Panie Jezu, Stróża 21.04.2017
W tym tygodniu, w naszym domu uwagę wszystkich skupiał trzydniowy egzamin gimnazjalny najstarszej córki Natalki. Byłam przekonana, że będę się stresować, a byłam całkiem spokojna. Sama Natalka się dziwiła, że się tak mało denerwowała. Z napisanych egzaminów jest zadowolona, a na wyniki trzeba będzie dosyć długo poczekać. Zastanawiałam się, którego świętego opisać w tym liście. Z pomocą przyszła mi moja mama, która przypomniała mi, że w tym tygodniu są imieniny Wojciecha. Jej tata, czyli mój dziadek miał tak na imię. Wspominałam już wcześniej, że mieszkali w Ochotnicy Górnej – malowniczej miejscowości, ale w latach wojennych i powojennych bardzo ubogiej. Dziadek z babcią mieli sześcioro dzieci. Aby w domu było co zjeść, szczególnie pod koniec zimy na tzw. przednówku, babcia chodziła po sąsiednich miejscowościach pomagając w gospodarstwach za przysłowiową „kromkę” chleba. Gdy wracała pewnego dnia podczas wojny do domu, na moście w miejscowości Harklowa stało bardzo dużo Niemców. Przestraszyła się i chcąc ominąć most przeszła przez rzekę Dunajec. Zmoczona, przy bardzo niskiej temperaturze musiała jeszcze przejść około 10 kilometrów. Przypłaciła to życiem, bo prawdopodobnie zmarła na zapalenie płuc, które wówczas wywiązało się z długiego wyziębienia organizmu. Gdy jeszcze ciężko chorowała, jej najmłodsza córeczka również była nieuleczalnie chora i babcia prosiła Boga, żeby zabrał jej córeczkę do siebie wcześniej niż ją, by reszta małych dzieci nie musiała opiekować się niepełnosprawną siostrzyczką. Bóg wysłuchał jej prośby i mała Marysia zmarła tydzień wcześniej od swojej mamy. Nie mieli pieniędzy, by posłać po lekarza, co dzisiaj dla nas jest nie do pojęcia. Mój dziadek Wojciech został sam z piątką małych dzieci. Moja mama miała wtedy cztery latka, jej siostry sześć i osiem, a dwaj bracia też mieli zaledwie po kilka lat. Z czasem dziewczynki zamieszkały u rodziny, każda gdzie indziej, gdzie pomagały w gospodarstwach i przy bawieniu dzieci, a dziadek z dwójką synów gospodarzyli u siebie. Dzień św. Wojciecha (23 kwietnia) był silnie kojarzony z przylotem bocianów. Na wsi nazywano je nawet wojtkami. Oczekując na ich powrót zakładano na kalenicach stodół stare koła i zachęcano je do założenia gniazda. W polskiej tradycji ludowej święci Wojciech i Jerzy są patronami wiosny i wiosennych prac polowych, opiekunami rolników, pól i stad. Imię świętego Wojciecha występuje w wielu przysłowiach ludowych:
Gdy na Św. Wojciecha rano deszcz pada, do połowy lata suszę zapowiada.
Gdy przed Wojciechem grzmi, długo jeszcze zima śni.
Na święty Wojciech zniesie jajko bociek.
Ksiądz J. Twardowski w tomiku „Trochę plotek o świętych” zamieścił wiersz „O świętym Wojciechu”:
Święty Wojciech Polski pilnuje
nawet bocian biało – czerwony
w dniu imienin Jemu salutuje.
Wiatr od morza
kroniki stare
wiedzą jak zginąłeś za wiarę.
