Panie Jezu, Stróża, 29.12.2017r.
Dziękuję Ci za cudownie przeżyte Święta w gronie rodziny. Tym razem świętowaliśmy w Oławie u mojej najmłodszej siostry Kingi. Zjechało się nas dużo, w sumie przy wigilijnym stole usiadło nas dwadzieścia troje. Wszystkim dopisało zdrowie i radosny nastrój. Ja też miałam mnóstwo energii i mogłam pójść na Pasterkę. Sprawiło mi to mnóstwo radości, bo nie byłam na Pasterce od bardzo dawna. Nadchodzi już wielkimi krokami Nowy Rok. W tym okresie wielu z nas podsumowuje mijający rok – czy był udany, szczęśliwy, spokojny? Czy w rodzinie i wśród przyjaciół nie zabrakło kogoś, po kim czujemy ogromną pustkę? A może tym razem pojawiło się w rodzinie nowe dziecko, nowy współmałżonek? Może zyskaliśmy nowych znajomych, nowych przyjaciół? Niektórzy wspominają wszystkie uroczystości rodzinne minionego roku, oglądają zdjęcia z wakacji, podsumowują stopień realizacji postanowień noworocznych. Wielu z nas już dawno przestało bawić się w te postanowienia, bo po prostu były nierealne do spełnienia, było ich za dużo, albo zwyczajnie po dwóch tygodniach były zapominane. Dla wielu osób, które poznałam w czasie mojej choroby najlepszym postanowieniem, które chcieliby, by było zrealizowane, to doczekać kolejnych Świąt Bożego Narodzenia. Każdy, kto pomyślał o tym, by zrzucić parę kilogramów lub zmienić kolor włosów przyzna w myślach, że na tym tle ich marzenia wypadają blado. Wszystkim czytelnikom, którzy w ostatnim roku stracili kogoś bliskiego dedykuję „Kolędę dla nieobecnych”:
A nadzieja znów wstąpi w nas, nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz, w jeszcze jedno Boże Narodzenie.
I choć przygasł Świąteczny gwar, bo zabrakło znów czyjegoś głosu.
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj, wbrew tak zwanej ironii losu.
Daj nam wiarę, że to ma sens, że nie trzeba żałować przyjaciół.
Że gdziekolwiek są dobrze im jest, bo są z nami choć w innej postaci.
I przekonaj, że tak ma być, że po głosach tych wciąż drży powietrze,
Że odeszli po to by żyć. I tym razem będą żyć wiecznie.
Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat.
Żeby zająć wśród nas, puste miejsce przy stole.
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole.
Dzisiaj opiszę patronki Krystyn. Znam ich bardzo wiele, dlatego nie będę ich wymieniać, aby którejś nie pominąć. Życzę im miłego czytania, a ten list dedykuję szczególnie chorym Krysiom, które znam. Jedną z nich poznałam w tym roku, a wiem już o niej tyle, jakbym znała ją wiele lat. Akurat jak skończyłam list o Św. Jakubie, listonoszka przyniosła mi paczkę z dwoma książkami. Nadawcą okazała się właśnie Krysia z Jastrzębia Zdroju i już miałam podpowiedź o kim mam napisać. Pierwsza książka nosi tytuł: „Bóg nigdy nie mruga – 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu”, a druga: „Jezu Ty się tym zajmij! – życie i cuda o. Dolindo Ruotolo”. Pierwszą już kończę czytać i bardzo mi się podoba. Zanim skończę ten list, na pewno coś w nim z tej książki zamieszczę – tak jakoś zawsze się układa, że dostaję podpowiedź w odpowiednim czasie. Panie Jezu pomagaj wszystkim Krysiom znosić trudy codziennego życia i napełniaj je coraz to nową energią, bo wszystkie Krystyny, które znam, to wręcz wulkany energii. Dzielcie się tą pozytywną energią z innymi kochane Krysie.
Imię Krystyna jest to żeńska forma bardzo popularnego niegdyś imienia męskiego Chrystian. Ma korzenie grecko – łacińskie i dosłownie oznacza ono „kobietę należącą do Chrystusa”, a mówiąc prościej – chrześcijankę.
