Panie Jezu, Stróża, 23.08.2018r.
Kończy się moja przerwa w pracy. Ta przerwa to wakacje, które jak zwykle szybko minęły. Mija też lato, które w tym roku było wyjątkowo ciepłe. Wraz z powrotem do pracy zmniejszy się bardzo ilość mojego wolnego czasu. I to nie tylko z powodu mojej pracy w szkole w Sieprawiu, ale też dlatego, że do szkoły wracają także moje trzy córki. Najstarsza Natalka – do drugiej klasy liceum ogólnokształcącego, Gosia (moja ilustratorka) – do siódmej klasy, a najmłodsza Ania – do piątej. Wraz z pierwszym września w naszym domu uruchamiamy centrum logistyczne – kto?, kiedy?, o której?, ile razy?, z kim? po co? musi jechać do pobliskich Myślenic. Niestety ich centrum oddalone jest kilka kilometrów od naszego domu, więc szczególnie popołudniami, nawet pełnoetatowy kierowca miałby co robić. Dobrze, że obydwoje z mężem mamy prawo jazdy, to możemy się wymieniać w naszych obowiązkach. Chociaż muszę przyznać, że do wielu spraw trochę inaczej podchodzę, niż jeszcze dwa lata temu. Biorąc do ręki kluczyki od samochodu myślę sobie np.: jak to dobrze, że mogę jechać odwieźć dziewczynki do szkoły muzycznej. Nie myślę, że muszę, tylko, że mogę. Cieszę się, bo skoro mogę, to znaczy, że nie boli mnie kolano, kręgosłup i po prostu dobrze się czuję. Jeżeli takie podejście zastosujemy do innych dziedzin życia (już kiedyś o tym pisałam), to wszystko w naszym życiu stanie się o wiele prostsze i przyjemniejsze. Wystarczy, że pomyślimy tylko, że możemy iść do pracy, a nie musimy do niej pójść. Rozpisałam się trochę, ale chciałam już na wstępie napisać, że znów będę miała mniej czasu na pisanie listów do Ciebie Panie Jezu. Postaram się jednak pisać dalej, tylko po prostu rzadziej. Sama przecież niedawno pisałam, że jak się chce coś zrobić, to zawsze znajdzie się na to sposób. Dodaj mi tylko Panie Jezu siły i wytrwałości. Słyszałam nieraz, że na pierwszym miejscu powinno się spełniać obowiązki stanu – żony i matki (nazwę je „obowiązkami pani domu”) – a w dalszej kolejności stawiać pracę, dodatkowe zajęcia czy przyjemności. Nigdy jednak nie zastanawiam się długo, co dla mnie jest najważniejsze, po prostu instynkt macierzyński podpowiada mi, co jest w danym dniu najważniejsze do zrobienia w moim domu. Najbezpieczniej jest po prostu trzymać się wiernie zasady, którą głosił Św. Augustyn: „Jeżeli Bóg w życiu jest na pierwszym miejscu, wszystko znajdzie się na właściwym miejscu”.
