List do Jezusa – Św. Ojciec Pio (38)

with Brak komentarzy

Panie Jezu,                                                                                                                                                   Stróża, 28.07.2018

Udało mi się przeczytać ostatnio piękną książkę, którą kupiłam już rok temu. Jej tytuł brzmi: „Miłosierdzie w życiu Ojca Pio”, a jej autorem jest włoski dziennikarz i watykanista Stefano Campanella. Lektura książki pozwoliła mi trochę szerzej poznać tego włoskiego Świętego. Kiedy pierwszy raz  zwróciłam uwagę na jego  postać? Otóż osiem lat temu, gdy moja mama uległa poważnemu zatruciu siarkowodorem i karetka zawoziła ją nieprzytomną do szpitala, moja siostra Jasia jechała za karetką i podwiozła pod szpital pewną panią, która wdzięczna za podwiezienie dała jej obrazek z wizerunkiem Św. Ojca Pio i powiedziała, żeby się nie martwiła o mamę, bo ten święty jej zawsze pomaga w potrzebie. Lekarze stwierdzili, że miała dużo szczęścia, że przeżyła i nie miała większych powikłań, bo nawet niewiadomo było jak długo była nieprzytomna. Z kolei dwa i pół roku temu siostra Majka dała mi obrazki z sentencjami świętych, abym wylosowałam jeden dla siebie. Były to  słowa Św. Ojca Pio: „Nie upadajcie na duchu w obliczu prób, jakim poddaje was Boża miłość”. Długo myślałam nad znaczeniem tych słów, a ten obrazek  nosiłam w portfelu. Niedługo potem zdiagnozowano u mnie nowotwór. Może to miała być ta próba? Bardzo blisko mojego centrum onkologicznego,  w którym się leczę jest kościół i klasztor Kapucynów, do zakonu którego należał  Św. Ojciec Pio. Dzisiejszy list poświęcę w całości na przybliżenie Wam drodzy czytelnicy jego postaci. Zanim jednak poznacie  jego życie to jeszcze krótko zaznajomię Was z historią zakonu. Kapucyni (pełna nazwa: Zakon Braci Mniejszych Kapucynów) należą do rodziny zakonów franciszkańskich, czyli takich, które za swojego założyciela uważają Św. Franciszka z Asyżu. Wyodrębnili się w XVI wieku. Wówczas bowiem doszło w ramach tzw. I Zakonu Św. Franciszka (czyli wspólnot męskich) do podziału na trzy gałęzie: Braci Mniejszych Konwentualnych, Braci Mniejszych (obserwantów) i Braci Mniejszych Kapucynów. Sama nazwa kapucyni pochodzi od włoskiego słowa cappucini  i oznacza „kapturowcy”. Została nadana zgromadzeniu ze względu na charakterystyczne habity mnichów, które miały duże kaptury. W pierwszej fazie rozwoju zakonu, bracia prowadzili życie pustelnicze. Nie podejmowali wtedy żadnych działań duszpasterskich. Ale pewnego dnia we Włoszech wybuchła śmiertelna zaraza. Bracia, posłuszni Ewangelii, opuścili swoje pustelnie i zaczęli z narażeniem życia opiekować się zarażonymi. Tu rozpoczął się kształtować nowy rys duchowości kapucyńskiej – apostolat wśród wszystkich ludzi, szczególnie zaś wśród najuboższych i najbardziej potrzebujących. Na świecie zakon kapucynów liczy ponad 11 000 braci i działa w 93 państwach. Do Polski bracia zostali sprowadzeni przez króla Jana III Sobieskiego w 1681 r.

