List do Jezusa – Św. Sabina (34)

with Brak komentarzy

Panie Jezu,                                                                                                                              Stróża, 21.02.2018r

Zastanawiałam się wysyłając ostatni list, kogo opiszę w kolejnym. Tak jak pisałam w pierwszym liście, nie mam ustalonej kolejności, ani żadnego kryterium doboru Świętych. W Środą Popielcową, gdy skończyłam poprzedni list, chciałam zobaczyć, co papież Franciszek chciał przekazać wiernym na okres Wielkiego Postu. Przeczytałam przy okazji, że jak co roku w tym dniu papież odprawi liturgię w Bazylice Św. Sabiny. W nocy przyśniła mi się przyjaciółka ze szkoły podstawowej, która ma na imię Sabina i uznałam to za podpowiedź, o kim mam napisać tym razem. Z Sabiną chodziłam do jednej klasy. Z wszystkich uczniów naszej klasy mieszkała najbliżej mnie. Odwiedzałyśmy się często po szkole, spędzając wiele godzin na pogaduszkach, szczególnie zimą, gdy nie było prac polowych. Lubiłam się przyglądać jak Sabina za pomocą igły i kolorowych nici wyczarowuje piękne motywy kwiatowe na góralskich pantoflach. Gdy robiło się już ciemno odprowadzałyśmy się do połowy ciemnej uliczki, która dzieliła nasze domy. Obecnie mieszkamy dosyć daleko od siebie, ale udaje nam się spotkać czasem w rodzinnej miejscowości. Gdy zachorowałam, to częściej  rozmawiałyśmy przez telefon, wspominając stare, dobre czasy. Dziękuję jej w tym miejscu serdecznie za wsparcie w trudnych chwilach. Błogosław jej Panie Jezu w codziennym życiu. Zastanawiałam się długo, czy znam inną Sabinę, ale chyba nigdy nie spotkałam drugiej Sabiny. Jest to dosyć rzadkie imię pochodzenia łacińskiego, od nazwy plemion Sabelskich – Sabinów, zamieszkujących środkową Italię.

 

Święta Sabina, męczennica, patronka Rzymu i gospodyń domowych, urodziła się w I w. w Rzymie. W liturgii wspomina się ją 29 sierpnia. Według starej tradycji święta pochodziła ze znakomitego rodu. Została żoną patrycjusza Walentyna. Wiarę chrześcijańską przyjęła pod wpływem swojej niewolnicy Serafii. Razem z nią Sabina udawała się nocami do rzymskich katakumb, gdzie – z obawy przed cesarskimi prześladowcami – regularnie gromadzili się chrześcijanie. Tam przyjęła chrzest i brała udział w nabożeństwach. Gdy Serafię wkrótce schwytano i zachłostano na śmierć  za wiarę, Sabina z wielką czcią pochowała jej ciało.  W ten sposób ujawniła się przynależność Sabiny do chrześcijan, wskutek czego znalazła się w więzieniu. Praworządność rzymska nie pozwalała karać wolnych obywateli bez procedury sądowej. Dlatego Sabinę postawiono przed sędzią Elpidiuszem. Za to, że Św. Sabina wzgardziła pogańskimi bożkami i odmówiła oddania im czci przez złożenie im rytualnej ofiary, sędzia skazał ją na karę śmierci. Jako patrycjuszka nie mogła być traktowana w sposób poniżający, dlatego została ścięta mieczem w 127 r., za panowania cesarza Hadriana. Chrześcijanie pochowali jej ciało w tym samym grobie, w którym ona złożyła swoją nauczycielkę wiary Serafię, na wzgórzu awentyńskim w Rzymie. Grób świętej Sabiny stał się miejscem kultu.  Św. Sabinę artyści przedstawiają zwykle jako młodą męczennicę. Jej atrybutami są: gałązka palmowa, księga i korona. Na jej grobie na Awentynie zbudowano bazylikę ku jej czci. Od jej imienia nosi ona nazwę bazyliki Św. Sabiny. Jest jedną z najbardziej godnych uwagi bazylik Wiecznego Miasta. W XIII wieku papież ofiarował kościół nowo powstałemu zgromadzeniu Dominikanów – przy tym kościele mieszkał przez czas jakiś sam Św.  Dominik. Jest tu też polski akcent – jedna z kaplic kościoła poświęcona jest znanemu nam dobrze polskiemu dominikaninowi Św. Jackowi Odrowążowi. Gromadzą się tam co roku wierni mieszkańcy Rzymu w Środę Popielcową na rozpoczęcie pokuty wielkopostnej, a Eucharystii przewodzi zawsze papież. Pisałam już wielokrotnie, że o Świętych żyjących w pierwszych wiekach mamy bardzo mało informacji. Zachowały się często akty męczeństwa, które czasem ubarwiano legendami, ale faktem jest, że   Święci z pierwszych wieków to głównie męczennicy. Prześladowania chrześcijan przez cesarzy miały często głębsze podłoże. Władze rzymskie winiły chrześcijan za wszelkie nieszczęścia – od wojen domowych począwszy, poprzez choroby, kradzieże, napady wrogów i wszystkie niepowodzenia. Tłumaczyli to faktem, że przez odmawianie udziału w aktach kultu pogańskiego, nie oddawaniu czci bożkom, ściągali na ich ziemie gniew bogów. Chcąc ich przebłagać, władze rzymskie skazywały chrześcijan na śmierć.