Święty Wojciech urodził się ok. 956 roku w możnej rodzinie Sławnikowiców w Lubicach (Czechy). Jego ojciec, Sławnik, był głową możnego rodu, spokrewnionego z dynastią saską, panującą wówczas w Niemczech. Matka Wojciecha, Strzeżysława, również pochodziła ze znakomitej rodziny, być może z Przemyślidów, którzy rządzili wówczas państwem czeskim. Wojciech był przedostatnim z siedmiu synów Sławnika. W najstarszym rękopisie jego imię brzmi Wojetech. Wedle pierwotnych planów ojca Wojciech miał zostać rycerzem. Ostatecznie o jego przeznaczeniu do stanu duchownego według biografów zdecydowała choroba. Rodzice złożyli ślub, że gdy syn wyzdrowieje, będzie oddany Bogu na służbę. Nie można tego wykluczyć. Wydaje się jednak, że przyczyna mogła być inna: taki był po prostu zwyczaj w owych czasach, że gdy można rodzina miała więcej synów czy córek, przeznaczała ich do stanu duchownego. W 968 r. papież Jan XIII, dzięki inicjatywie cesarza Ottona I, ustanowił w Magdeburgu metropolię jako biskupstwo misyjne dla nawracania zachodnich Słowian. Pierwszym arcybiskupem tego miasta został św. Adalbert. Pod jego opiekę Wojciech został wysłany jako 16-letni młodzieniec. Na dworze metropolity kształcił się w szkole katedralnej, pod czujnym okiem znanego uczonego, Otryka. Tu także przygotowywał się przez prawie 10 lat do swoich przyszłych duchownych obowiązków. Z wdzięczności dla metropolity przybrał sobie jego imię i jako Adalbert figuruje we wszystkich późniejszych dokumentach. Pod tym imieniem jest znany i czczony w Europie. Biografie wspominają, że do Wojciecha dołączył jego młodszy, przyrodni brat, Radzim. Po śmierci metropolity Adalberta, 25-letni Wojciech wrócił do Pragi. Zastał tam pierwszego biskupa łacińskiego Pragi i Czech, Dytmara, który od roku 973 rządził diecezją. Był Niemcem i zależał od metropolii w Moguncji. Wojciech był już wtedy subdiakonem. W 981 roku, w Pradze przyjął pozostałe święcenia. Rok później biskup Dytmar zmarł. Wojciech został wytypowany na jego następcę. Nominację jednak musiał zatwierdzić cesarz. Otton II był zajęty właśnie wyprawą wojenną na południe Italii. Dopiero w roku 983 zwołał sejm Rzeszy do Werony, gdzie zatwierdził Wojciecha i w tym samym roku odbyła się jego konsekracja na biskupa. Tak więc Wojciech był pierwszym biskupem narodowości czeskiej w Czechach. Wszedł do swojej biskupiej stolicy, Pragi, boso. Miał wtedy zaledwie 27 lat. Swoje niezbyt wysokie dobra przeznaczał w niewielkim stopniu na swoje potrzeby, a resztę na utrzymanie budynków i sprzętu kościelnego, na potrzeby kleru i na ubogich. Zaopatrywał ich potrzeby i sam ich odwiedzał, słuchał pilnie ich skarg i potrzeb, odwiedzał więzienia, a przede wszystkim targi niewolników. Praga leżała na szlaku handlowym wiodącym z zachodu na wschód. Handlem ludźmi zajmowali się Żydzi, dostarczając krajom mahometańskim niewolników. Biograf pisze, że Wojciech miał mieć pewnej nocy sen, w którym usłyszał skargę Chrystusa: „Oto ja jestem znowu sprzedany, a ty śpisz?”