 

Św. Ojciec Pio – urodził się 25 maja 1887 roku w Petrelcinie jako Francesco Forgione. Na chrzcie dano mu na imię Franciszek. Po latach przyznał, że już w wieku 5 lat podjął decyzję, by swoje życie poświęcić Bogu. Lata młodości, nauki, nowicjatu i przygotowania do kapłaństwa słynnego mistyka naznaczone były problemami zdrowotnymi oraz otrzymywaniem nadprzyrodzonych znaków. Miał zaledwie 18 lat i uczęszczał na kurs filozofii, kiedy choroba powodująca osłabienie i problemy żołądkowe, „gorączkę i ostre bóle” sprawiła, że lekarze zalecili mu w ramach kuracji powrót w rodzinne strony. Pierwsza zachowana opinia lekarska stwierdza: „Zmniejszona wentylacja u podstawy płuca prawego. Nieregularność na szczycie płuca lewego. Suchy, męczący kaszel, nocne poty i stała, niewysoka gorączka.” Nie mógł więc zdać egzaminów kończących naukę filozofii i dopuszczających do studiów teologicznych, mimo to został przyjęty na pierwszy rok teologii. Przez kilka lat choroba tak dawała mu się we znaki, że co roku musiał wracać do domu, nie mogąc przystępować w terminie do egzaminów. Ciągłe cierpienia i poczucie zbliżającej się śmierci zmotywowały go, by starać się o uzyskanie dyspensy przez Stolicę Apostolską, która pozwoliłaby przyspieszyć świecenia o kilka miesięcy w stosunku do obowiązującego wieku kanonicznego, ze względu na stan zdrowia. Jego wielkim marzeniem było umrzeć, kiedy już zostanie kapłanem. Udało się przyspieszyć święcenia, ale początkowo nie dostał pozwolenia na udzielania spowiedzi – nie tylko ze względu na zły stan zdrowia, ale z braku „potrzebnej wiedzy z teologii moralnej”, gdyż przez utrzymująca się chorobę nie odbył regularnych studiów. Udało mu się jednak uzyskać to pozwolenie i z czasem „posługa spowiednika stała się największym tytułem chwały i cechą charakterystyczną młodego kapucyńskiego księdza”. Uważał, że tym samym „Boże miłosierdzie” pokonało diabelski plan, który miał mu przeszkodzić w jednaniu ludzi z Bogiem. Szatanowi ponownie udało się zatrzymać Ojca Pio z dala od konfesjonału dwadzieścia lat później 1931r., kiedy seria oszczerstw pozornie wiarygodnych, skłoniła Święte Oficjum do pozbawienia go „wszelkiej władzy związanej z posługą kapłańską za wyjątkiem sprawowania Mszy Św., ale tylko prywatnie w klasztornej kaplicy”. Jednak i wtedy diabelski plan nie miał długotrwałych skutków. Dnia 14 lipca 1933r. odizolowany kapucyn otrzymał pozwolenie na sprawowanie Mszy Św. w przyklasztornym kościele oraz na „słuchanie spowiedzi współbraci na terenie klasztoru”. Osiem miesięcy później mógł powrócić do spowiadania mężczyzn, a po kolejnych dwóch również kobiet. Wiele źródeł podaje, że oprócz cierpień ciała, doznawał też wielu cierpień ducha, kiedy był atakowany przez diabła, przybierającego różne postacie. Ojciec Pio mówił o sobie: „Zrobię więcej hałasu po śmierci, niż za życia”. Kiedy wypowiadał te słowa na pewno nie myślał tylko o prześladowaniu i oszczerstwach, które nie ustały ani wraz z końcem jego ziemskiej drogi, ani wraz z oficjalnym uznaniem jego świętości przez Kościół. Przy szklanej trumnie, chroniącej jego dobrze zachowane ciało, co roku klęka ok. siedem milionów ludzi. Osoby te modlą się, przystępują do sakramentu pokuty, uczestniczą we Mszy Św. i przyjmują Komunię Św.