Tak jak wspominałam w ostatnim liście, dzisiaj opiszę patrona mojego najmłodszego chrześniaka – Tymoteusza. Tymek, bo tak do niego się zwracamy, jest bratankiem mojego męża, a dokładniej synem jego młodszego brata Gracjana i jego żony Justyny. Tymek skończył niedawno siedem lat i rozpoczyna od września naukę w szkole podstawowej. Ma starszą siostrę Emilkę, która chętnie opiekuje się młodszym braciszkiem. Jest bardzo ciekawym świata chłopcem, lubi przyrodę i chętnie ją poznaje, szczególnie lubi bezpośrednią obserwację w terenie – a dokładnie mówiąc lubi poznawać tajniki przyrody za pomocą swoich zmysłów, szczególnie zmysłem dotyku i wzroku. Ileż to zwierzątek przewinęło się przez jego małe paluszki – począwszy od ślimaków po jaszczurki. Może nie będę wymieniać wszystkich żywych i martwych stworzonek, bo pewnie list przeczyta jego mama. Nie powiem, żeby go nie pilnowała, ale ciocia czasem widzi więcej niż mamusia. Mieszkamy blisko lasu, na zboczu rzeki Raby, więc obiektów do obserwacji jest bardzo dużo. Wracając do roli cioci, to jest to bardzo niedoceniana, ale jakże piękna rola. Ja sama jestem ciocią dla ponad dwudziestu dzieci mojego rodzeństwa i rodzeństwa mojego męża. W zależności od wieku siostrzenicy, bratanicy, siostrzeńca, czy bratanka, dobra ciocia przytuli, opowie bajkę, podmucha rozbite kolano, zabierze na lody lub do kina, wysłucha o problemach z kolegami, o zauroczeniu w chłopaku, o braku zrozumienia przez rodziców…….. Doradzi jaką sukienkę kupić, którą szkołę wybrać, którą dziewczynę pokochać – tu oczywiście zażartowałam (a może nie?). Czy ja znajdę w najbliższym czasie czas dla wszystkich – małych i dużych – „dzieciaków” z rodziny, którzy mieszkają w różnych częściach świata? Zawsze jednak mogę zadzwonić, mogę odwiedzić, mogę zaprosić ……., mogę się za nich pomodlić, mogę pamiętać – mogę być po prostu dobrą ciocią. Czego i Wam drodzy czytelnicy życzę (to samo dotyczy wujków). Błogosław Panie Jezu mojemu chrześniakowi Tymkowi nie tylko w pierwszej klasie, ale także w całym jego życiu. Wspomagaj mnie w byciu dobrą ciocią i mamą chrzestną nie tylko dla niego, ale także dla pozostałych dzieci w rodzinie.
A teraz już pora poznać żywot Św. Tymoteusza, zapraszam więc do dalszego czytania.
Św. Tymoteusz był wiernym i oddanym uczniem oraz współpracownikiem Św. Pawła. Kiedy Apostoł Narodów zatrzymał się w czasie swojej drugiej podróży w miasteczku Listra, nawrócił dwie Żydówki: kobietę imieniem Lois i jej córkę, Eunikę. Synem tejże Euniki, a wnukiem Lois był Św. Tymoteusz. Jego ojcem był zamożny Grek, poganin, który jednak pozwolił babce i matce wychować Tymoteusza w wierze mojżeszowej. Tymoteusz był młodzieńcem wykształconym. Znał Pismo święte i często się w nim rozczytywał. Wyróżniał się dobrymi obyczajami. Chrzest przyjął z rąk Św. Pawła. Dlatego słusznie Apostoł nazywał go swoim synem. Dla ułatwienia Tymoteuszowi pracy wśród rodaków Św. Paweł poddał go obrzezaniu. Św. Paweł często wysyłał Tymoteusza w trudnych i poufnych sprawach do poszczególnych gmin, które założył, m.in. do Koryntu, Filippi i Tesalonik. Jego też wyznaczył na biskupa Efezu, ówczesnej metropolii Małej Azji i stolicy rzymskiej prowincji. W czasie swoich podróży po Małej Azji, Achai (Grecji) i do Jerozolimy Św. Paweł zabierał ze sobą Tymoteusza do pomocy w posłudze apostolskiej. Święty uczeń dzielił także ze swoim mistrzem więzienie w Rzymie. Dwa Pawłowe listy do Tymoteusza znajdują się w kanonie ksiąg Nowego Testamentu. Paweł wydaje mu najpiękniejsze świadectwo i daje pouczenia, jak ma rządzić Kościołem w Efezie. Według podania, kiedy Św. Jan Apostoł przybył do Efezu, Tymoteusz oddał się do jego dyspozycji. Kiedy zaś Apostoł został skazany na banicję na wyspę Patmos przez cesarza Domicjana, Tymoteusz miał na nowo objąć biskupstwo w tym mieście. Tradycja głosi, że Tymoteusz miał ponieść śmierć męczeńską za Trajana z rąk rozjuszonego tłumu pogańskiego, kiedy miał odwagę publicznie zaprotestować przeciwko krwawym igrzyskom. Tłum miał rzucić się na starca i tak go pobić, że ten niebawem wyzionął ducha. Martyrologium Rzymskie podaje jeszcze inną wersję, że biskup miał występować przeciwko czci pogańskiej bogini Diany, która w Efezie miała swoje centralne sanktuarium. Możliwe, że obie przyczyny były powodem jego śmierci około roku 97. Dlatego do roku 1969 Św. Tymoteusz odbierał chwałę jako męczennik. Ostatnia reforma liturgii czci go jednak jako wyznawcę w przekonaniu, że ostatnie chwile życia Tymoteusz spędził nie jako męczennik, mimo że w latach swojego pasterzowania wiele musiał wycierpieć dla sprawy Chrystusa. Jego relikwie przeniesiono z Efezu do Konstantynopola (356 r.) i umieszczono w bazylice Dwunastu Apostołów. W XII w. krzyżowcy wywieźli je do włoskiego miasta Termoli. Zamurowane, zostały odnalezione przypadkiem 7 maja 1945 roku. W ikonografii Św. Tymoteusz przedstawiany jest w tunice lub jako biskup w liturgicznych szatach. U jego stóp leżą kamienie.