. Scenę tę przedstawia jeden z obrazów drzwi gnieźnieńskich, które powstały ok. 1127 r. Sytuacja Kościoła w Czechach w owym czasie nie była łatwa. Był on uzależniony od kaprysu możnych i władcy. Nie mniejsze kłopoty miał Wojciech z duchownymi. Wprowadzenie zasad życia wspólnego szło opornie wśród duchowieństwa katedralnego. Możnych zraził sobie Wojciech przypomnieniem zakazu wielożeństwa, gromieniem za wiarołomność oraz za związki małżeńskie z krewnymi. Nie liczono się ze świętami, łamano posty. Kiedy Wojciech zobaczył, że jego napomnienia są daremne, a złe obyczaje dalej się szerzą, po pięciu latach rządów (983-988) postanowił opuścić swą stolicę. Najpierw udał się do Moguncji, po poradę do metropolity Willigisa. Następnie skierował swoje kroki, za jego zgodą, do Rzymu, aby u papieża szukać rady i prosić o zwolnienie z obowiązków. Od cesarzowej Konstantynopola Wojciech otrzymał znaczny zasiłek w srebrze, by po zrzeczeniu się biskupstwa mieć środki na swoje utrzymanie. Wojciech rozdał jednak srebro między ubogich, a orszak biskupi odprawił do Czech. Papież Jan XV przyjął z miłością udręczonego biskupa Pragi. Nie zwolnił go wprawdzie z obowiązków, ale pozwolił mu na pewien czas oddalić się od nich. Wojciech postanowił więc udać się pieszo z bratem Radzimem do Ziemi Świętej jako pielgrzym. Kiedy po drodze znalazł się na Monte Cassino, tamtejsi mnisi chcieli go zatrzymać u siebie, aby wyświęcał ich kościoły i mnichów na kapłanów. Wojciech jednak nie zgodził się na to. Udał się do Rzymu i wstąpił do zakonu benedyktynów wraz ze swoim bratem Radzimem. Jego żywoty podają, że z wielką pokorą wypełniał wszystkie obowiązki zakonne, jakby od dawna był jednym z mnichów. W tym czasie w rządach diecezją praską zastępował go biskup Miśni, Falkold. W charakterze mnicha Wojciech przebywał w Rzymie w latach 989-992 (w wieku 33-36 lat). W 992 r. zmarł Falkold. Czesi postanowili zmusić Wojciecha do powrotu. Papież zwołał synod i po naradzie nakazał Wojciechowi wracać do Pragi. Po trzech i pół roku Wojciech opuścił klasztor, zabrał ze sobą kilkunastu zakonników z opactwa i założył nowy klasztor w Brzewnowie pod Pragą. Potem zabrał się do budowy kościołów tam, gdzie były osady ludzkie. Dotąd bowiem kościoły były w zasadzie jedynie przy grodach możnych panów. Wojciech wysłał misjonarzy na Węgry. Sam też tam się udał. Stąd powstała opowieść, że udzielił chrztu (według innych źródeł – bierzmowania) św. Stefanowi, przyszłemu władcy Węgier. Te obiecujące poczynania zakończyły się jednak niebawem zupełną klęską. Zaważył na tym bezpośrednio następujący wypadek: na dworze książęcym w Pradze pochwycono na cudzołóstwie kobietę z możnego rodu Werszowców. Urażony śmiertelnie mąż zamierzał ją zabić. Ta jednak schroniła się u Wojciecha. Biskup udzielił jej azylu w klasztorze benedyktynek, który stał w pobliżu zamku przy kościele św. Jerzego. Wpadli tam siepacze, wywlekli ofiarę i zamordowali ją na miejscu. Wojciech rzucił na nich klątwę. W akcie zemsty Werszowcowie napadli na rodzinny gród Wojciecha. Gród spalono, ludność zapędzono w niewolę, wymordowano także czterech braci Wojciecha wraz z ich żonami i dziećmi. Działo się to 28 września 995 roku. Sytuacja była tak gorąca, że Wojciech nie był pewny nawet swojego życia. Złamany tymi wydarzeniami, po zaledwie trzech latach udał się potajemnie ponownie do Rzymu. Papież okazał mu dużo życzliwości. Niestety w 996 r. Jan XV zmarł. W maju 996 r. odbył się w Rzymie synod, na którym metropolita Moguncji, św. Willigis, oskarżył Wojciecha, że ten bezprawnie opuścił swoją stolicę. Synod nakazał Wojciechowi pod groźbą klątwy powrót. Wojciech udał się więc do Moguncji, czekając na decyzję cesarza, gdyż tylko on mógł siłą wprowadzić Wojciecha do Pragi, zbuntowanej przeciwko swojemu pasterzowi. Ponieważ cesarz zwlekał z wyprawą orężną, czekając, aż Czesi sami uznają swoją winę, Wojciech