Wracając do Wielkiego Postu – jest to  dla wszystkich chrześcijan czas na pokutę, mający przygotować do jak najpełniejszego przeżycia Świąt Wielkanocnych. Wielki Post trwa czterdzieści dni, rozpoczyna się w Środę Popielcową. Liczba czterdziestu dni jest symbolem czterdziestodniowego pobytu Jezusa na pustyni. Wielki Post ma być w zamierzeniu czasem na pokutę, odwrócenie się od grzechu i ponowne nawrócenie się. Trzy najważniejsze zalecenia to post, modlitwa i jałmużna. Już w Środę Popielcową, w odpowiedzi na ostatni list dostałam od siostry Dolores (cytowałam kiedyś fragmenty jej książki: „Matko Afryki”) piękne opowiadanie na Wielki Post, które za jej pozwoleniem zacytuję poniżej w całości.

„W Środę Popielcową rano przy klasztorze ojców franciszkanów spotkali się: POST, MODLITWA I JAŁMUŻNA. – Wybieram się do Nieba – zaczął POST. Myślę, że góra trzy dni i znajdę się tam. – Trzy dni! Też mi coś – prychnęła JAŁMUŻNA. – Ja zasłużę na Niebo w dwa dni! MODLITWA nic nie powiedziała, ale w duchu była przekonana, że już jutro będzie w Niebie. I tak, w Środę Popielcową pod klasztorem ojców franciszkanów POST, MODLITWA I JAŁMUŻNA postanowili jak najszybciej zasłużyć na Niebo. Tego dnia POST miał ułatwione zadanie. Ściśle przestrzegał tradycji. Środa Popielcowa – trzy posiłki, jeden tylko do syta, zero mięsa. Niewielkie śniadanie zjadł już wcześniej. Natomiast na obiad była pyszna smażona ryba z ziemniakami i surówką. Najadł się, ale raz w ciągu dnia było mu wolno. Potem poszedł do sklepu po zakupy. Kupił słodki serek i rybkę wędzoną. A potem jeszcze zauważył nowy gatunek sera i też go kupił. To wszystko zjadł na kolację, pamiętając jednak, aby nie najeść się do syta. Niestety, w czwartek rano nic się nie zmieniło. POST nie znalazł się w Niebie. Przy kubku kakao i bułce z marmoladą zastanawiał się, z czego by tu zrezygnować. Postanowił… nie jeść słodyczy. Schował głęboko do szafy torebkę z cukierkami i pudełko z ciastkami. Szafę zamknął na klucz. – Mam to z głowy – powiedział, zadowolony z własnej zaradności. Przez cały dzień nie zjadł nic słodkiego, nawet herbaty nie posłodził. To dopiero był post! – Jutro będę w Niebie – rozmyślał w czasie kolacji, zajadając pieczoną nóżkę z kurczaka. Jednak to nie pomogło. W piątek obudził się we własnym łóżku. – A może by tak spróbować radykalnie? – zastanawiał się. – Tylko woda! Piątek był dla niego bardzo ciężkim dniem. POST chodził rozdrażniony. Pokłócił się z sąsiadem, nawymyślał sprzedawczyni, pogonił bawiące się pod jego oknem dzieci. Ale wytrzymał cały dzień bez jedzenia. W sobotę rano nie mógł się obudzić. Czuł się źle, a to znaczyło, że na pewno nie był w Niebie. Jeżeli tak radykalny post nie pomógł, to co jeszcze mógł zrobić? Kiedy w Środę Popielcową POST poszedł do domu, JAŁMUŻNA udała się do banku. Miała trochę oszczędności. Postanowiła część z nich wydać. – Chciałam przelać pewną sumę na konto Urzędu Miasta – powiedziała przy okienku bankowym. – Żeby wszystkim nam żyło się lepiej – dodała z uśmiechem. – Tylko proszę zaznaczyć, że to ode mnie. Podpisała, co trzeba było podpisać i poszła do domu – przekonana, że w czwartek rano będzie w Niebie. Była przecież taka hojna! Myliła się jednak. W czwartek nadal znajdowała się na Ziemi. Trzeba było działać dalej. Wyjęła pieniądze z kuferka, odliczyła kilka banknotów i wyszła z domu. – Pani kochana, da pani na chleb – usłyszała głos staruszki-żebraczki. Nawet nie spojrzała. Minęła ją szybko i poszła do szkoły. – Tutaj są pieniądze na obiady dla biednych dzieci – powiedziała w sekretariacie. Pani sekretarka z wdzięcznością podziękowała za dar. A JAŁMUŻNA stała dalej, jakby na coś czekała. – Słucham? – spytała uprzejmie sekretarka. – Czymś jeszcze mogę służyć? – Oczywiście! – oburzyła się JAŁMUŻNA. – Niech pani zapisze w księdze ofiarodawców, że te pieniądze pochodzą ode mnie! Wszystko musi być zapisane. Inaczej, kto mi uwierzy, że