 Pan Bóg obdarzył Ojca Pio wieloma charyzmatami, potwierdzonymi licznymi świadectwami. Ich rolą była głównie pomoc świętemu Kapucynowi w misji szerzenia Bożego miłosierdzia. Oprócz stygmatów i licznych cudów, przypisywanych jego wstawiennictwu, został obdarzony też innymi darami. Wymienię tu tylko kilka z nich jak np. ksenoglosja, czyli mówienie lub pisanie w nieznanym języku; przenikanie serc czyli nadprzyrodzona znajomość sekretów serc;  świetlistość – czyli wydzielanie lub odbijanie światła przez ciało ludzkie; bilokacja, czyli obecność jakiejś osoby w dwóch różnych miejscach w tym samym momencie; osmogeneza, czyli wydzielanie zapachu o wyjątkowej intensywności. Ten szczególny, głównie kwiatowy zapach czuło wielu ludzi zarówno kiedy żył, jak i po jego śmierci. Z innych charyzmatów  wymienię jeszcze wizje, czyli objawienia prywatne będące przesłaniami, jakich Bóg udziela sercu człowieka, dając mu dostrzec rzeczy z natury niewidoczne dla ludzi; ekstazy – czyli wyjście osoby ludzkiej, ciała i duszy z własnych granic oraz jasnowidzenie czyli zdolność między innymi przewidywania przyszłego rozwoju spraw.

W tym roku obchodzona jest setna rocznica naznaczenia Go stygmatami. Miało to miejsce 20 września 1918 roku w prezbiterium starego klasztornego kościoła w San Giovanni Rotondo. Oto jak sam relacjonował to w liście miesiąc później: „Rano, 20-ego zeszłego miesiąca, na chórze, po odprawieniu Mszy Św. ogarnął mnie stan podobny do słodkiego snu. Wszystkie zewnętrzne i wewnętrzne zmysły, a także same władze duszy znalazły się w nie do opisania spokoju. Zapanowała całkowita cisza. Nagle zostałem napełniony wielkim pokojem, wolą zdania się na zupełne pozbawienie wszystkiego i uśpienie w tej katastrofie. Wszystko zdarzyło się błyskawicznie. Podczas gdy się to odbywało, zobaczyłem przed sobą tajemniczą osobistość podobną do tej, którą widziałem wieczorem piątego sierpnia. Jedyną różnicą było to, że jej ręce, stopy i bok ociekały krwią. Ten widok przeraził mnie – nie umiem wyrazić tego, co wówczas odczułem. Czułem, że umieram i umarłbym z pewnością, gdyby Pan nie wkroczył i nie podtrzymał mego serca, które , czułem to, wyrywało się z piersi. Wizja owej osobistości znikła, a ja zobaczyłem, że moje ręce, nogi i bok zostały przebite i ociekały krwią.”  Ojciec Pio bardzo niechętnie o tym mówił, z wielkim zażenowaniem i chociaż chciał to ukryć, wieści rozeszły się bardzo szybko. Dopiero trzy lata po tym wydarzeniu ujawnił wizytatorowi apostolskiemu ważny szczegół z tego doświadczenia. Tajemnicza postać wypowiedziała jedno zdanie: „Weź udział w mojej męce”. Była to druga stygmatyzacja, trwająca prawie do śmierci. W rzeczywistości stygmaty zostały wyciśnięte na ciele Ojca Pio po raz pierwszy niedługo po święceniach kapłańskich, które przyjął 10 sierpnia 1910 roku. Przebywał wtedy w rodzinnej miejscowości. Pierwsze stygmaty były widzialne, ale dusza młodego Kapucyna „była wielce przerażona tym zjawiskiem i dlatego prosiła Pana, aby cofnął ten widzialny fakt.” Chociaż przebicia zniknęły, to jednak silny ból nie ustał. A zatem święty w sumie nosił na ciele ślady Męki Chrystusa przez 58 lat – najpierw widoczne, potem niewidoczne, po czym znów  widoczne. Bardziej znaczące jest, że przez cały czas trwania posługi  kapłańskiej. Gdy jego misja się skończyła, zniknęły również stygmaty. Nie został nawet po nich najmniejszy ślad, najmniejsza blizna, co lekarze chirurdzy badający go po śmierci uznali za „nadzwyczajne uzdrowienie”. Na ciele Ojca Pio pojawiły się nie tylko znaki ukrzyżowania, ale też inne znaki Jezusa. Sam zakonnik przyznał, że Pan pozwalał mu doświadczać cierniem ukoronowania i biczowania, dodając, że działo się to prawie zawsze raz na tydzień. Przyszły święty miał też ranę, jakiej Jezus doznał, niosąc krzyż na ramieniu w drodze na Kalwarię, a której istnienie wyjawił tylko jednej osobie – księdzu Karolowi Wojtyle. Karol Wojtyła pojechał do San Giovanni Rotondo po Wielkanocy 1948r. Kiedy wraz z przyjacielem, ks. Stanisławem Starowieyskim, dotarli na miejsce, był już późny wieczór. Udali się do kościoła, ale ten już z wolna pustoszał. Wojtyła wszedł jednak do zakrystii, gdzie Pio miał zwyczaj spowiadać mężczyzn (kobiety spowiadał w kościele). Nie zdążył się co prawda wyspowiadać, ale udało mu się zamienić ze Stygmatykiem kilka słów. W jednym z wywiadów kardynał Deskur przytacza relację z tego spotkania, którą usłyszał od Wojtyły: „Z Ojcem Pio rozmawialiśmy jedynie o jego stygmatach. Zapytałem, który ze stygmatów sprawia mu największy ból. Byłem przekonany, że ten w sercu. Ojciec Pio bardzo mnie zaskoczył mówiąc: »Nie, najbardziej boli mnie ten na ramieniu, o którym nikt nie wie i który nawet nie jest opatrywany«”. Była to rana, którą „odkryto” dopiero po jego śmierci. W 1971 r. brat Modestino Fucci, który otrzymał zadanie uporządkowania rzeczy o. Pio, znalazł wśród nich wełniany podkoszulek ze śladem krwawej wybroczyny o średnicy około 10 cm na ramieniu, blisko obojczyka. Oficjalnie ranę tę uznano dopiero w roku 1987. Wtedy właśnie ks. Gaetano Intrigillo, zajmujący się na co dzień badaniem Całunu Turyńskiego, przedstawił wyniki porównania śladów z podkoszulka z tymi na całunie. Okazało się, że są podobne.