skorzystał z okazji i odwiedził Francję, a później udał się do Polski z postanowieniem oddania się pracy misyjnej wśród pogan. Było to późną jesienią 996 roku. Otton III wyraził na to zgodę, gdy Czesi przysłali Wojciechowi ostateczną odpowiedź, że nie godzą się na jego powrót. Bolesław Chrobry bardzo ucieszył się na wiadomość, że do Polski ma przybyć biskup Wojciech. Słyszał o nim wiele od jego rodzonego brata, Sobiebora, któremu wcześniej udzielił schronienia. Król chciał zatrzymać Wojciecha u siebie jako pośrednika w misjach dyplomatycznych. Kiedy jednak Wojciech stanowczo odmówił i wyraził chęć pracy wśród pogan, powstała myśl nawrócenia Wieletów na zachodzie. Z powodu trwającej tam wówczas wojny ostatecznie urządzono wyprawę misyjną do Prus. Bolesław Chrobry dał Wojciechowi do osłony 30 wojów. Biskupowi towarzyszył tylko jego brat, bł. Radzim, i subdiakon Benedykt Bogusza, który znał język pruski i mógł służyć za tłumacza. Działo się to wczesną wiosną 997 roku. Wojciechowi przypisuje się ufundowanie pierwszych klasztorów benedyktyńskich na ziemiach polskich. Udał się do Gdańska, gdzie przez kilka dni głosił Ewangelię tamtejszym Pomorzanom. Stąd wyruszył w dalszą drogę. Aby nie nadawać swojej misji charakteru wyprawy wojennej, Wojciech oddalił żołnierzy. Niedługo potem dziki tłum otoczył misjonarzy i zaczął im złorzeczyć. Jeden z pogan uderzył biskupa wiosłem w plecy, aż mu brewiarz wypadł z rąk. Kiedy Wojciech zorientował się, że Prusy nie chcą nawrócenia, postanowił zakończyć misję powrotem do Polski. Prusowie poszli za nim. Miejsca męczeńskiej śmierci nie udało się uczonym dotąd zidentyfikować. Mogło to być w okolicy Elbląga. 23 kwietnia 997 roku w piątek o świcie zbrojny tłum Prusów otoczył trzech misjonarzy: św. Wojciecha, bł. Radzima i subdiakona Benedykta Boguszę. Ledwie skończyła się odprawiana przez biskupa Wojciecha Msza Św., rzucono się na nich i związano ich. Zaczęto bić Wojciecha, ubranego jeszcze w szaty liturgiczne i zawleczono go na pobliski pagórek. Tam pogański kapłan zadał mu pierwszy śmiertelny cios. Potem 6 włóczni przebiło mu ciało. Odcięto mu głowę i wbito ją na żerdź. Przy martwym ciele pozostawiono straż. W chwili zgonu Wojciech miał 41 lat. Po pewnym czasie wypuszczono na wolność bł. Radzima i kapłana Benedykta ze skierowaną do króla Polski propozycją oddania ciała św. Wojciecha za odpowiednim okupem. Król Polski sprowadził je najpierw do Trzemeszna, a potem uroczyście do Gniezna. Cesarz Otto III na wiadomość o śmierci męczeńskiej przyjaciela natychmiast zawiadomił o niej papieża z prośbą o kanonizację. Była to pierwsza w dziejach Kościoła kanonizacja, ogłoszona przez papieża, gdyż dotąd ogłaszali ją biskupi miejscowi. Na żądanie papieża sporządzono najpierw żywot Wojciecha na podstawie zeznań naocznych świadków: bł. Radzima i Benedykta. W oparciu o ten żywot papież Sylwester II jeszcze przed rokiem 999 dokonał uroczystego ogłoszenia Wojciecha świętym. Dzień święta wyznaczył papież zgodnie ze zwyczajem na dzień jego śmierci, czyli na 23 kwietnia. Wtedy także zapadła decyzja utworzenia w Polsce nowej, niezależnej metropolii w Gnieźnie, której patronem został ogłoszony św. Wojciech. W marcu roku 1000 Otto III odbył pielgrzymkę do grobu św. Wojciecha w Gnieźnie. Wtedy – podczas spotkania z Bolesławem Chrobrym – została uroczyście proklamowana metropolia gnieźnieńska z podległymi jej diecezjami w Krakowie, Kołobrzegu i