Święta Krystyna z Bolseny żyła w III w i była córką pogańskiego małżeństwa. Jej żywot oparty jest niemal wyłącznie na legendach, więc można spotkać nieco odmienne wersje, zwłaszcza dotyczące jej męczeńskiej śmierci. Jej ojciec, majętny arystokrata i prefekt Bolseny we Włoszech za cesarza Dioklecjana był zdecydowanym wrogiem chrześcijan. Kilkuletnia dziewczynka często mogła obserwować ojca jak ich przesłuchuje i sądzi. Pozostawała pod wrażeniem ich głębokiej, niezłomnej wiary i prawdopodobnie to oraz wpływ chrześcijańskiej służącej skłoniły ją do przyjęcia Ewangelii i wiary w Chrystusa. Ojciec za wszelką cenę próbował ją odwieść od wiary. Uwięził ją próbując przekupić częścią swojego majątku, który Krystyna rozdała ubogim. Rozsierdzony skazał ją wówczas na więzienie i tortury, które mężnie znosiła. Próbowano utopić ją w pobliskim jeziorze z przywiązanym na sznurze kołem młyńskim do szyi. W cudowny sposób dziewczynka przeżyła także zanurzanie we wrzącym oleju i łamanie kołem. Za każdym razem Anioł ochraniał Krystynę. Ojciec uznał ją za czarownicę i zadecydował o jej egzekucji następnego dnia rano. Tej samej nocy nagle zmarł. Następny gubernator zadał Krystynie wiele kolejnych okrutnych tortur, w tym obcięcia języka. Męczennica wzięła go i rzuciła w twarz oprawcy, wtedy gubernator oślepł. Kiedy próbowano złożyć ją w ofierze bożkowi, ten rozpadł się na kawałki. Zmarła po ugodzeniu strzałami w amfiteatrze miejskim mając zaledwie 12 lat. Śmierć Krystyny musiała być wyjątkowo okrutna, skoro tradycja – tak na Wschodzie, jak i na Zachodzie – oddawała jej kult przez wszystkie wieki, mimo że tyle innych niewiast poniosło także śmierć męczeńską za Chrystusa. Kult i miejsce pochówku w Bolsenie poświadczone było już od IV w. Patronka młynarzy, marynarzy i łuczników. Jej atrybuty to: korona, palma, księga, koło młyńskie, strzała, cęgi, węże. We Włoszech czci się ją w ponad 70 kościołach pod jej wezwaniem, a kilkanaście miast włoskich (np. Bolsena, Palermo, Torcello) obrało ją sobie za patronkę. Jej wspomnienie przypada na 24 lipca. Ikonografia nie przedstawia Krystyny jako dziewczynki, ale w postaci dorosłej, by podkreślić, że ukochaniem Pana Jezusa i okazanym męstwem przerosła wielu dorosłych.
W Bolsenie – miejscowości, w której żyła i zmarła męczeńską śmiercią Św. Krystyna – wydarzył się najsłynniejszy w dziejach Kościoła Cud Eucharystyczny. Z pielgrzymką do grobów świętych Apostołów Piotra i Pawła w Rzymie wyruszył kapłan Piotr z Pragi, będący przykładem pobożności. Jednak na skutek szerzącej się wówczas herezji, podważającej rzeczywistą obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, – także i on był dręczony wątpliwościami co do prawdziwości tej Boskiej Tajemnicy. Pielgrzymując znanym pątniczym szlakiem – pewnego sierpniowego dnia 1263 roku zatrzymał się w Bolsenie, aby pomodlić się przy grobie Św. Krystyny, w kościele jej poświęconym. Bóg jednak wybrał jego i to miejsce, aby objawić światu Tajemnicę Swojej Eucharystycznej Obecności. Odprawiając Mszę Świętą w kościele Św. Krystyny – w chwili konsekracji, kiedy wzniósł Hostię nad kielichem – Piotr z Pragi ujrzał, że Hostia obficie krwawi, choć zachowała postać białego chleba, a krew spływa na korporał i obrus ołtarzowy. Ogarnięty zdumieniem i trwogą z tak cudownego przeistoczenia, ksiądz Piotr próbował ukryć krew.
Przerwał Mszę Świętą, chwycił kielich, konsekrowaną krwawiącą Hostię i splamiony korporał z zamiarem ukrycia ich w zakrystii. Jednak, gdy tam podążał klika kropek krwi upadło na posadzkę.