 Gdy w październiku 1962 r. Karol Wojtyła  przybył do Rzymu na pierwszą sesję II Soboru Watykańskiego, nie był wówczas zbyt dobrze znany w Watykanie. Dopiero niedawno został biskupem. Wyjeżdżając z Krakowa, dowiedział się, że jego przyjaciółka, Wanda Półtawska, jest ciężko chora. Kiedy był już w Rzymie, dostał od jej męża telegram, z którego dowiedział się, że stan kobiety się pogarsza. Lekarze byli prawie pewni, że przyczyną jest nowotwór złośliwy, dawali jej zaledwie 18 miesięcy życia. Młody biskup powiedział o tym najbliższej mu w Rzymie osobie – księdzu Andrzejowi Marii Deskurowi, który już od dziesięciu lat pracował w Watykanie. To on doradził przyjacielowi, by polecił ich wspólną znajomą modlitwom o. Pio. Karol Wojtyła napisał list do Ojca Pio, który miał mu doręczyć Angelo Battista. Ojciec Pio poprosił, aby Angelo przeczytał list na głos. Odczytał więc napisany na firmowym papierze Krakowskiej Kurii Metropolitarnej tekst: „Wielebny Ojcze, proszę o modlitwę w intencji czterdziestoletniej matki czterech córek z Krakowa w Polsce (podczas ostatniej wojny przebywała pięć lat w obozie koncentracyjnym w Niemczech), obecnie ciężko chorej na raka i będącej w niebezpieczeństwie utraty życia: aby dobry Bóg przez wstawiennictwo Najświętszej Dziewicy okazał swoje miłosierdzie jej samej i jej rodzinie”. Data: 17 listopada 1962 r. Podpis: Karol Wojtyła, Wikariusz Kapitulny Krakowa w Polsce. Tydzień po napisaniu listu – 28 listopada – biskup Wojtyła zadzwonił do męża Półtawskiej. Dowiedział się od niego, że w sposób niewytłumaczalny dla lekarzy nowotwór zniknął. Biskup nie miał wątpliwości, że cud wyprosił o. Pio. Kilka dni później ponownie napisał do niego, tym razem gorąco dziękując za modlitwę. Podobnie jak poprzednim razem doręczycielem listu był Angelo Battisti. Ojciec Pio znowu poprosił go o odczytanie listu na głos. Bardzo odpowiadało to Battistiemu, ponieważ był niezwykle ciekawy dalszego ciągu tej historii. O. Pio nie reagował w ogóle na treść listu. Dopiero po kilku minutach poprosił, aby zachować oba listy, ponieważ któregoś dnia „będą bardzo ważne”. Po śmierci o. Pio, Battisti włożył je do większej koperty i schował w domu w szufladzie biurka. Odnalazł je przypadkiem w październiku 1978 r. Po powrocie do Polski Karol Wojtyła nie omieszkał opowiedzieć Wandzie Półtawskiej o wstawiennictwie o. Pio. Mówił o nim z wielką żarliwością, ale jej trudno było uwierzyć, że nieznany jej włoski mistyk wybłagał dla niej cud. Gdy w 1967 r. Półtawskiej udało się wyjechać za granicę, postanowiła jednak odwiedzić także San Giovanni Rotondo. Tam po Mszy św. podszedł do niej o. Pio, położył rękę na jej głowie i zapytał: „A więc już dobrze?”. Od tej pory miała pewność, że to jego modlitwie zawdzięcza uzdrowienie.