Tymoteusz – to imię męskie pochodzenia greckiego. Wywodzi się od słów thymos i theos oznaczających „ten, który czci Boga”
Św. Paweł w swoich listach do Tymoteusza dawał mu wskazówki, w jaki sposób ma strzec skarbów wiary, przekazanej przez niego jako Apostoła, Kościołowi w Efezie. Będąc w więzieniu, świadomy zbliżającej się śmierci, Św. Paweł swoje listy traktuje jak testament duchowy dla Tymoteusza, którego po udzieleniu mu chrztu traktował, jak gdyby był jego ukochanym dzieckiem. Myślę, że słowa te są też skierowane do nas, którzy przez chrzest św. staliśmy się Dziećmi Bożymi, abyśmy też we współczesnym świecie umieli się dzielić naszą wiarą. Jeśli po przeczytaniu tego listu, też masz podobne odczucia drogi czytelniku, to mam dla Ciebie proste zadanie ewangelizacyjne – powiedź jednej osobie o moich listach na stronie internetowej (Listy Eli do Jezusa) – oczywiście możesz, a nie musisz – sama nie lubię przysyłanych łańcuszków, które coś nakazują. Wiara musi wypływać z Twojego serca, a nie z przymusu. A oto fragmenty II Listu do Tymoteusza:
„Ty więc, moje dziecko, nabieraj mocy w łasce, która jest w Chrystusie Jezusie, a to, co usłyszałeś ode mnie za pośrednictwem wielu świadków, przekaż zasługującym na wiarę ludziom, którzy też będą zdolni nauczać i innych. Weź udział w trudach i przeciwnościach jako dobry żołnierz Chrystusa Jezusa! Nikt walczący po żołniersku nie wikła się w kłopoty około zdobycia utrzymania, żeby się spodobać temu, kto go zaciągnął. Również jeżeli ktoś staje do zapasów, otrzymuje wieniec tylko [wtedy], jeżeli walczył przepisowo. Rolnik pracujący w znoju pierwszy powinien korzystać z plonów. Rozważaj, co mówię, albowiem Pan da ci zrozumienie we wszystkim. (…) Nauka to zasługująca na wiarę: Jeżeliśmy bowiem z Nim współumarli, wespół z Nim i żyć będziemy. Jeśli trwamy w cierpliwości, wespół z Nim też królować będziemy. Jeśli się będziemy Go zapierali, to i On nas się zaprze. Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego.” (2Tm2, 1 – 7,…11 – 13).
Ponieważ list ten postanowiłam dać w prezencie urodzinowym mojemu chrześniakowi, zakończę go dzisiaj z myślą o nim. Otóż zakończę go bajką, którą zaraz mam zamiar wymyślić. Jak nauczy się dobrze czytać, to przeczyta sobie kiedyś cały list i będzie miał pamiątkę od mamy chrzestnej, a bajeczkę może mu już teraz przeczytać mamusia. Będzie to pierwsza moja bajka zapisana, a nie opowiedziana jakiemuś dziecku. Opowiadałam je „na poczekaniu” wielu dzieciom, nie tylko moim. Do tej pory, przy większych rodzinnych spotkaniach, żartujemy, jak męczyłam siostrzenice, opowiadając im na przykład przez całe wakacje bajki o papryczkach. Teraz śmieją się, że śniły im się one po nocach, a dwadzieścia lat temu same o nie prosiły. Wiele śmiesznych sytuacji powstawało, gdy opowiadałam bajki moim dziewczynkom do snu i podczas takich opowieści zasypiałam. Budzona przez nie, opowiadałam jakby nic dalszy ciąg bajki, po czym znów szarpały mnie i marudziły, że chyba pomyliłam się, bo opowieść z innymi bohaterami nie miała sensu. Czy przypadkiem Wam drogie mamy nie zdarzyła się chociaż raz podobna sytuacja? Dzisiaj postaram się nie zasnąć. Zawsze chciałam pisać bajki, a że ostatnio ciągle wpada mi w ręce jakaś książka, w której autor motywuje czytelników do spełniania swoich marzeń, niniejszym to czynię. Proszę o wyrozumiałość, bo nie mam zamiaru długo tworzyć, więc nie wiem, czy się Wam spodoba. Jeśli tak, to samą bajkę też możecie przeczytać jakiemuś dziecku w rodzinie. Będzie to w stu procentach wytwór mojej wyobraźni, więc jakakolwiek zbieżność imion lub sytuacji jest przypadkowa.