Zdumieni wierni zbliżyli się do ołtarza i zobaczyli ślady krwi. Wtedy kapłan ochłonął i zrozumiał, że dokonał się cud i że musi powiedzieć wszystkim, co się wydarzyło. Świadkowie Cudu Eucharystycznego zgromadzeni wokół ołtarza, mogli podziwiać korporał z dwudziestoma pięcioma śladami Krwi Chrystusa, tworzącymi na nim podobiznę Ukrzyżowanego. W miejscu, gdzie Św. Krystyna złożyła niegdyś Bogu ofiarę życia w męczeńskiej śmierci, Chrystus zaświadczył o Swojej Ofierze, w której złożył Bogu Ojcu Swoje Ciało i Krew. Od tamtego wydarzenia Św. Krystynę obdarzono mianem strażniczki Eucharystii. Wieść o cudzie rozniosła się natychmiast po okolicy. Szybko dotarła również do Orvieto, miasta położonego nieopodal Bolseny, a około stu kilometrów od Rzymu, w którym rezydował ówczesny papież Urban IV. Papież, dowiedziawszy się o cudownym zdarzeniu, natychmiast wysłał do Bolseny biskupa Giacomo Maltraga, któremu towarzyszyli uznani teologowie. Podobno był wśród nich Św. Tomasz z Akwinu i Św. Bonawentura z Bognoreggio. Mieli oni sprawdzić, co wydarzyło się w kościele Św. Krystyny w Bolsenie oraz zebrać wszystkie świadectwa i wysłuchać świadków Cudu, szczególnie księdza Piotra z Pragi. Wysłani teologowie potwierdzili prawdziwość faktu, zabrali relikwie i wyruszyli do Orvieto w uroczystym pochodzie z udziałem kleru z Bolseny i wielu wiernych. Ten Cud Eucharystyczny został przedstawiony na fresku Rafaela znajdującym się w reprezentacyjnych apartamentach papieskich w Pałacu Watykańskim. Fresk ten jest zatytułowany: „Msza Bolseńska”.
Święta Krystyna Mirabilis (znana również jako Krystyna Mistyczka lub Belgijska) urodziła się w roku 1150 w Brusthem w Belgii. Wcześnie osierocona wychowywana była przez starsze siostry. Mając 21 lat przeżyła klika ataków padaczki. W czasie jednego z nich stwierdzono, że zmarła. Podczas mszy pogrzebowej nagle usiadła w trumnie. Następnie ku zdziwieniu obecnych lewitowała pod sam sufit i tam zawisła na oczach wszystkich. Później osiadła na ołtarzu. Ludzie uciekli z kościoła, zostały przy niej tylko jej siostry. Powstała z martwych i opowiadała o swoich przeżyciach, o wędrówce w zaświaty. Twierdziła, że wróciła na Ziemię, aby modlić się za cierpiące dusze czyśćcowe. Wielokrotnie lewitowała ponad drzewa, domy, skały aby uniknąć kontaktu z innymi ludźmi z powodu ich zapachów. Mówiła, że ich grzechy są pełne odoru. Mogła spać na skale, na drzewie, w lodowatej wodzie i w ogniu. W kościele w rodzinnej miejscowości Brusthem, Krystyna przyjęła habit. Zmarła w 1224 r. u sióstr benedyktynek Św. Katarzyny w Sint-Truiden. Świadkowie obecni podczas jej śmierci zeznali, że umierała w białym stroju, tym samym, który przyjęła podczas obłóczyn. Po zaśnięciu aniołowie unieśli ją do nieba. Jej doczesne szczątki zostały wystawione do czci publicznej w 1249 roku. Od tego czasu Kościół obchodzi jej wspomnienie w dniu 24 lipca. Krystyna Mirabilis do dzisiejszych czasów pozostaje tajemnicą. Jej osobą zajmowało się wielu badaczy chrześcijaństwa i świata nauki. Przez wszystkie wieki do dziś inspiruje wielu artystów. Jest patronką obłąkanych, lunatyków, również psychiatrów i terapeutów zajmującymi się tymi grupami chorych. Uważana jest także za patronkę grzeszników, wstawia się również skutecznie w chorobach zakaźnych oraz zarazach, które atakują bydło. Wierni proszą ją często o dobrą śmierć, chętnie pomaga też w sytuacjach beznadziejnych.