Panie Jezu, Ty sam mówiłeś: „Jeżeli znaków i cudów nie zobaczycie, nie uwierzycie” (J 4,48). Znaki i cuda mają bardzo ważne miejsce w procesie kształtowania się i dojrzewania naszej wiary.  Cuda są zawsze dziełem Pana Boga, który, aby je sprawić, często posługuje się wybranymi przez siebie ludźmi. Istnieje pewna prawidłowość, a mianowicie im większa jest świętość danego człowieka, tym większe cuda Bóg czyni za jego pośrednictwem.  Pierwszy cud, który opiszę, był decydującym cudem w procesie kanonizacyjnym o. Pio. Kanonizacji  dokonał Św. Jan Paweł II 16 czerwca 2002 roku.

20 stycznia 2000 r. do Domu Ulgi w Cierpieniu, który był dziełem życia Ojca Pio w San Giovanni Rotondo przywieziono siedmioletniego Matteo. Lekarze stwierdzili u chłopca ostre zapalenie opon mózgowych. Jego stan był bardzo ciężki i, pomimo leczenia antybiotykami, ciągle się pogarszał. Dziecko było nieprzytomne. Na jego ciele pojawiły się krwawe wybroczyny. Matteo przeniesiono na oddział reanimacji. Po jakimś czasie pojawiły się trudności w oddychaniu, niedotlenienie, zaburzenie pracy nerek, doszło nawet do zatrzymania pracy serca. Przez dziesięć dni chłopiec był w stanie śpiączki. Nie dawano mu szans na przeżycie. Rankiem 31 stycznia stan chłopca znacznie się poprawił. 5 lutego mógł normalnie oddychać, a nazajutrz powróciła mu świadomość. I choć nikt nie chciał w to uwierzyć, Matteo całkowicie wyzdrowiał. Podczas badań, które później przeszedł, nie stwierdzono żadnych następstw choroby. Zdaniem lekarzy po tak długim niedotlenieniu musiały pojawić się nieodwracalne uszkodzenia mózgu. Jednak ich nie stwierdzono. Zdziwieni lekarze uznali to wyzdrowienie za niewytłumaczalne naukowo.  Wydarzenie uznano za cud. Na początku nic nie wskazywało, że będzie aż tak źle. Pewnego dnia w szkole Matteo po prostu źle się poczuł. Gorączkował i wymiotował. – Znalazłem Matteo drżącego blisko kaloryfera. Po przyjeździe do domu uspokoił się nieco – oświadczył lekarz Antonio Colella, ojciec dziecka. Mężczyzna podejrzewał przeziębienie i podał synowi stosowne lekarstwa. Gorączka sięgnęła 40,2⁰C, a potem spadła. Zaniepokojony Antonio skonsultował się z kolegami specjalistami. Ci nie stwierdzili nic groźnego. Kiedy o 20.30 do domu wróciła matka Matteo, dziecko jej nie rozpoznało. Było jakby w półśnie. Kobieta spostrzegła czerwone plamy na ciele syna. Razem z mężem zadecydowali, że pojadą na pogotowie.  Po chwili stan dziecka znów gwałtownie się pogorszył. Rozpoczęła się dramatyczna walka o jego życie. Ojciec i matka modlili się nieustannie do Jezusa, Maryi i Ojca Pio. Zakrystianki z San Giovanni Rotondo pozwoliły matce pomodlić się w nocy w celi i na grobie Ojca Pio, a jeden z ojców włożył do jej rąk relikwie Zakonnika z Pietrelciny.  Po modlitwie przed słynnym krucyfiksem na zakonnym chórze, Maria Lucia poczuła przyjemny zapach. „Zrozumiałam, że Ojciec Pio jest ze mną, jest blisko” – relacjonowała. 31 stycznia Matteo otworzył oczy. „Chcę Ojca Pio, chcę Ojca Pio” – szeptał po obudzeniu.  Opowiadał, że szukał Ojca Pio, ponieważ ten trzymał go za rękę podczas śpiączki i dodawał otuchy, a gdy się obudził, nie widział go już wokół siebie.