Pewnego dnia mały, sześcioletni chłopiec, słysząc jak jego rodzice się kłócą, zamknął oczy i mocno zasłonił uszy swoimi małymi rączkami.
– Panie Jezu – westchnął cichutko – zabierz mnie z tego domu.
Ostatnio coraz częściej o to prosił i zauważył, że jego prośby zostają zawsze spełnione. Sam nie umiał powiedzieć, czy to sen, czy faktycznie unosi się i znika niepostrzeżenie ze swojego pokoju. Za każdym razem, zaledwie po chwili, znajdował się w innym miejscu. Nikomu nigdy nie powiedział o tych dziwnych wyprawach, bo nawet sam nie umiał ich nazwać. Przyznawał jednak w duchu przed samym sobą, że coraz bardziej mu się one podobają.
Tym razem ocknął się w bardzo wielkim lesie. Rozmyślając o wielkim lesie, nie miał na myśli jego ogromnej powierzchni, ale przytłaczającą go wielkość i ilość roślin. Stał w miejscu, jakby jakaś niewidzialna siła nie pozwoliła mu się ruszyć i przyglądał się ogromnym drzewom, których gatunków nie mógł w ogóle rozpoznać. Tak naprawdę to znał tylko cztery gatunki drzew liściastych i trzy iglastych, które rosły w pobliżu jego domu. Mama uczyła go rozpoznawania roślin i w przedszkolu parę razy zabłysnął swoją wiedzą. Łatwo szło mu zapamiętywanie, bo zawsze, gdy poznawał coś nowego, układał sobie śmieszny wierszyk w swojej bujnej, dziecięcej wyobraźni. Najbardziej lubił starą pokrzywioną lipę, na której tata zbudował mu domek. Zazdrościły mu tego domku wszystkie dzieci z okolicy.
Wrócił jednak myślami z powrotem do tego, co wydarzyło się przed chwilą. Błogą ciszę przerwały jednak jakieś dziwne odgłosy dobiegające zza wielkich skał, które wyglądały trochę jak wielkie kamienne grzyby. Dźwięk stawał się coraz głośniejszy. Przypominało to trochę tupot nóg wielkiego zwierzęcia. Franio – bo tak miał na imię chłopczyk – z niecierpliwością, ale musiał przyznać, że trochę też ze strachem wypatrywał sprawcy tego hałasu. Z doświadczenia już wiedział, że nie ma się czego bać, bo tam dokąd wędrował po wezwaniu Pana Jezusa, jeszcze nigdy nie stała mu się żadna krzywda. Nagle wszystkie ptaki z najbliższego drzewa uniosły się w powietrze, a wśród rozłożystych gałęzi Franio zobaczył głowę…
– To niemożliwe! – pomyślał i przetarł porządnie oczy. – Przecież to najprawdziwszy dinozaur!!! Rozpoznał go. Wiedział, że to diplodok. Dinozaury wręcz uwielbiał, ale oczywiście na kartkach książki lub jako gumowe figurki.
– Na szczęście – westchnął – to roślinożerca.