Krystyny często obchodzą swoje święto 13 marca. Wówczas Kościół wspomina Św. Krystynę z Persji. Kiedy pogański król perski, Chozroes I, rozpoczął krwawe prześladowanie, Św. Krystyna miała należeć do pierwszych osób, które padły jego ofiarą. Jej męczeńska śmierć miała nastąpić 13 marca 559 roku. Z dekretem prześladowczym Chozroesa łączył się pogrom, jaki poganie urządzili ludności chrześcijańskiej w Persji. Św. Krystyna musiała należeć do znakomitszych wśród nich, skoro tak prędko padła ofiarą prześladowania. Perskie imię Świętej miało brzmieć Jazdin. Święta ma nadto jeszcze imiona: Sira i Sirin. W ikonografii Św. Krystyna z Persji przedstawiana jest w szacie matrony z palmą męczeńską w ręku.
Zacytuję teraz pierwszy rozdział z książki Reginy Brett: „Bóg nigdy nie mruga – 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu”. Autorka tej książki sama walczyła z rakiem i wie, ile otuchy może dodać choremu świadectwo wygranej z nim walki.
Lekcja 1. „Życie jest niesprawiedliwe, ale i tak jest dobre”:
„Czapka zawsze wracała, coraz bardziej wypłowiała, lecz potężniejsza niż kiedykolwiek.
Wszystko zaczęło się od Franka. Przeszłam właśnie pierwszą chemioterapię i nie mogłam się pogodzić z tym, że mam być łysa. I wtedy zobaczyłam mężczyznę w czapce baseballowej z napisem: ŻYCIE JEST DOBRE. Mnie się akurat takie nie wydawało, a wkrótce miało stać się jeszcze gorsze, więc zapytałam go, skąd wziął tę baseballówkę. Dwa dni później Frank przejechał przez całe miasto, zapukał do moich drzwi i wręczył mi taką samą. Frank to wyjątkowy człowiek. Z zawodu jest malarzem pokojowym, a w życiu kieruje się jednym prostym hasłem: mogę. Przypomina mu ono, żeby czuł wdzięczność, za wszystko, co go spotyka. Zamiast powiedzieć: „Muszę dziś iść do pracy”, Frank mówi sobie: „Mogę pójść do pracy”. Zamiast myśleć: „Muszę iść po zakupy”, on może po nie pójść. Zamiast narzekać: „Muszę zawieść dzieci na trening baseballu”, on może je tam zawieźć. Ta zasada działa w każdej sytuacji.
Być może na kimś innym niż Frank ta czapka, granatowa baseballówka, z owalną naszywką i przesłaniem wyszytym białymi literami, nie miałaby tak wielkiej mocy. Ale moje życie stało się naprawdę dobre. Mimo, że wypadły mi włosy, że czułam się osłabiona i straciłam brwi. Zamiast peruki wkładałam tę czapkę – to była moja odpowiedź na raka, mój prywatny billboard dla całego świata. Ludzie wręcz uwielbiają gapić się na łysą kobietę. Dzięki czapce poznawali moją odpowiedź.
Z czasem wydobrzałam, włosy mi odrosły i schowałam prezent od Franka do szafy. Leżał tam, dopóki moja koleżanka nie zachorowała na raka i nie zapytała o tę baseballówkę, którą kiedyś nosiłam. Chciała mieć taką samą. Na początku nie chciałam rozstawać się z moją czapką, Była dla mnie jak amulet, dawała mi poczucie bezpieczeństwa. Ale musiałam przekazać ją dalej, bo inaczej mogłaby przestać przynosić szczęście. Przyjaciółka obiecała, że wyzdrowieje i przekaże ją kolejnej kobiecie. Zamiast tego oddała czapkę mnie, żebym dała jej kolejnej walczącej z rakiem.
Nazywamy ją Baseballówką na Chemię.