Gemma di Giorgi urodziła się w 1939 r., a obecnie mieszka w Riberze, w prowincji Agrigento. Od urodzenia była niewidoma, ponieważ przyszła na świat bez źrenic. Jej rodzice byli zrozpaczeni, z medycznego punktu widzenia nie było żadnej nadziei, ponieważ w takim przypadku ślepota jest nieodwracalna. Rodzice często prowadzili Gemmę do kościoła, prosząc o cudowne uzdrowienie. Babcia Gemmy nie traciła jednak nadziei i swoje modlitwy o przywrócenie wzroku dla wnuczki kierowała do Boga za pośrednictwem o. Pio. Napisała nawet list do niego, powierzając mu sprawę niewidomego dziecka. O. Pio odpisał, że będzie się modlił. W końcu babcia zdecydowała się pojechać razem z wnuczką do San Giovanni Rotondo. Po przybyciu na miejsce udały się najpierw do kościoła i stanęły w kolejce do konfesjonału, gdzie spowiadał o. Pio. Gemma nie przystąpiła jeszcze do pierwszej Komunii św., ale była już przygotowana do Jej przyjęcia. Gemma przyjęła pierwszą Komunię Św. z rąk o. Pio, który uczynił na jej oczach znak krzyża. Wracając pociągiem z San Giovanni Rotondo do domu, Gemma odzyskała zdolność widzenia. Zawołała z radością: „Babciu, ja widzę, widzę cały świat”. Badania u najlepszych specjalistów potwierdziły niesamowity fakt: Gemma doskonale widzi, chociaż nie ma źrenic. „Jest to dla mnie rzecz niewytłumaczalna – stwierdził jeden ze specjalistów – brak źrenic jest równoznaczny ze ślepotą, dlatego nie można zrozumieć, w jaki sposób to dziecko jest w stanie cokolwiek widzieć”.  Gemma do dnia dzisiejszego widzi pomimo braku źrenic.