Teraz już wiedział, dlaczego te rośliny są takie olbrzymie. Oglądał kiedyś w telewizji film przyrodniczy o dinozaurach. Zapamiętał z niego, że w okresie jury, kiedy tych gadów żyło najwięcej świat wyglądał zupełnie inaczej. Nie rozumiał, co to jest ta jura i żałował teraz, że od razu nie zapytał mamy. Dotarło do niego, że zmienił nie tylko miejsce, ale i czas. Wiedział przecież, że dinozaury wyginęły już bardzo dawno temu.
– Rodzice mi nie uwierzą. Co tam rodzice, nikt mi nie uwierzy – gorączkował się chłopczyk.
– Kim jesteś? – z zamyślenia wyrwał go dziwny głos. Odwrócił się najpierw w prawo, potem w lewo, ale nikogo nie zauważył.
– Czy Ty jesteś człowieczym dzieckiem? – wychrypiał dinozaur.
– On mówi ludzkim głosem – zdziwił się mocno malec – tym razem, to chyba naprawdę sen.
– Tu wszystko jest możliwe. Jeśli chcesz, to zawiozę Cię na moim grzbiecie do mojego domu i pobawisz się z moimi dziećmi. Nie bój się, w tej okolicy nie ma żadnych mięsożerców. Ostatni tyranozaur przeniósł się wczoraj na zachodni brzeg tej wielkiej rzeki, której szum tak wyraźnie słychać. Poza tym my tu jesteśmy najwięksi i nikt nas nie atakuje.
– To tak jak u nas słonie lub hipopotamy. A Ty jesteś jeszcze większy. Ile ważysz? – jeśli mogę Cię spytać?
– Kobiet nie wypada pytać o wagę, ale Ci powiem – ważę 12 ton. Ponoć jesteśmy najcięższymi zwierzętami, jakie kiedykolwiek stąpały po Ziemi. O, jesteśmy na miejscu. A oto moje dzieci – Kuba i Zosia.
– Dziwne, bo to są imiona, które noszą dzieci w moim przedszkolu. Nie wiedziałem, że wy macie w ogóle imiona – stwierdził Franio.
– Sądziłam, że bardziej zdziwisz się, że rozmawiam z tobą ludzkim głosem, a nie, że mamy wasze imiona – uśmiechnęła się mama „małych” dinozaurów.
– Już dobrze, dobrze. Tak sobie myślę, że po prostu spełniają się teraz moje marzenia. Zawsze chciałem spotkać prawdziwego dinozaura, nie takiego z parku dla dzieci. Moja mama zawsze mi mówiła, że trzeba marzyć, bo tylko wtedy możemy swoim postępowaniem i pracą osiągnąć wymarzony cel. Tym razem nie napracowałem się zbytnio, tylko zamknąłem oczy i uszy – rozgadał się chłopczyk.
Dzieci diplodoka, Kuba i Zosia pokazały mu przepiękne widoki i dały mu spróbować soczysty słodziutki owoc, którego nie widział nigdy w życiu. Pomarańczowy, orzeźwiający sok spływał mu z kącików ust. Na koniec wykąpali się wspólnie w cieplutkim jeziorku. Franio czuł się taki szczęśliwy.
– Szkoda, że nie ma tu moich rodziców – westchnął – Pewnie się jeszcze kłócą. Czy oni mnie jeszcze kochają?
Nagle poczuł, że wraca do swojego pokoju, do swojego wygodnego łóżeczka. Nie otwierał oczu, bo nie chciał, by ta przygoda już się skończyła.
– Następnym razem zabierz mnie Panie Jezu w przyszłość. Chcę zobaczyć, czy będę sławnym człowiekiem.
– Powiem Ci teraz coś bardzo ważnego – odezwał się łagodny głos.
– Od tego, czy będziesz kiedyś znanym człowiekiem, ważniejsze jest to, czy będziesz wartościowym człowiekiem. Dla mnie większą wagę ma miłość do drugiego człowieka, a nie ulotna sława. Sam kiedyś zrozumiesz, że lepiej być szczerze kochanym przez jedną osobę, która zna Cię na wylot, niż przez tysiące ludzi, którzy nawet nie znają numeru twojego telefonu.
– A możesz sprawić Panie Jezu, że rodzice nie będą się kłócić? – zapytał jeszcze na koniec cichutko chłopczyk.
– Oczywiście. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego.
To ostatnie zdanie rozbrzmiewało w głowie Frania jeszcze przez wiele dni.
Ela
Zostaw Komentarz