Trudno zliczyć, ile kobiet nosiło ją przez ostatnie 11 lat. Straciłam rachubę. Tak wiele przyjaciółek zachorowało na raka piersi. Arlene. Joy. Cheryl. Kaye. Sheila. Joan. Sandy. Przekazywały ją sobie nawzajem, jedna po drugiej. Czapka wracała do mnie coraz bardziej znoszona i spracowana, za to oczy każdej z kobiet lśniły nową nadzieją. Wszystkie, które nosiły przynoszącą szczęście Baseballówkę na Chemię, wciąż żyją i mają się dobrze.
W zeszłym roku dałam ją Patrickowi, mojemu przyjacielowi i koledze z pracy. Miał 37 lat, kiedy zdiagnozowano u niego raka okrężnicy. Pożyczyłam mu czapkę, chociaż nie byłam pewna, czy poradzi sobie z każdym rodzajem raka. Patrick powiedział swojej mamie, że został ogniwem w naszym łańcuchu przetrwania, a ona odnalazła firmę LIFE IS GOOD, producenta czapek i innych produktów z tym mottem. Zadzwoniła tam, opowiedziała o naszej baseballówce i zamówiła całe pudło czapek. Rozesłała je najbliższym przyjaciołom i krewnym Patricka, a oni robili sobie w nich zdjęcia. Patrick obwiesił całą lodówkę fotografiami przyjaciół ze studiów, ich dzieci, psów, a nawet figurek w przydomowych ogródkach w baseballówkach z napisem: „Życie jest dobre”.
Tymczasem kierownictwo firmy LIFE IS GOOD poruszyła historia, którą opowiedziała im mama Patricka. Zwołali zebranie załogi i postawili przed pracownikami zadanie, żeby „w duchu wędrownej, przynoszącej szczęście Baseballówki na Chemię” przekazali swoją komuś, kto potrzebuje otuchy. Przesłali Patrickowi zdjęcie wszystkich 175 pracowników w szczęśliwych czapkach.
Patrick zakończył terapię i czuje się dobrze. Miał mnóstwo szczęścia: włosy mu nie wypadły, a tylko się przerzedziły. Nie nosił czapki, a i tak dodała mu sił. Trzymał ją na stoliku przy schodach, tak żeby codziennie widzieć hasło. Pomogła mu przetrwać naprawdę trudne dni, kiedy chciał przerwać chemioterapię i się poddać. Każdy chory na raka miewa takie chwile. Zresztą ci, którzy nie chorują na raka, też.
Okazuje się, że to nie czapka, a jej przesłanie dodawało i wciąż dodaje nam wszystkim sił. Życie naprawdę jest dobre. Podaj dalej.”
Panie Jezu, dzisiaj coś dużo piszę o chorobach. Ale każdą chorobę można pokonać, trzeba koniecznie wierzyć w zdrowie, a nie w chorobę. Wybierajmy życie, bo ono jest dobre. Cieszmy się każdym dniem, każdą chwilą, bo oprócz tego że życie jest dobre, jest niestety kruche. Tylko w okresie świątecznym bez przerwy słychać było o różnych wypadkach śmiertelnych. Bóg nie zsyła na nas chorób, on pomaga je nam dźwigać, uzdrawia nas, jeśli tylko mocno w to wierzymy. Nawet jeśli wszystko otrzymujemy od Boga, nawet choroby, to myślę, że wszystko dzieje się w jakimś celu. Podoba mi się powiedzenie, że Bóg nigdy nie daje nam więcej, niż potrafimy udźwignąć. Znalazłam ładny cytat, ale nie był podpisany, skąd są te słowa: „Dałem Ci cierpienie, abyś mnie poznał. Dałem Ci lęk, abym mógł wlać w Twe serce pokój. Byłem z Tobą na Twym dnie, abyś mógł wypłynąć na rejs ze Mną.”
Życzę wszystkim czytającym ten list, aby Nowy Rok pokazał nam wszystkim, że życie jest nie tylko dobre, ale też piękne, radosne i szczęśliwe. Pokierujmy nim tak jak chcemy, ale nie zapominajmy, czego oczekuje od nas Bóg. Nie starajmy się iść w ślady innych, Bóg chce, byśmy byli sobą. Gdy jednak dopadną nas chwile zwątpienia powtarzaj nam za każdym razem Panie Jezu: „Odwagi! Ja jestem! Nie bójcie się”(Mt 14,27).
Ela
Zostaw Komentarz