocieszenia, które Maryja wypowiedziała do Indianina Juana Diego, kieruje też do nas obecnie. Chce zapewnić każdego z nas, właśnie teraz, o swojej miłości i opiece nawet podczas najtrudniejszych dla nas chwil. Pomodliłam się dzisiaj przed jej wizerunkiem w moim domu za wszystkich, którzy przeczytają ten list, aby odczuli Jej matczyną opiekę. Kończąc ten list zachęcam wszystkich do głośnego wypowiedzenia słów, które mieli na ustach umierający za wiarę meksykańscy powstańcy, prawie sto lat temu: „Niech żyje Chrystus Król, niech żyje Niepokalana  Matka Boża z Guadalupe!”

                                                                                                                                                               Ela

Zostaw Komentarz