je dałam. JAŁMUŻNA jeszcze przypilnowała, czy sekretarka wszystko dobrze zapisała, a potem poszła do domu. W piątek rano JAŁMUŻNĘ oślepił blask światła. – Niebo… – wyszeptała, mrużąc oczy. Jakże była zła, gdy okazało się, że to tylko wiosenne słońce. – Jak to możliwe! – złościła się. – Tyle pieniędzy i nic?! Zdenerwowana usiadła przy biurku. Wyjęła książeczkę czekową i zaczęła pisać: jeden czek na schronisko dla zwierząt, drugi dla Kościoła, trzeci dla szpitala. Wypisała dziesięć czeków. Potem osobiście zaniosła je w odpowiednie miejsca, wszędzie wpisując się w księgę ofiarodawców. Tyle pieniędzy jeszcze nigdy nie rozdała. Sobotni poranek był jedną z najgorszych chwil w życiu JAŁMUŻNY. …Ciągle nie osiągnęła Nieba. A co działo się w tym czasie
z MODLITWĄ? Jak ona chciała zasłużyć na Niebo? Zaraz po środowym spotkaniu z Postem i Jałmużną MODLITWA poszła do kościoła. Wyjęła różaniec, książeczkę do nabożeństwa, uklęknęła i zaczęła się modlić: – Panie Boże, weź mnie do Nieba. Zobacz, ile czasu spędzam w kościele. Zobacz, jak długo klęczę. Weź mnie pierwszą. To ja bardziej zasługuję na Niebo niż Post i Jałmużna. MODLITWA klęczała tak cały dzień. Jak bolały ją kolana, siadała na chwilę w ławce, a potem znowu – na kolana. Wieczorem wróciła do domu. Przebrała się odświętnie. W Niebie chciała wyglądać jak najlepiej.
W czwartek rano MODLITWA spojrzała na wygniecioną suknię. Już wiedziała – nie zasłużyła na Niebo. Pewnie za mało się modliła. Tym razem poszła do katedry. „To takie dostojne miejsce. Może tutaj Bóg mnie wysłucha”. Uklęknęła w pierwszej ławce, jak najbliżej ołtarza i mówiła: – Boże, czemu nie zabrałeś mnie do Nieba? Tyle czasu się modliłam. Tak Ciebie prosiłam. Zobacz, ludzie tutaj wpadają tylko na pięć minut i zaraz wychodzą, a ja klęczę tyle godzin. Rzeczywiście, wiele osób zaglądało do katedry na krótką chwilę. Czasami tylko przyklęknęli, szepnęli „dziękuję” i szli dalej. A MODLITWA wytrwale klęczała. Zdrzemnęła się tylko na moment, bo była już zmęczona, ale ciągle trwała. Niewiarygodne, ale i takie poświęcenie nie pomogło. W piątek MODLITWA obudziła się nie w Niebie, a u siebie w domu. „Teraz Ci pokażę” – pomyślała. – „W piątek mam tyle możliwości…” Rano MODLITWA obeszła wszystkie kościoły w mieście. W każdym z nich modliła się pół godziny. Po obiedzie poszła do franciszkanów na drogę krzyżową dla dzieci. Potem na drogę krzyżową dla dorosłych do redemptorystów i jeszcze zdążyła na mszę wieczorną w katedrze. W domu wyczerpana położyła się spać. Kiedy w sobotę rano znowu obudziła się w swoim łóżku, zrezygnowana poszła pod franciszkański klasztor. Zastała tam zniecierpliwioną Jałmużnę, a zaraz po niej przywlókł się wycieńczony Post. – Oddałam tyle pieniędzy! – krzyczała JAŁMUŻNA. – I nic! – Modliłam się trzy dni, prawie bez przerwy – żaliła się MODLITWA. POST nie był w stanie nic powiedzieć. Zmęczony usiadł na ławce. Kiedy tak krzyczały i żaliły się na przemian, zobaczyły postać, idącą do nich uliczką. Nie znały jej, ale ona wyraźnie wiedziała, kim są. – Jestem MIŁOŚĆ – przedstawiła się postać. – Przysłał mnie Bóg. Modlitwa i Jałmużna podeszły bliżej. Nawet Post wstał z ławki. – To przekaż Mu – zaczęła Jałmużna – że mamy tego wszystkiego dosyć! – Sami Mu powiecie. – Uśmiechnęła się MIŁOŚĆ. – Jak tylko znajdziecie się w Niebie. – O nie! – krzyknęła MODLITWA. – Mam dosyć klęczenia! – Ależ kochani – mówiła MIŁOŚĆ. – Teraz już będzie inaczej. Do tej pory zabrakło wam jednego. Zabrakło wam MIŁOŚCI. Bez MIŁOŚCI nie można dostać się do Nieba.Jak dawać pieniądze – MIŁOŚĆ zwróciła się w stronę Jałmużny – to z miłością i bezinteresownie. – Jak pościć – ciągnęła – to Z MIŁOŚCIĄ i radośnie. – Jak modlić się… – Tak, wiem – wyszeptała Modlitwa. – Z MIŁOŚCIĄ i nie na pokaz. Do Niedzieli Palmowej zostało jeszcze wiele dni. POST, MODLITWA i JAŁMUŻNA mieli dużo czasu, aby się zmienić. Pomogła im MIŁOŚĆ. Razem zdobyli Niebo.”