 

 Pewnego dnia, w kolejce czekających na spowiedź u o. Pio stanęła kobieta z walizką w ręce. Kiedy przyszła jej kolej, podeszła do konfesjonału i zaczęła głośno płakać, otworzyła walizkę, pokazując o. Pio zawinięte w szmaty zwłoki około sześciomiesięcznego dziecka. Kobieta ta wybrała się w drogę z ciężko chorym dzieckiem, które w czasie podróży zmarło. Zrozpaczona ukryła zwłoki w walizce i jechała dalej z nadzieją, że ojciec Pio wymodli cud. Na jej widok o. Pio bardzo się wzruszył. Wziął ciało niemowlęcia w swoje dłonie i modlił się. Po pewnym czasie oddał dziecko matce mówiąc: „Przestań wrzeszczeć, nie widzisz, że twoje dziecko śpi?” Rzeczywiście dziecko, cudownie przywrócone do życia, spokojnie oddychało.

Giuseppe Canaponi w czasie jazdy motocyklem zderzył się z ciężarówką. Stan jego był krytyczny, lekarze nie dawali mu żadnych szans na przeżycie. Przez długi okres czasu pozostawał na granicy życia i śmierci. Powrót do zdrowia trwał bardzo długo. Wszystko zakończyłoby się szczęśliwie, gdyby nie fatalnie połamana noga. Przez półtora roku przebywał w klinice ortopedycznej w Sienie, później przeniesiono go do szpitala Rizzoli w Bolonii. Wszystkie zabiegi nie przyniosły żadnego rezultatu. Noga pozostała zupełnie sztywna z powodu włóknistego zesztywnienia lewego stawu kolanowego. Po wielu latach leczenia lekarze uznali, że Giuseppe jest nieuleczalnie chory i pozostanie kaleką do końca życia. Wiadomość ta przyczyniła się do wielkiego załamania, rozgoryczenia i złości, którą Canaponi wyładowywał przede wszystkim na swojej żonie. Poruszał się przy pomocy kul, ale zesztywniałą i pokrytą ranami nogę udawało mu się wlec tylko przez kilka metrów. Kiedy upadał na ziemię, z wściekłością bluźnił przeciwko Bogu i ludziom. Był ateistą i nie wierzył w możliwość cudu. Często kpił i wykrzykiwał obelgi i przekleństwa pod adresem o. Pio. W miarę upływu czasu sytuacja z nogą zaczęła się pogarszać. Giuseppe był bliski rozpaczy. Po kilku miesiącach wielkich cierpień zdecydował się w końcu pojechać razem z żoną i synem Augusto do San Giovanni Rotondo. Giuseppe postanowił pójść do spowiedzi do o. Pio. Kiedy znalazł się przy kratkach konfesjonału, o. Pio spojrzał na niego tak przenikliwym wzrokiem, że cały zaczął drżeć, jakby był pod działaniem silnego elektrycznego napięcia. Ojciec Pio zaczął mówić pierwszy, przedstawiając mu całą historię jego życia, tak jakby znał go od lat. Mówił łagodnie, ale jasno dawał mu do zrozumienia, jak bezsensowne było jego zachowanie i stosunek do Boga. Giuseppe był tak zaskoczony i oszołomiony tym, co usłyszał od o. Pio, że zupełnie zapomniał o swojej nodze. Kiedy otrzymywał rozgrzeszenie, znowu odczuł wstrząs w całym ciele. Ukląkł, przeżegnał się, nie zwracając uwagi na nogę, później wstał, wziął kule i odszedł równym krokiem. Tak był przejęty odbytą spowiedzią, że zupełnie nie zdał sobie sprawy z tego, że normalnie chodzi. Dopiero żona uświadomiła mu, że został cudownie uzdrowiony. Kiedy następnego dnia poszedł podziękować o. Pio, święty zakonnik odpowiedział z uśmiechem: „Ja tylko modliłem się za ciebie. Uleczył cię Bóg”.