Wrocławiu. Otto III opuścił Polskę obdarowany relikwią ramienia św. Wojciecha. Jej część umieścił w Akwizgranie, a część na wysepce Tybru w Rzymie, w obu miejscach fundując kościoły pod wezwaniem św. Wojciecha. Św. Wojciech stał się patronem Kościoła w Polsce. Jego kult szybko ogarnął Węgry, Czechy oraz kolejne kraje Europy. Wojciech jest jednym z trzech głównych patronów Polski (obok NMP Królowej Polski i św. Stanisława ze Szczepanowa). Jest też patronem kilku archidiecezji i diecezji oraz miast, m.in. Gniezna. Ku czci św. Wojciecha zostały zrobione słynne drzwi gnieźnieńskie, na których w 18 obrazach-płaskorzeźbach, wykonanych w brązie, są przedstawione sceny z życia św. Wojciecha. W ikonografii Święty Wojciech występuje w stroju biskupim z pastorałem. Jego atrybuty to także orzeł, wiosło oraz włócznie, od których zginął.
Wojciech jest to imię pochodzenia starosłowiańskiego. Oznacza: wojak przynoszący pociechę lub wojownik, któremu walka sprawia radość.
W poprzednim liście opisałam Kaplicę Loretto Chapel z jej „cudownymi” schodami i wspomniałam, że w tym liście napiszę nieco więcej o miejscowościach o tej właśnie nazwie – Loreto. Pierwsza z nich, pisana przez jedno t – jest to miejscowość i gmina w środkowych Włoszech, w której znajduje się sanktuarium Santa Casa, miejsce kultu maryjnego, z tzw. Świętym Domkiem, który według legendy jest nazaretańskim domem Maryi. Święty Domek, a właściwie jego ściany, zostały przywiezione z Ziemi Świętej do Europy przez krzyżowców. Jak mówi tradycja, w domku tym żyła Maryja i Jezus, stąd jego wielkie znaczenie dla chrześcijaństwa. Początkowo umieszczono go w Jugosławii, później przeniesiono do Włoch, w okolice Ankony i postawiono w lesie laurowym, stąd późniejsza nazwa Loreto. Jednocześnie z postawieniem Domku, w ołtarzu umieszczono figurę Matki Bożej z Dzieciątkiem, których oblicza są ciemne. Bazylika ta jest odwiedzana corocznie przez tysiące turystów z całego świata. Podczas II wojny światowej miasto zostało wyzwolone przez żołnierzy polskich, którzy m.in. uratowali przed zniszczeniem miejscowe sanktuarium. Zdobycie Loreto, a później także Ankony, to część Kampanii Adriatyckiej, w której żołnierze II Korpusu Polskiego działali samodzielnie. Starano się, by doszło do jak najmniejszych zniszczeń, stąd ograniczono do niezbędnego minimum ostrzeliwanie artyleryjskie. Te moralne aspekty, rzadko spotykane w czasie działań wojennych, zyskały szczególne uznanie wśród samego gen. Andersa, jak i aliantów, a przede wszystkim samych Włochów. W pobliżu sanktuarium zlokalizowano polski cmentarz wojenny, na którym w 1080 grobach spoczywają polscy żołnierze z II Korpusu Polskiego. W sanktuarium znajduje się tablica upamiętniająca poległych polskich żołnierzy. W Polsce również leży miejscowość, która nazywa się Loretto. Jest to wieś położona w województwie mazowieckim, w powiecie wyszkowskim. Loretto jest otoczone Nadbużańskim Parkiem Krajobrazowym. Znajduje się tam Sanktuarium Matki Bożej Loretańskiej. 27 marca 1929 zmieniono urzędową nazwę miejscowości na Loretto, nawiązując w ten sposób bezpośrednio do Sanktuarium Świętego Domku Matki Bożej w Loreto koło Ankony we Włoszech. Z włoskiego Świętego Domku w 1981 r. do polskiego Loretto sprowadzono wierną kopię figury Matki Bożej z Dzieciątkiem. Obecnie w Loretto mieści się między innymi klasztor sióstr Loretanek. Może kiedyś odwiedzę te dwa miejsca kultu Matki Bożej Loretańskiej.