 

Mija już rok, jak rozpoczęłam pisanie listów do Ciebie Panie Jezu. Cieszę się bardzo, że byłam wytrwała i nie zaprzestałam pisania. Dużą motywacją był dla mnie fakt, że niektórzy czytelnicy czekali na kolejne listy i zapewniali mnie, że są one dla nich bardzo ważne, szczególnie w trudnych życiowych doświadczeniach. Gdy wydawało mi się, że zabraknie mi pomysłów na kolejne listy, zawsze dostawałam od razu podpowiedź. Czasem dostałam ciekawą książkę, czasem modlitwę lub ładny cytat. Tym razem oprócz opowiadania, dostałam  postanowienia wielkopostne. Są zapisane w ciekawej formie i myślę, że się spodobają czytelnikom, szczególnie tym, którzy nie lubią rezygnować z przyjemności, czy łakoci.

„Z czego zrezygnuję w Wielkim Poście?
Zrezygnuj z narzekania … skoncentruj się na wdzięczności.
Zrezygnuj z pesymizmu … stawaj się optymistą.
Zrezygnuj z gorzkich sądów … myśl życzliwie.
Zrezygnuj z nadmiernej troski … zawierz Opatrzności Bożej.
Zrezygnuj ze zniechęcenia … bądź pełen nadziei.
Zrezygnuj z zawziętości … powróć do przebaczenia.
Zrezygnuj z nienawiści … odpłacaj dobrem za zło.
Zrezygnuj z negatywizmu … bądź pozytywny.
Zrezygnuj z gniewu … bądź cierpliwszy.
Zrezygnuj z małostkowości … stawaj się dojrzalszy.
Zrezygnuj ze smutku … raduj się pięknem, które jest wokół ciebie.
Zrezygnuj z zazdrości … módl się o ufność.
Zrezygnuj z obgadywania … kontroluj język.
Zrezygnuj z grzechu … wracaj do cnoty.
Zrezygnuj ze zrezygnowania … wytrwaj!!!”

 

Kończąc już dzisiaj zachęcam wszystkich do wytrwałości nie tylko w postanowieniach wielkopostnych, ale w każdym najdrobniejszym zadaniu, które planujemy realizować w swoim życiu.

Ela

 

Zostaw Komentarz