Tego rodzaju cudownych uzdrowień było tak dużo, że nikt nie jest w stanie wszystkich ich zebrać i spisać. Ojciec Pio na widok chorych często płakał i z ojcowską czułością obejmował cierpiących, którzy prosili go o uzdrowienie. Dla o. Pio uzdrowienie fizyczne miało prowadzić do uzdrowienia duchowego, a więc do takiego poddania się woli Bożej, aby potrafić dziękować Mu za wszystkie doświadczenia życiowe, a przede wszystkim za cierpienie. Ojciec Pio pisze: „Jezus dał mi zrozumieć, że najlepszą próbą i potwierdzeniem miłości jest cierpienie. Powtarza mi wiele razy: «Nie lękaj się – ześlę na ciebie cierpienie, ale dam ci też siły. Pragnę, by twoja dusza przez codzienne, duchowe męczeństwo została oczyszczona i poddana próbie(…) Pod krzyżem człowiek uczy się miłości, a ja go daję nie wszystkim, ale tylko tym, którzy są mi bardzo drodzy»”. Ojciec Pio nie wygłaszał kazań i konferencji, natomiast większość swego czasu przeznaczonego na apostolską działalność spędzał w konfesjonale. Przez wiele lat spowiadał po 19 godzin dziennie. Później z powodu złego stanu zdrowia musiał ograniczyć ilość godzin spędzonych w konfesjonale. Podczas spowiedzi u o. Pio dokonywały się cudowne nawrócenia, nawet zatwardziałych grzeszników, masonów, komunistów, którzy otwarcie walczyli z Kościołem. Oto jeden z przykładów:

Del Fante był członkiem loży masońskiej i na łamach czasopisma „Laicka Italia” pisał liczne artykuły, w których kpił i ośmieszał o. Pio, twierdząc, że jest manipulatorem, któremu udaje się zwodzić tysiące łatwowiernych ludzi. Po jakimś czasie poważnie zachorował jego ukochany siostrzeniec. Badania wykazały, że Enrico ma gruźlicę kości i płuc. Medycyna była bezsilna, nie było żadnej nadziei na wyleczenie. Dwóch krewnych chorego chłopca udało się do San Giovanni Rotondo, aby prosić o pomoc o. Pio, który powiedział im, że Enrico na pewno wyzdrowieje. Alberto del Fante nie dając wiary zapewnieniu o. Pio stwierdził, że jeżeli chłopiec wróci do zdrowia, to wtedy sam pojedzie z pielgrzymką do San Giovanni Rotondo. I rzeczywiście, ku wielkiemu zdumieniu wszystkich, Enrico w sposób cudowny odzyskał pełne zdrowie. Dla Alberto del Fante fakt ten stał się duchowym wstrząsem. Pojechał do San Giovanni Rotondo, gdzie po spotkaniu i spowiedzi u o. Pio nawrócił się  i stał się żarliwym katolikiem.

Ojciec Pio zmarł 23 września 1968r w wieku 81 lat. W tym roku mija 50 lat od jego śmierci.

Dla wszystkich nawróconych kroczących wąską i stromą drogą wiary Św. o. Pio daje następującą radę:

Ucisz niepokoje dręczące twe serce i wypędź ze swej wyobraźni wszystkie przygnębiające cię myśli i uczucia. Jezus zawsze jest z tobą, nawet wtedy, kiedy nie czujesz Jego obecności. Właściwie nigdy nie jest tak blisko ciebie, jak podczas twych duchowych bojów. Błagam cię, nie krzywdź Go przez na­wet najmniejsze podejrzenie, że cię choćby na krótką chwilę opuścił. Jest to naprawdę jedna z najbardziej diabelskich pokus. Musisz ją odepchnąć od razu, gdy tylko ją sobie uświadomisz. Niech pociesza cię myśl, że radości nieba będą tym większe, im więcej dni upokorzenia i lat nieszczęścia poznamy na tym świecie. Nie jest to tylko moje zdanie. Pismo św. daje nam nieomylne świadectwo. Psalmista powiada: „Daj radość według miary dni, w których nas przygniotłeś, i lat, w których zaznali­śmy niedoli” (Ps 90,15). Co więcej, Św. Paweł Apostoł pisze: „Niewielkie bowiem utrapienia nasze obecnego czasu gotują bezmiar chwa­ły przyszłego wieku” (2 Kor 4,17).”

 

                                                                                                                           Ela

                                                                                                           

Zostaw Komentarz