Czas już na jedną ewangeliczną kroplę: „Nie martwcie się o jutro, bo dzień jutrzejszy zatroszczy się o siebie. Każdy dzień ma dosyć swoich kłopotów” (Mt 6, 34). Powrócę w tym miejscu do książeczki „Mój psycholog nazywa się Jezus” i do zawartych w niej przepięknych rozważań autora Carlo Nesti. W rozdziale „Teraźniejszość” wspomina on łacińskiego poetę Horacego, który jeszcze przed Chrystusem przedstawił konieczność skupienia się na teraźniejszości (słynne jego carpe diem – chwytaj dzień). Ty Panie Jezu w Ewangelii podkreśliłeś to w słowach: „Każdy dzień ma dosyć swoich kłopotów”. Wskazujesz nam, że w odniesieniu czasowym każdy pojedynczy dzień dystansuje nas od przeszłości i przyszłości. Często nie zauważamy, co się aktualnie dzieje, tracimy cenną energię na rozpamiętywanie przeszłości lub na fantazjowanie, co się wydarzy w przyszłości. Panie Jezu, Ty jasno mówisz do nas, że „dzień” jest punktem odniesienia jako teraźniejszość, czyli wszystko, co dzieje się od chwili, gdy wstaję, do chwili, gdy kładę się spać. To jest przedział czasu, nad którym należy pracować z zaangażowaniem i realizować się godzina po godzinie jak chrześcijanie. Nie należy negować ważności przeszłości jako bagażu wspomnień, które sprawiły, że jesteśmy tym, kim jesteśmy. Podobnie przyszłości jako kolejności projektów, które sprawią, że staniemy się tym, kim się staniemy. Ale teraźniejszość jest unikalną „chwilą”, w której możemy interweniować, modyfikując rzeczywistość i orientując ją w stronę, w którą chcemy. Autor podkreśla, że ważne jest, abyśmy nauczyli się rozkoszować małymi rzeczami, które pozwalają nam żyć pełnią życia. Można próbować każdego dnia pozbyć się jakiejś wady i nawet jeśli postępy będą bardzo małe, spodoba się to Bogu. A gdy zaczniemy robić więcej rzeczy, które podobają się Bogu, to będzie oznaczać, że zbliżamy się do Niego. Zaprośmy Boga do naszych codziennych czynności, nawet do takich drobnych jak czytanie gazety, spacer po parku, picie kawy czy rozmowa z drugą osobą. Zauważymy wtedy, że jakikolwiek dzień już nie jest jakimkolwiek, banalnym, podobnym do wszystkich, ponieważ przeżyty jest nie przez przypadek, ale w ściśle określonym celu. Niedawno, będąc u znajomej chorej przeczytałam jej cytat z Bożej Krówki, którą jej dałam. Były to słowa św. Jana Pawła II, które także nakłaniają nas do zatrzymania uwagi na dniu dzisiejszym, czego życzę wszystkim czytelnikom tego listu: „Wczoraj do Ciebie nie należy. Jutro niepewne… Tylko dziś jest Twoje”. Święty Wojciechu wstawiaj się u Boga za wszystkimi czytelnikami tego listu, a szczególnie za wszystkimi Wojciechami, by podobnie jak Ty nie bali się szerzyć wiary wokół siebie i by ich silna wiara pomagała im być blisko Boga każdego dnia.
Ela
Zostaw Komentarz